Tutaj równie ważne jak technika i siła są strategia, opanowanie i gotowość do ryzyka. – Każdy przejazd to szukanie balansu między ryzykiem a efektownością. Ale to sprawia, że ten sport jest taki fascynujący i ciągle daje mi niesamowicie dużo radości i satysfakcji – mówi w rozmowie z „Polską Zbrojną” Zuzanna Witych, mistrzyni świata w narciarstwie freeride’owym.
Zacznijmy od podstaw. Dla wielu osób freeride to wciąż egzotyka. Na czym właściwie polega ten sport?
Zuzanna Witych: To jazda na nartach poza przygotowanymi trasami. W wydaniu sportowym i wyczynowym wygląda to tak, że mamy do dyspozycji naturalną, dziką ścianę w górach. Wyznaczony jest jedynie punkt startu i mety, a cała reszta zależy od nas. To bardzo złożony sport. Przed startem analizujemy teren z daleka, przez lornetkę. Tworzymy w głowie mapę zjazdu: gdzie skręcić, gdzie skoczyć, gdzie przyspieszyć. A potem realizujemy plan… jadąc tamtędy pierwszy raz w życiu!
Czyli bez wcześniejszego treningu na tej trasie?
Tak – i to jest największe wyzwanie. Szczególnie że tu nie ma drugiej serii. Jest jeden przejazd i tylko jedna szansa na zdobycie punktów. Każdy przejazd to szukanie balansu między ryzykiem a efektownością. Ale to sprawia, że ten sport jest taki fascynujący i ciągle daje mi niesamowicie dużo radości i satysfakcji.
Co decyduje o punktacji?
Liczy się płynność, kontrola, styl i trudność wybranej linii. Nie możemy się zatrzymać i zastanawiać, jak pojechać dalej, jak pokonać przeszkodę. Prędkość wynika z tej płynności, ale nie jest celem samym w sobie i nie liczy się, kto pierwszy dojedzie do mety. Musimy wykazać się kreatywnością – nie chodzi o najprostszy zjazd, ale o wykorzystanie naturalnych przeszkód: skał, klifów i uskoków. To wszystko wpływa na ocenę. Oprócz kreatywności i wyobraźni przestrzennej potrzebna jest też technika. Dlatego to sport tak widowiskowy. Elementy akrobatyczne – różnego typu skoki ze skał czy klifów często z dodatkowymi ewolucjami, czyli obrotami czy saltami – są bardzo ważną częścią współczesnego freeride’u. Problem w tym, że nie znamy dokładnej wysokości przeszkody. Trzeba szybko podejmować decyzje, często w powietrzu. To wymaga ogromnego doświadczenia i świadomości ciała. Zdarzało mi się, że wyskakiwałam do salta i już w powietrzu pojawiała się myśl: „ooo, jednak jest wyżej, niż myślałam”.
Narciarstwo kojarzy się przede wszystkim z ogromnym wysiłkiem fizycznym, a z Pani opisu wynika, że w tej dyscyplinie sukces to też efekt myślenia strategicznego.
Kiedy przygotowujemy się do przejazdu, musimy bardzo dobrze nauczyć się topografii terenu – stworzyć w głowie mapę i ją zapamiętać. Podczas jazdy odtwarzamy ten plan. Musimy znaleźć punkty orientacyjne, pamiętać, gdzie są zmiany nachylenia czy przełamania terenu. Jednocześnie cały czas analizujemy to, co dzieje się przed nami i podejmujemy decyzje w czasie rzeczywistym. To wymaga bardzo dobrej świadomości własnego ciała i znajomości gór, uczy też ogromnej pokory wobec natury. Choć zawody odbywają się tylko wówczas, kiedy są spełnione określone warunki, musimy być przygotowani na ewentualną lawinę. Szkolenia lawinowe to jest też bardzo ważny element treningów w tym sporcie.
Często wspomina Pani, że pochodzi z „jednego z najbardziej płaskich miejsc w kraju”. Skąd pomysł na sporty zimowe, i to w wydaniu ekstremalnym?
To prawda, pochodzę z Łodzi, która jest chyba ostatnim miejscem, jakie może kojarzyć się ze sportami zimowymi. Trenowałam lekką atletykę – to fantastyczny sport, który dał mi bardzo dobre przygotowanie ogólnorozwojowe do narciarstwa. Narty pojawiły się w dzieciństwie, ale raczej rekreacyjnie – kilka wyjazdów w roku, sezonowo. Nie brałam nawet pod uwagę trenowania tego sportu. Dopiero pod koniec liceum poznałam freestyle, zobaczyłam te ewolucje na torze i przepadłam. To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Szybko zaczęła Pani osiągać duże sukcesy w tej dyscyplinie.
Po dwóch latach treningów w snowparkach zakwalifikowałam się do powstającej właśnie kadry Polski. To był czas, kiedy freestyle zdobywał popularność, stał się nawet dyscypliną olimpijską. Odnosiliśmy sukcesy w zawodach europejskich, ale brakowało środków, żeby pójść dalej. Już wtedy wiedziałam jednak, że nie odpuszczę. Na studia pojechałam do Francji, żeby móc trenować w Alpach, gdzie są trasy na zupełnie innym poziomie i przede wszystkim dłuższy sezon, trwający aż do początku maja. Tam odkryłam freeride i w 2019 roku wystartowałam w pierwszych zawodach kwalifikacyjnych. To był początek drogi do Pucharu Świata.
Dziś jest Pani mistrzynią świata, po zwycięstwie w pierwszych zawodach zorganizowanych przez Międzynarodową Federację Narciarską i Snowboardową.
