„Realizm walki w moich filmach zawdzięczam udziałowi wojska i wspaniałym kaskaderom. Widz musi uwierzyć w prawdziwość każdej sceny; jeśli raz poczuje fałsz, przestanie wierzyć w przesłanie całego filmu. Ale realizując sceny bitewne, nie myślałem, że prawdziwa, a nie filmowa wojna zapuka do naszych drzwi, że staniemy się krajem przyfrontowym” – mówi Jerzy Hoffman.
„Potop”. Rys. Piotr Korczyński
Tak się składa, że pierwszy raz „Potop” obejrzałem w kinie, w którym Pan oglądał filmy w dzieciństwie… Mam na myśli dziś już nieistniejące Kino Wiarus w Gorlicach.
Jerzy Hoffman: Widzi pan, były wtedy dwa kina. Prócz tego wymienionego przez pana w Gorlicach, drugie było w Gliniku Mariampolskim [obecnie w granicach Gorlic]. Chodziłem na seanse tu i tam. Nazwy kin nie pamiętam, ale z tych pierwszych filmowych przeżyć najbardziej zapadł mi w pamięć film z Shirley Temple. W jednej ze scen Shirley trzymała w rączkach szklaną kulę i kiedy ją obracała, to wewnątrz kuli prószył śnieg na chatki i drzewka. To wspomnienie z dzieciństwa tak mocno utkwiło mi w pamięci, że od czasu do czasu zastanawiałem się, co to był za film. I nagle ni stąd, ni zowąd, oglądając jakiś dokument o Shirley Temple, zobaczyłem w nim fragment z tą sceną i już wiedziałem, o który film chodzi [to „Heidi” w reżyserii Allana Dwana z 1937 roku].
Moi rodzice, którzy byli lekarzami, mieszkali w Gorlicach, jednak moim miejscem urodzenia stał się Kraków. Byłem dość późnym dzieckiem i obawiano się ciężkiego porodu, więc przyszedłem na świat w lecznicy w Krakowie. Po kilku dniach mama przywiozła mnie do Gorlic i tu spędziłem pierwsze, najszczęśliwsze lata. 1 września 1939 roku miałem pójść do drugiej klasy, ale 1 września Hitler napadł na Polskę. Uciekaliśmy pod bombami na wschód Polski. Po raz pierwszy zobaczyłem z bliska krew i śmierć. Tak skończyło się moje dzieciństwo. Wszyscy wierzyli, że Anglia i Francja uderzą – i Niemcy zostaną zatrzymani. Niestety, nie uderzyli, ale wkroczyła Armia Czerwona i w 1940 roku zostaliśmy wywiezieni na Syberię.
Gdzie bardzo szybko musiał Pan wydorośleć. Pański ojciec, Zygmunt Hoffman, w 1943 roku wstąpił do 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki i był w niej lekarzem wojskowym. Należy podkreślić, że bardzo bojowym lekarzem, gdyż major Hoffman został odznaczony za odwagę i skuteczną obronę swego batalionu sanitarnego w okrążeniu.
Tutaj, na ścianie, wisi zdjęcie z chwili odznaczenia ojca przez generała Stanisława Popławskiego Krzyżem Grunwaldu III klasy za tę obronę. Krzyż Grunwaldu to był odpowiednik Virtuti Militari. Ojciec był jedynym lekarzem, który otrzymał to wysokie odznaczenie. Gdy 1 Armia Wojska Polskiego przekroczyła granicę Niemiec, batalionowi sanitarnemu zabrano ochronę i rzucono go na pierwszą linię. Ofensywa postępowała tak szybko, że z tyłu zostawały całe formacje niemieckie.
Jedna z takich formacji Waffen-SS otoczyła batalion sanitarny. Ojciec był jedynym oficerem frontowym. W czasie I wojny światowej dowodził kompanią karabinów maszynowych. Zorganizował obronę, walczyli wszyscy, nawet lżej ranni. Ojciec sam strzelał z cekaemu, a strzelał celnie. Przetrwali do nadejścia odsieczy i uniknęli losu batalionu sanitarnego 2 Armii [pod Budziszynem], gdzie esesmani wymordowali lekarzy, sanitariuszki i rannych.
Czy korzystał Pan z opowieści swego ojca w scenach batalistycznych, a zwłaszcza bitwy pod Lenino w swym wojennym filmie „Do krwi ostatniej”?
