Stawia na kreatywność i pracę zespołową, bo w wojsku nie ma miejsca na niezdrową rywalizację. Podkreśla: Żelazna Dywizja „nie stygnie”, nawet pełniąc służbę na Podlasiu. Gen. dyw. Dariusz Lewandowski od lutego stoi na jej czele. „Polsce Zbrojnej” mówi, kiedy 18 Dywizja Zmechanizowana osiągnie pełną gotowość operacyjną, opowiada o celach, które sobie wyznacza, i zdradza, kim by został, gdyby nie założył munduru.
Z 18 Dywizją Zmechanizowaną jest Pan związany od momentu jej utworzenia, a przez trzy lata był zastępcą dowódcy. Jakie zadania postawiono przed Panem, mianując na stanowisko dowódcy Żelaznej Dywizji?
Gen. dyw. Dariusz Lewandowski : Od podszewki znam dywizję i proces jej formowania, za który byłem odpowiedzialny jako zastępca dowódcy. Kontynuacja tego procesu jest jednym z głównych kierunków mojego działania. Podstawowe komponenty – trzy brygady, dowództwo dywizji oraz batalion dowodzenia – są już gotowe. Brygada artylerii, pułki logistyczne i saperów również osiągnęły zdolności. W trakcie formowania pozostaje pułk przeciwlotniczy, ale to zależy od dostaw systemów w ramach programów „Wisła” i „San”. Najmłodszym elementem jest 18 Brygada Zmotoryzowana. Nie osiągnęła ona jeszcze pełnej gotowości do działania, ale już ma pierwsze pododdziały, w tym artylerię, która prowadziła strzelania. To budujące, że nawet tak młoda formacja już stanowi dla mnie ważny zasób.
Jakie zmiany czekają dywizję w najbliższym czasie?
Przede wszystkim przezbrajanie dywizji z Leopardów w Abramsy, które rozpoczęło się dwa lata temu, oraz kontynuacja przezbrajania jednostek artylerii. Przed nami także szkolenie zgrywające dywizjonów haubic K9, by osiągnęły pełną gotowość operacyjną. Kolejnym elementem jest budowanie zdolności dronowych dywizji. Do ważniejszych zadań należy także współpraca z siłami amerykańskimi. Na 2028 rok zaplanowana jest pełna certyfikacja 18 Dywizji Zmechanizowanej jako pierwszego związku taktycznego, który będzie działał zgodnie z procedurami amerykańskimi i osiągnie pełną interoperacyjność ze wszystkimi systemami dowodzenia oraz rażenia US Army. Dochodzenie do standardów amerykańskich jest czasochłonne i odbywa się na wielu płaszczyznach – dowodzenia, rozpoznania, zdolności ogniowych i wsparcia. Zwracamy też uwagę na zdolności do przetrwania i wsparcia powietrznego wraz z koordynacją przestrzeni powietrznej, na co wojska amerykańskie kładą duży nacisk.
A jakie kierunki wyznaczył Pan sam sobie?
Wnioski z konfliktów, a szczególnie ukraińskiego, wskazują, że żołnierze i ich wyszkolenie są najważniejsi. Sprzęt można dostarczyć, procedury zmienić, natomiast żołnierza nie da się dobrze przygotować do działania w krótkim czasie. Dlatego dla mnie głównym punktem odniesienia jest zawsze żołnierz. Jesteśmy jedną z najbardziej rozwiniętych dywizji. W zeszłym roku wcieliliśmy do służby prawie 3 tys. żołnierzy. Teraz koncentrujemy się na szkoleniu, doborze najlepszych kandydatów do korpusu podoficerów, a także jasnej ścieżce rozwoju oficera. Bo to nie czołg jest groźny, ale jego świetnie wyszkolona załoga.
Czy obecność wojsk 18 Dywizji na granicy nie koliduje z kalendarzem szkoleń?
Pomimo że pozostaniemy na granicy do połowy wakacji, to szkolenia trwają. Bierzemy udział m.in. w ćwiczeniach „Warfighter” z V Korpusem US Army. W maju planowane są ćwiczenia pod kryptonimem „HIMARS Apache Initiative”, czyli kierowanie walką uderzeniowych zespołów bojowych wojsk rakietowych i grup śmigłowców bojowych Apache. We wrześniu bierzemy udział w „Avenger Triad” z Amerykanami, które opierają się na działaniach z komputerowym systemem wsparcia oceny ćwiczenia. Mówiąc kolokwialnie, nasze decyzje będą symulowane w systemie komputerowym – jedna potężna gra komputerowa. Wchodzimy także w duży cykl ćwiczeń polskiego wojska, jak „Brave Hussar”, „Jesion ’26” 2 Korpusu Polskiego czy nasze przedsięwzięcie „Niedźwiedź ’26”. Przez cały czas trwają również szkolenia indywidualne oraz zespołowe realizowane na niższych poziomach, więc dywizja nie stygnie.
A służba na granicy? Czy dla żołnierzy to także dodatkowa forma szkolenia?