Tak się złożyło, że udało mi się je wygrać.
Złożyło się? Przecież to był ogrom pracy! Ale to charakterystyczne. Kobiety często mówią „tak się złożyło”, mężczyźni – „zapracowałem na to”.
Może coś w tym jest. Ale rzeczywiście freeride to nadal środowisko z przewagą mężczyzn. Z drugiej strony liczba kobiet szybko rośnie, a poziom sportowy idzie wyraźnie w górę. Na zawodach najwyższej rangi już 40% zawodników to kobiety. Co ważne, między zawodniczkami jest duże wsparcie – rywalizacja ma raczej formę wzajemnej motywacji niż walki. I zupełnie szczerze się cieszymy sukcesem innych, bo to oznacza progres samej dyscypliny i postrzegania kobiet w sportach ekstremalnych.
Ten sport wygląda na bardzo ryzykowny. Czy to tylko wrażenie?
Na najwyższym poziomie – tak, ryzyko jest duże. Ale do tego poziomu dochodzi się latami. Amatorsko można zacząć dużo bezpieczniej – nawet w pobliżu tras, w specjalnych strefach freeride’owych, które dziś powstają w wielu ośrodkach. Nie trzeba od razu jechać w góry wysokie. Co więcej, my także nie trenujemy na co dzień na najwyższych i ekstremalnych trasach. Bardzo wiele można nauczyć się w bezpiecznych warunkach.
Jak wygląda Pani trening na co dzień?
To całoroczny proces. Od maja do września pracujemy głównie nad przygotowaniem fizycznym – siłownia, treningi ogólnorozwojowe, trampoliny, które pomagają w kontroli ciała w powietrzu. Jesienią dochodzą treningi na śniegu. W sezonie startowym ważna jest równowaga między treningiem a regeneracją. Lubię też włączać inne aktywności, przede wszystkim jazdę na rowerze, ale w wydaniu zjazdowym. To w dużym stopniu przypomina freeride – zjeżdżamy szybko z góry, są skoki, pokonywanie naturalnych przeszkód, trzeba cały czas analizować teren i podejmować decyzje. Zatem dla mnie to trening kondycyjny i mentalny. Ale muszę pamiętać, żeby nie przesadzić – downhill (sport ekstremalny polegający na zjeździe rowerem po stromym zboczu – przyp. red.) jest kontuzjogenny, muszę uważać, żeby ta przyjemność nie wyłączyła mnie ze startu w zawodach.
Korzysta Pani ze wsparcia psychologa sportowego? Dla wielu sportowców to dziś element równie ważny jak praca nad kondycją fizyczną.
Freeride wiąże się z różnymi wyzwaniami mentalnymi. Przede wszystkim pojawia się presja. Jeden przejazd decyduje o wszystkim, dochodzi do tego świadomość, że oglądają nas kibice, znajomi. Mierzymy się też ze strachem – na etapie planowania, kiedy patrzy się na stromą ścianę, można poczuć lęk. Na szczęście w czasie przejazdu umiem wejść w tryb zadaniowy. To wszystko wypracowuję sama. Nie korzystam z profesjonalnego wsparcia, ale dużo czytam o psychologii sportu i wdrażam polecane metody, na przykład wizualizację.
Jakie są Pani najbliższe sportowe cele?
Największy wiąże się z potencjalnym debiutem freeride’u na igrzyskach olimpijskich. Decyzja ma zapaść w 2026 roku. Gdyby się udało – start i oczywiście zdobycie złotego medalu byłyby spełnieniem marzeń.
A po zakończeniu kariery? W sportach ekstremalnych „sportowa emerytura” nadchodzi dość szybko.
To prawda, sport wyczynowy ma swoje ograniczenia, szczególnie w dyscyplinach ekstremalnych. Wiem, że nie będę wiecznie startować w zawodach, dlatego od pewnego czasu buduję coś równolegle. Przede wszystkim bardzo zależy mi na rozwoju freeride’u w Polsce – zarówno na poziomie amatorskim, jak i profesjonalnym. Dziś ta ścieżka wciąż jest trudna, często trzeba iść nią samodzielnie, bez systemowego wsparcia. Sama tego doświadczyłam i chciałabym to zmienić w kontekście kolejnych pokoleń. Dlatego od dwóch lat prowadzę klub sportowy – pierwszy w Polsce, w którym można trenować freeride. Szkolimy dzieci, ale na treningi zapraszam też dorosłych, którzy chcą nauczyć się czegoś nowego. Nie każdy musi przecież zostać zawodnikiem, ale to dyscyplina, która daje ogromną radość z jazdy. A w tym nie ma ograniczeń wiekowych, dlatego myślę, że z czasem poświęcę się pracy trenerskiej i promocji tego sportu.
Czyli nie planuje Pani odejścia z gór?
Zdecydowanie nie. Nie wyobrażam sobie już życia bez sportu i nart. I myślę, że szczególnie jeśli freeride zostanie dyscypliną olimpijską, to pracy mi nie zabraknie.
Zuzanna Witych jest narciarką freeride’ową, mistrzynią świata z 2026 roku oraz zwyciężczynią pierwszych w historii mistrzostw świata w tej dyscyplinie organizowanych przez Międzynarodową Federację Narciarską i Snowboardową. Zawodniczka kadry narodowej freeride Polskiego Związku Narciarskiego. W latach 2021–2026 zdobyła sześć medali w zawodach Pucharu Świata Freeride World Tour (trzy złote, jeden srebrny, dwa brązowe).
autor zdjęć: Archiwum prywatne Zuzanna Witych

komentarze