Ależ oczywiście. Proszę przypomnieć sobie scenę z batalionu sanitarnego, gdzie rannym żołnierzom przydzielane są numery kwalifikujące ich stan, przy czym jedynka to przypadek natychmiastowej operacji. Lekarz niemający zbyt wiele czasu, idąc przez plac szczelnie zasłany rannymi, właściwie w biegu musiał decydować, komu jaki numer przydzielić. Tę scenę między innymi oparłem na opowieściach ojca.
Bardzo wstrząsająca, zresztą jak całe przedstawienie bitwy pod Lenino, które do dziś robi ogromne wrażenie, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że to wszystko zostało nakręcone naprawdę, a nie wygenerowane przez komputer – z udziałem ludzi, zwierząt i z wykorzystaniem prawdziwego sprzętu, łącznie z bronią pancerną, artylerią i lotnictwem. Oczywiście, duża w tym zasługa tego, że mógł Pan liczyć na współpracę i pomoc wojska, ale aż dziw bierze, że cenzura przełknęła w 1978 roku to, że Pan zgodnie z prawdą pokazał, iż Lenino nie było żadnym zwycięstwem, tylko krwawą jatką. Przecież to samo chciał uwypuklić pięć lat wcześniej Andrzej Piotrowski w swych „Zasiekach” i mimo, że jego scenarzystą był Janusz Przymanowski, twórca kultowych „Czterech pancernych” – film przetrzymano na półkach 10 lat i premierę miał w 1983 roku.
Wie pan, ja miałem tutaj inne problemy. Mianowicie w rozmowie naszego Naczelnego Wodza generała Władysława Sikorskiego z brytyjskim ministrem spraw zagranicznych Anthonym Edenem pierwszy raz w powojennym polskim filmie otwarcie pada nazwa Katyń. W tejże dyskusji Eden stara się przekonać Sikorskiego, że Katyń to robota Niemców, a po tej scenie następuje druga, kiedy dwóch polskich oficerów – kapitan Wicherski i podpułkownik Leon Bukojemski (granych przez Leonarda Pietraszaka i Leszka Kubanka) – wyraża wątpliwości co do sprawców zbrodni katyńskiej. „A jeśli to prawda?” – pyta Wicherski; „To niemożliwe” – odpowiada Bukojemski; „A jeśli to jednak prawda?” – powtarza Wicherski. Po dłuższej chwili milczenia Bukojemski odpowiada: „Po to, by istnieć, musimy być z nimi”… I tak się kończyła część pierwsza filmu.
Premiera przeszła z ogromnym hukiem i stukiem. Nawet obecny na niej marszałek Wiktor Kulikow, ówczesny głównodowodzący wojskami Układu Warszawskiego, składał mi gratulacje. Po dwóch czy trzech tygodniach emisji filmu w kinach oni się dopiero zorientowali, co przepuścili!
Zresztą tam było więcej – nazwijmy to – momentów, choćby w scenie nalotu sztukasów pod Lenino Pietraszak podnosi się i krzyczy: „Kurwa, jak we Wrześniu!”. Prócz Katynia zresztą był też wspomniany polski Lwów, kiedy porucznik Andrzej Radwan (Marek Lewandowski) pyta Zygmunta Gawlika (Jerzy Trela) – obaj lwowiacy i sąsiedzi z jednej kamienicy – „Czy nie chciałbyś wrócić do Lwowa?”, a Gawlik odpowiada pytaniem na pytanie: „Chciałbym, ale czy nas tam będą chcieli?”. I nagle po wspomnianym okresie wyświetlania filmu po interwencji z Moskwy, gdzie widocznie dokładnie przetłumaczono wszystkie kwestie dialogowe, następuje dzika awantura. Film zdjęto i już poza mną wycięto z niego wszystkie niebezpieczne wedle cenzury kadry.
Warto tu jeszcze jedną sprawę wspomnieć. Kiedy skierowano „Do krwi ostatniej” do realizacji, podpisało się pod zgodą dwóch członków Biura Politycznego i trzech sekretarzy KC PZPR. Jak Moskwa podniosła larum, to wszyscy oni – prócz jednej osoby – wyparli się swego wcześniejszego poparcia, twierdzili, że w ogóle nie mają z tym nic wspólnego. Tą osobą, która nie zaparła się filmu, był generał Wojciech Jaruzelski.
Który zresztą przyznał „Do krwi ostatniej” nagrodę ministra MON pierwszego stopnia.
Co jednak nie uchroniło mnie przed tym, że dwa i pół roku byłem na cenzurowanym. Ówczesny szef Kinematografii, Zbigniew Sołuba, poleciał do Moskwy i zameldował, że te wszystkie „niedopuszczalne” kwestie w filmie to była tylko i wyłącznie inicjatywa Hoffmana...
Prócz wersji kinowej powstał siedmioodcinkowy serial „Do krwi ostatniej” i jest w nim coś, czego nie ma w filmie – kreacja Barbary Brylskiej jako Ewy Koszelskiej, pracownicy ambasady rządu generała Sikorskiego w Związku Sowieckim. Jest też Anna Dymna jako Ania Gawlik. jeśli przyszłoby mi jednym zdaniem uwypuklić atuty tej produkcji, to powiedziałbym: batalistyka i kobiety.
No i nasze gorzkie polskie losy.
A czy to prawda, że miał Pan przyobiecane, że po filmie o Lenino będzie Pan mógł zrobić film o Monte Cassino?
Oczywiście! To był warunek, że po filmie „Do krwi ostatniej” powstanie film o chrzcie bojowym żołnierzy 2 Korpusu Polskiego. Powstało nawet kilka scenariuszy, m.in. autorstwa Haliny Auderskiej oparty na słynnym reportażu Melchiora Wańkowicza – on jeszcze istnieje (złożony do archiwum). Planowałem, głównie ze względów finansowych, że będę go kręcił nie we Włoszech, lecz w Bułgarii.
Która już była raz filmową „Italią” w „Popiołach” Andrzeja Wajdy.
Tak, ale miałem pecha, bo po awanturze wokół „Do krwi ostatniej” przeciwnicy powstania tego filmu w KC wzięli górę, argumentując to wykrętnie, że skończyła się moda na filmy o zbiorowym bohaterze.
Wielka szkoda, bo być może dzięki Pańskim filmom o Lenino i Monte Cassino utrwaliłby się mocniej fakt, dla wielu dziś wciąż nieoczywisty, że zarówno w szeregach Armii Andersa, jak i Berlinga służyli, często spokrewnieni, ci sami nieszczęśnicy rzuceni przez okrutną wojnę i niewoleni na nieludzkiej ziemi... Nasuwa mi się taka refleksja, że na planie „Do krwi ostatniej”, ale też na planach kolejnych części „Trylogii” Pan doświadczył czegoś, czego nie ma okazji doświadczyć wielu zawodowych oficerów. Mianowicie Pan kierował wielką masą wojska i to wielonarodowego, by prócz naszych żołnierzy wspomnieć pułk kawalerii Mosfilmu…
O Mosfilmie to mógłbym długo opowiadać… Dość powiedzieć, że kiedy kręciłem na Ukrainie „Potop”, to w tym samym czasie całkiem niedaleko Nikołaj Maszczenko kręcił nową wersję „Jak hartowała się stal” [premiera w 1973 roku] na motywach powieści Nikołaja Ostrowskiego. I ekipa Maszczenki podkradała mi jedną trzecią tegoż pułku, by kręcić swoje sceny batalistyczne. Nic nie mogłem tutaj zrobić prócz zaciskania szczęk, bo to była w tej części świata jedyna formacja, która dysponowała ujeżdżonymi końmi przygotowanymi i do realizacji batalistyki.
Jak to się mówi, były to wierzchowce „ostrzelane”, czyli niebojące się wystrzałów karabinowych i armatnich, ognia i dymu, wody. Nie dość tego – słuchały komend i były wyuczone kawaleryjskiej musztry. To wszystko można było zobaczyć w filmie, ale i w trakcie realizacji można było ujrzeć niesamowite obrazy. Na przykład z jednej strony stoi w szyku nasza husaria, a z naprzeciwka przyjeżdżają transportery opancerzone, którymi podwożono na plan żołnierzy przebranych za szwedzkich muszkieterów i pikinierów. Niesamowicie to wyglądało, jak najeżone pikami i kapeluszami ruchome czworoboki szwedzkiej piechoty.
Zabawna historia przydarzyła się, jak robiliśmy „Ogniem i mieczem” na poligonie w Drawsku. Tam odbywały się duże manewry z udziałem obserwatorów NATO. I proszę sobie wyobrazić, że kiedy zacząłem kręcić scenę z husarią, cała delegacja opuściła stanowiska obserwatorów ćwiczeń i przeszła na mój plan, by zobaczyć szarżę husarii!
W syberyjskiej szkole nad rzeką Ob. Jerzy Hoffman trzeci od lewej, w drugim rzędzie od dołu. Archiwum Jerzego Hoffmana
A co do współpracy z wojskiem, to największą frajdę miałem przy kręceniu dokumentu o Wojsku Polskim, którego tytuł – „Aby kwitło życie” [1961] – wymyślił marszałek Polski (jakim prawem był marszałkiem, to inna sprawa) Marian Spychalski. Film ten robiłem razem z Edwardem Skórzewskim i mieliśmy dzięki wojsku wielkie pole do popisu, bo na przykład dostaliśmy na potrzeby realizacji kilkadziesiąt czołgów z załogami, specjalnie dla nas z portu wypływał ORP „Błyskawica” i tak dalej.
Ale z drugiej strony mieliśmy też konflikt z osławionym „generałem gazrurką” Kazimierzem Witaszewskim [przydomek ukuty od gazrurek, którymi według Witaszewskiego należało bić opozycjonistów]. Mianowicie zaczął nam się wtrącać do scenariusza i żądał zmian. Kiedy odrzuciliśmy jego sugestie, Witaszewski podniesionym głosem zaczął nas straszyć: „My was zmobilizujemy i będziecie musieli robić film tak jak rozkażę!”. Odpowiedziałem: „Film to może będę musiał zrobić, ale dobrego nie będę musiał robić…”.bI później jak nam Spychalski przyznawał monowską nagrodę za ten dokument, to zapytał: „Słyszałem, że mieliście jakieś nieporozumienia z generałem Witaszewskim?”. Odpowiedziałem: „Tak, zdarzyło się”. Spychalski drąży dalej, pytając, o co konkretnie poszło, a ja na to: „Generał zaproponował mi wstąpienie do wojska, ale musiałem odmówić”. Na pytanie marszałka, dlaczego, powiedziałem: „No przecież nie macie rangi marszałka wojsk filmowych”.
Pan w tym filmie wyciął jeszcze większy numer, wyjawiając światu istnienie w naszym wojsku „supertajnego” ścigacza o napędzie odrzutowym…
Zgadza się! (śmiech) Któregoś dnia filmowego w jakiejś szopie nad jeziorem zobaczyłem prawdziwy cud naszej techniki: łódź desantową z przymocowanym lotniczym silnikiem odrzutowym. Okazało się, że jakiś konstruktor wizjoner chciał w ten sposób stworzyć amfibię, która będzie z wody za pomocą napędu odrzutowego przeskakiwać mielizny i mniejsze wysepki. Zbudowano więc ten prototyp, lecz jak to zwykle bywa, okazał się on zupełnym niewypałem.
Po prawdzie to, co znalazłem w szopie, to był już wrak, ale uparłem się, żeby go ożywić na potrzeby filmu. Edek [Skórzewski] starał się mnie odwieść od pomysłu, argumentując, że będzie z tego niezła awantura, lecz nie dałem się przekonać. Ściągnęliśmy z Warszawy pilota odrzutowców, na pokładzie kazałem ustawić makiety rakiet i posadziłem jeszcze drużynę z miotaczami ognia. Pojazd nabrał wręcz kosmicznego wyglądu, ale na wodzie poruszał się tak sobie… Nakręciliśmy go na mocno zwolnionym klatkażu i łódź nabrała niesamowitego przyspieszenia.
Ta magia kina musiała nieźle zaszokować ówczesnych decydentów wojskowych…
Zaszokowała przede wszystkim attaché wojskowych państw zachodnich i radzieckich po oficjalnym seansie w Sali Kongresowej. Na widok mknącej jak strzała „kosmicznej amfibii” jak rażeni prądem poderwali się z foteli! Wcześniej na kilku wojskowych kolaudacjach, jakie przeszedł film, żaden z oficerów o łódź nie zapytał, myśląc po prostu, że jest niedopuszczony do tej tajnej broni.
Mówiąc całkiem poważnie, dzięki wojsku mógł Pan realizować z prawdziwym rozmachem obrazy batalistyczne z czasów II wojny światowej (jak „Do krwi ostatniej”), a także wspaniałe, wręcz przenoszące widza w minioną epokę widowiska – jak „Potop”.
Ależ oczywiście! Weźmy scenę niemieckiego natarcia na sowieckie pozycje pod Moskwą zimą 1941 roku w „Do krwi ostatniej” – miałem do dyspozycji całą dywizję plus kilkadziesiąt czołgów ucharakteryzowanych na niemieckie panzery! Wprawdzie Niemców nie mogłem ukazywać z bliska, bo dywizja składała się z samych skośnookich Azjatów, ale dziś pokazać taką liczbę ludzi można by tylko przy pomocy zdjęć komputerowych.
Swoją drogą makiety niemieckich czołgów w „Do krwi ostatniej” są naprawdę znakomite.
Ten realizm walki w moich filmach zawdzięczam oczywiście udziałowi wojska, jak i wspaniałym naszym kaskaderom. Widz musi uwierzyć w prawdziwość każdej sceny; jeśli raz poczuje fałsz, przestanie wierzyć w przesłanie całego filmu. Ale realizując sceny bitewne, nie myślałem, że prawdziwa, a nie filmowa wojna zapuka do naszych drzwi, że staniemy się krajem przyfrontowym.
Prezydent Putin nie ukrywa, że chce przywrócić potęgę i wielkość Rosji, a pozbawiony wolnych mediów indoktrynowany przeciętny Rosjanin wierzy, że Zachód chce zniszczyć „Matuszkę Rosję”, że pakt NATO jest paktem agresywnym, że rządami w Kijowie zawładnęli faszyści, więc trzeba ich zlikwidować…, a okrucieństwo armii rosyjskiej to oczywiście wroga propaganda.
Należę do pokolenia dzieci wojny, chłopcy w moim wieku walczyli w Powstaniu Warszawskim, co upamiętnia piękny Pomnik Małego Powstańca. Ja na Syberii już w czwartej klasie miałem przysposobienie wojskowe i w wieku 13 lat umiałem obsługiwać: karabin powtarzalny Mosin, karabinek kawaleryjski, erkaem Diegtiariowa, cekaem Maxima, a do tego oczywiście pistolet TT i rewolwer Nagant, a także z nich strzelać.
Nie daj nam Boże, aby dzieci musiały znowu chwytać za broń. Ale długie lata pokoju jakby uśpiły wyrosłe w nim pokolenia, a ospały syty brytan nie sprosta głodnemu i żądnemu krwi wilkowi. Nawet najlepiej uzbrojona, ale pozbawiona ducha walki armia skazana jest na klęskę, czego przykładem jest Francja w czasie II wojny światowej. Dlatego coraz częściej skłaniam się ku myśli, czy nie powinniśmy wprowadzić znowu powszechnej służby wojskowej, bo wojsko z chłopców robi mężczyzn, uczy koleżeństwa, wzajemnej lojalności i prawdziwego patriotyzmu. A prawdziwy patriotyzm polega nie tylko na obronie ojczyzny w czasie wojny, ale na dbałości o jej bezpieczeństwo na co dzień.
Niepodległa, niezależna Ukraina to słabsza Rosja. A słabsza Rosja to mniejsze zagrożenie dla nas, dla Polski. Dlatego Józef Piłsudski poparł Petlurę. Niestety, chłop ukraiński zawierzył bolszewikom, którzy mu obiecali ziemię, i drogo później za to zapłacił. Rozumiał to również dobrze Jerzy Giedroyc i dlatego był takim orędownikiem polsko-ukraińskiego pojednania. Właśnie dlatego nasze własne bezpieczeństwo, bezpieczeństwo Polski, sprawia, że wsparcie Ukrainy w jej walce z rosyjską agresją jest naszym patriotycznym obowiązkiem. A ten, kto to neguje, świadomie lub nieświadomie działa na szkodę Rzeczypospolitej.
Ale czy mimo wszystko nie zaskoczyła Pana pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę w 2022 roku?
I tak, i nie. Myślałem, że Putin poprzez zakulisowe działania spróbuje dokonać zamachu stanu w Kijowie i przywrócić tam Janukowycza albo kogoś w tym rodzaju i stworzyć pokorny prorosyjski rząd. Z drugiej strony, obserwując kolejne wydarzenia: aneksję Krymu, ingerencję na wschodzie Ukrainy, wreszcie otwartą inwazję – czułem déjà vu: Nadrenia, anszlus Austrii, zabór Czechosłowacji, uderzenie na Polskę. Gdyby Hitler dostał mocno po łapach przy pierwszej próbie złamania traktatu pokojowego, prawdopodobnie nie doszłoby do II wojny światowej.
Gwarantami bezpieczeństwa Ukrainy za rezygnację z broni nuklearnej były Rosja, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. Rosja złamała te gwarancje, a pozostali dwaj gwaranci nie zareagowali. Bezkarność rozzuchwala. A gdy wreszcie zaczęto pomagać Ukrainie, ta pomoc była tak „kropelkowa”, że dała czas Rosji na odbudowę przemysłu zbrojeniowego, który znajdował się w zapaści po upadku Związku Sowieckiego, więc teraz mamy to, co mamy.
A co Pan myśli o postawie inteligencji rosyjskiej – wszak ma Pan wielu przyjaciół wśród niej?
Nikt z moich przyjaciół już nie żyje. To było pokolenie Wysockiego i zawiedzionych nadziei, bo demokratyzacja w jelcynowskim wydaniu dziś kojarzy się Rosjanom z dziką prywatyzacją, bogaceniem się oligarchów, pełną zapaścią gospodarczą i potwornym zubożeniem i tak już biednego społeczeństwa. Dlatego Putin cieszy się obecnie takim poparciem. Zwolennicy demokracji, którzy zawsze byli w Rosji w mniejszości, dziś zapełniają więzienia i kolonie karne, są na emigracji lub są po prostu likwidowani. Wśród inteligencji rosyjskiej zawsze było wielu Wielkorusów, od Dostojewskiego począwszy, był nim nawet Sołżenicyn.
Co do tego, że Nikita Michałkow tak mocno poprze politykę Putina, nie miałem żadnych wątpliwości, bo on od zawsze był Wielkorusem. Trochę, choć też nie do końca, zaskoczył mnie mój Bohun – Aleksandr Domogarow, który także wyraźnie poparł najazd na Ukrainę. Ale widzi pan, czasem między talentem a rozumem jest daleka droga – zawsze to powtarzam aktorom. No cóż, dla Wielkorusów Ukraina to „mała Rosja”. Wszak Putin w swoich „historycznych wykładach” podkreślał, że państwowość ukraińska to jedynie „błąd Lenina”, który zamiast centralizować państwo – jak później Stalin – głosił jego federalizację.
A z drugiej strony – czego dyktator nie przewidział – jego agresja zjednoczyła Ukraińców i w dużej mierze określiła ten naród na nowo. Nawet wielu rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy zdecydowanie stanęło do walki w obronie jej niepodległości.
Zarówno pan prezydent Putin, jak i jego otoczenie sądzili, że to będzie „spacer”, który potrwa co najwyżej dwa tygodnie. Nazwali to nawet, i do dziś nazywają, operacją. Doprowadzili do rzeczy wręcz niepojętej, że Rosjanie są przez ogromną większość Ukraińców znienawidzeni.
A przecież z tymi nastrojami było bardzo różnie na zachodzie i na wschodzie Ukrainy. Te nastroje poznałem dobrze, bo zjeździłem Ukrainę wzdłuż i wszerz wraz z filmem „Ogniem i mieczem”, który stał się tam bezprecedensowym hitem. Wtedy też zrozumiałem, jak nieznajomość własnej historii wpływa na brak samookreślenia. Książka ówczesnego prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy „Ukraina to nie Rosja” stała się ostatecznym impulsem do nakręcenia przeze mnie dokumentalnego serialu „Ukraina. Narodziny Narodu”.
To właśnie za film „Ogniem i mieczem” przyznano mi tytuł rzeczywistego członka Akademii Sztuki Ukrainy, otrzymałem Order „Za Zasługi” i Medal Rady Najwyższej „Za Zasługi dla Ukrainy”.
A przecież powieść „Ogniem i mieczem” była uznawana tam za utwór wybitnie antyukraiński!
Oczywiście, ileż ja musiałem przekonywać nieżyjącego już niestety Bohdana Stupkę, żeby zagrał u mnie Chmielnickiego, i zagrał wspaniale! Chciałem, by ten film nie powodował wykopywania kolejnych głębokich rowów między nami, lecz wręcz przeciwnie. Wszak ta bratobójcza przecież wojna okazała się nieszczęściem zarówno dla nas, jak i dla nich…
„Pogodziła nas” Rosja, niszcząc kozacką autonomię, a później rozbierając Rzeczpospolitą.
I tym memento kończę film. Nie Beresteczkiem, które było oczywiście naszym świetnym zwycięstwem, ale jedną z bitew wojny domowej! Proszę pamiętać, że po Beresteczku był Batoh – straszliwa klęska w dużej mierze sprokurowana na nasze własne życzenie. Sienkiewicz stworzył wspaniałą „Trylogię” ku pokrzepieniu serc, ale pokazując nasze piękne tradycje, nie taił, że była druga strona medalu – warcholstwo, sobiepaństwo, zdrada i tchórzostwo. Jak każdy naród, mamy wspaniałe, ale i wstydliwe karty historii, które doprowadziły do tego, że jeden z największych krajów europejskich został wymazany z mapy kontynentu!
To prawda, potrafił Pan przekonująco pokazać w swych filmach nie tylko bohaterów „pomnikowych”, jak hetmana Czarnieckiego, przeora Kordeckiego czy hetmana Sobieskiego, ale i naszych złoczyńców, jak chociażby księcia Bogusława Radziwiłła. Pokazywał Pan też, że w życiu się błądzi, ale jest szansa na odkupienie, czego dowodzi los chorążego orszańskiego Andrzeja Kmicica.
No cóż… Nie zostałem „marszałkiem wojsk filmowych”, ale proszę spojrzeć na ten plakat na ścianie, gdzie stoję w kontuszu hetmańskim i z buławą. Nazwano mnie wielkim hetmanem koronnym polskiego kina. Ta przygoda, fascynacja „Trylogią” – zaczęła się na Syberii. Ojciec pocztą polową z wojska przysyłał mi kolejne tomy książki, która pochłonęła mnie bez reszty i stała się znaczącą częścią mego życia.
Jeśli dobrze pamiętam, sfilmował Pan właśnie „Trylogię” w tej kolejności, w jakiej otrzymywał Pan ją od ojca.
Tak zrządził los. „Ogniem i mieczem” podlegało wtedy absolutnej cenzurze, „Potop” zarezerwował dla siebie Aleksander Ford, pozostawał „Pan Wołodyjowski”. Dopiero później mogłem zekranizować „Potop”, a na „Ogniem i mieczem” czekać trzeba było wiele lat.
Dziś akurat mamy deszczowy dzień, więc aż prosi się, by przywołać jedną z najpiękniejszych scen pojedynków w kinie, czyli walkę szablami Wołodyjowskiego z Kmicicem. Jak pamiętamy, w książce był to nocny pojedynek, przy pochodniach, ale ten Pański w strugach deszczu jest z pewnością bardziej filmowy.
Właśnie o to chodziło, by on był filmowy, by oglądający skupiał się na walce, a nie na pochodniach statystów rozświetlających mroki nocy.
Jeśli mówimy o pojedynkach, to jako miłośnik westernu nie mogę przeoczyć takiej okazji i Twórcy jednego z najlepszych europejskich westernów nie zapytać o „Prawo i pięść”! Tak się złożyło, że w tym samym miesiącu – czyli wrześniu – i tym samym 1964 roku do europejskich kin weszły dwa kamienie milowe europejskiego westernu: „Za garść dolarów” (pierwsza część trylogii dolarowej Sergia Leone) oraz „Prawo i pięść” duetu reżyserskiego Jerzy Hoffman – Edward Skórzewski. Co więcej, w obu filmach mamy podobną scenę wykończenia przez sprawiedliwego rewolwerowca jednego z jego nikczemnych antagonistów. Mianowicie Clint Eastwood u Leone zabija Maria Bregę, zrzucając nań beczki po winie, i tak samo Gustaw Holoubek załatwia Ryszarda Pietruskiego.
Nie widzieliśmy filmu „Za garść dolarów”, a ta niesamowita zbieżność jest dziełem absolutnego przypadku. Scenę z beczkami kręciliśmy w leżakowni win w Toruniu. Trzeba było robić ją szybko – w czym wielka zasługa autora zdjęć Jurka Lipmana, bo zapach siarki był tak mocny, że trudno było w tej piwnicy wytrzymać.
Zdjęcia, kadrowanie pojedynków są fenomenalne, zresztą podobnie jak dialogi – słowo, obraz i cisza są tutaj mistrzowsko synchronizowane, co szczególnie ważne jest w westernie. Nie mówiąc już o balladzie, która film otwiera, czyli „Nim wstanie dzień” – kompozycji Krzysztofa Komedy i Agnieszki Osieckiej.
Pamiętam, jak na spotkaniu z Agnieszką Osiecką i Krzysztofem Komedą padł pomysł, żeby westernową balladę skrzyżować z Bułatem Okudżawą, i efektem tego był „Nim wstanie dzień”. Trzeba tutaj jeszcze przywołać wykonawcę ballady – Edmunda Fettinga, niepowtarzalna interpretacja i wokal.
Włoskie westerny nazwano spaghetti westernami, myśmy „Prawo i pięść” nazwali easternem. Ten film reprezentował Polskę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Karlowych Warach. A wtedy Czesi – parafrazując popularne powiedzenie, że ktoś jest bardziej papieski od papieża – byli bardziej socjalistyczni od Sowietów. Tam dosłownie na każdym kominie fabrycznym były czerwone gwiazdy. I myśmy wtedy na festiwalu dlatego nie dostali nagrody, gdyż nas oskarżono, że zbyt zapatrzyliśmy się w amerykańskie wzorce…
Co w tym wypadku może być tylko pochwałą.
No tak. Przewodniczącym jury festiwalowego był wtedy Antonín Martin Brousil, rektor czechosłowackiej filmówki, który dla kina czeskiego wywalczył szereg nagród. Podobno robił to szantażem emocjonalnym, uświadamiając zachodnim krytykom filmowym, że jeśli nie przywiezie nagrody za czeski film, to on pójdzie do więzienia… I tak Czesi zawsze przywozili z festiwali jakąś nagrodę. Chociaż trzeba oddać sprawiedliwie, że Czesi stworzyli wspaniałe i rozpoznawalne na świecie kino.
Lecz wtedy tenże Brousil oskarżył nas, że ślepo hołdujemy Zachodowi, kręcąc film w konwencji westernu, i nie zasługujemy na żadną nagrodę. To później skwitował mający przecież czeskie korzenie Gustaw Holoubek jednym mocnym stwierdzeniem: „Wy w d…ę p…i Czesi!”. Gustaw w tym filmie zagrał fenomenalną rolę, więc jego żal był jak najbardziej uzasadniony.
Tam nawet epizodyczne role są znakomite – wspomniany Ryszard Pietruski jako rewolwerowiec Wijas, Wiesław Gołas jako prostolinijny Smółka, Zdzisław Maklakiewicz jako Czesiek Wróbel, były więzień kacetu, który za wszelką cenę pragnie zacząć życie od nowa, Zbigniew Dobrzyński jako walczący ze skrupułami Rudłowski i Jerzy Przybylski – herszt bandy Mielecki; słowem: jak siedmiu wspaniałych!
Już żaden z nich nie żyje…
Lecz Pan z Edwardem Skórzewskim unieśmiertelnił ich w westernie! Filmie pięknie zrobionym technicznie, ale aż kipiącym od emocji, które można było rozładować po męsku: stając naprzeciw siebie z rewolwerem… Pan posiada rzadką umiejętność – także wśród filmowców – przekazywania ważnych treści w filmach, które jednocześnie są znakomitą rozrywką, które po prostu chce się oglądać.
Dla mnie największą porażką jako filmowca nie była opinia krytyków filmowych. Jeśli mówimy o krytykach, przypomina mi się zawsze dykteryjka Tadeusza Boya-Żeleńskiego: „Krytyk i eunuch z jednej są parafii, każdy wie jak, żaden nie potrafi”. Gdyby kino szło drogą, którą chcą mu wyznaczyć krytycy, to ono dawno przestałoby istnieć, bo ludzie nie oglądaliby filmów… A produkcja filmów wiele kosztuje. Dla mnie osobiście pusta sala kinowa była największą porażką. Dla mnie uczucie, emocje w filmie są niezwykle ważne. Jeśli coś mnie porwie, to idę za tym jak po sznurku. Dlatego z wszystkich filmów Felliniego najbardziej kocham „La stradę”. Rozumie pan, widział pan „La stradę”?
Nieszczęśliwa Galsomina i jeszcze bardziej nieszczęśliwy Zampanò, bo niedoceniający jej miłości…
Oczywiście Fellini to gigant kina i twórca wielu wybitnych filmów. Ale „La strada” jest najbardziej ludzka. Tak jak ludzki najbardziej jest Chaplin. Nie może być kina bez emocji i gatunek filmu nie ma tutaj najmniejszego znaczenia. Albo film jest zły, albo dobry, niezależnie od tego, czy to komedia, western, melodramat, czy wielkie widowisko historyczne. Oglądający musi czuć w filmie emocje i być tymi emocjami porwany.
Przed rozpoczęciem zdjęć do „Pana Wołodyjowskiego” jeździliśmy po naszych dawnych Kresach, robiąc do filmu dokumentację. Byliśmy m.in. w Zbarażu, Berdyczowie, Kamieńcu Podolskim. Pewnego dnia zatrzymaliśmy się w stepie i nagle zauważyłem resztki jakiejś bramy i napis: „Okopy Świętej Trójcy przez hetmana Jabłonowskiego przeciw Turkom postawione”. Przysięgam, że mi się nogi ugięły i padłem na kolana! Dziwi mi się pan?
Absolutnie nie.
Historia nie jest „martwym językiem”, jeśli są w niej ludzkie emocje. To też dotyczy kina i w tym tkwi jego tajemnica.
Niewątpliwie! Dla Pana historia była łaskawa, gdyż ma Pan naprawdę ciekawe życie, wypełnione pasją.
W odpowiedzi zacytuję panu toast, jaki wznosi często mój przyjaciel, Wiktor Zborowski: „Nie życzę wam zdrowia, bo na »Titanicu« wszyscy byli zdrowi. Nie życzę wam pieniędzy, bo na »Titanicu« byli też ludzie bogaci. Życzę wam farta”. Niewątpliwie miałem go w życiu wiele razy.
autor zdjęć: Rys. Piotr Korczyński, Michał Niwicz, archiwum Jerzego Hoffmana

komentarze