Wojsko działa na granicy w sposób ciągły, choć nie zawsze jest to widoczne w mediach. Obecnie sytuacja na ścianie wschodniej jest stabilniejsza niż wcześniej, ale zagrożenie nie zniknęło – zmieniają się tylko metody działania. Dla moich żołnierzy to jednocześnie realna operacja i miejsce szkolenia, gdzie możemy testować nowy sprzęt i trenować procedury. Na przykład po raz pierwszy w Wojsku Polskim właśnie na granicy używaliśmy operacyjnie systemu Gladius, czyli bezzałogowego systemu poszukiwawczo-uderzeniowego. Bo tam jest realne środowisko operacyjne, które pozwala żołnierzom sprawdzać się w praktyce. Możemy testować nowe systemy i procedury w warunkach zbliżonych do rzeczywistych. Poza tym bardzo mi zależy na różnego rodzaju szkoleniach podtrzymujących. Codziennie odbywają się więc ćwiczenia choćby z medycyny pola walki, strzeleckie, ochrony wojsk, rozpoznawczych czy na przykład walki z tłumem.
Jak wygląda system szkolenia w dywizji?
Obejmuje zarówno klasyczne szkolenie wojsk, dowództw i sztabów oraz działalność metodyczną, jak i dodatkowe cykle – warsztaty, ćwiczenia czy kursy związane z nowoczesnym uzbrojeniem, zwłaszcza dronami. Szkolenia odbywają się w różnych miejscach, ale co ważne, na przykład operatorzy dronów nie ćwiczą „nad pustym polem”, tylko nad realnie szkolącymi się pododdziałami. Jednym z bardzo istotnych elementów jest samowystarczalność dywizji, która powinna być zdolna do szkolenia własnych żołnierzy. Dlatego szkolimy instruktorów i w dużej mierze staramy się robić to we własnym zakresie, ale też korzystamy ze wsparcia szkolnictwa wojskowego.
Stawiamy na podoficerów, to oni są kręgosłupem armii. To dowódcy pierwszego kontaktu – drużyny, czołgu czy działa. To oni podejmują decyzje na polu walki i odpowiadają za życie swoich żołnierzy. Dlatego selekcja do korpusu podoficerskiego jest bardzo wymagająca: najlepsze oceny, odpowiednia postawa etyczna, zaangażowanie. W zeszłym roku przeszkoliliśmy około 600 szeregowych do tego korpusu. Przechodzą oni kolejne kursy i szkolenia przywódcze.
A oficerowie?
To żołnierze, którzy muszą być najlepsi z najlepszych – dobrze wyszkoleni, wykształceni w akademiach wojskowych i doświadczeni. Oficer powinien być zarówno wykonawcą, jak i planistą. Tylko wtedy rozumie procesy i podejmuje właściwe decyzje, bo na przykład dowódca batalionu piechoty bierze odpowiedzialność za 800 żołnierzy i 58 Abramsów. Najważniejsi są ludzie: dobrze wyszkoleni, kreatywni, odpowiedzialni. Ostatecznie to oni decydują o wyniku – nie sprzęt, nie liczby, tylko człowiek.
Mówi Pan o kreatywności. Czy w wojsku jest na nią miejsce?
Kreatywność to jest sztuka znajdowania rozwiązań tam, gdzie inni ich nie widzą. W wojsku dodatkowo trzeba tę cechę połączyć z umiejętnością pracy zespołowej. Na swojej drodze spotkałem świetnych żołnierzy, którzy byli dobrze wyszkoleni, ale zbyt zapatrzeni w siebie. W armii nie ma miejsca na ściganie się, kto lepszy, bo armia jest tak silna jak jej najsłabsze ogniwo. Przykładem kreatywnego podejścia do służby może być ośrodek szkolenia dronowego Vespa, który powstał w 1 Brygadzie Pancernej w Wesołej. Dzięki niemu w naszej dywizji są jedni z najlepiej wyszkolonych polskich pilotów obsługujących First Person View. Z kolei w Lublinie w 19 Brygadzie Zmechanizowanej działa drugie laboratorium dronowe, które pokazuje, jak integrować bezzałogowce z innymi elementami armii w jeden sprawny system. 21 Brygada Strzelców Podhalańskich od 2022 roku doskonali system zarządzania pola walki (BMS Legion) w połączeniu ze zdolnościami rozpoznawczo-uderzeniowymi dla artylerii. To właśnie 21 BSP była uczestnikiem dwóch ćwiczeń eksperymentalnych w zakresie innowacyjnych technologii i BMS. Jej wnioski i rekomendacje widać dziś we wprowadzanych systemach bezzałogowych i wsparcia dowodzenia. Ta wiedza ekspercka jest rozpowszechniana w dywizji i na potrzeby sił zbrojnych, ale czerpiemy także z wiedzy naszych siostrzanych dywizji, za co dziękuję.
Rewolucja dronowa już się dzieje. A jakie są jeszcze największe potrzeby armii?
Największym wyzwaniem jest nadrabianie około 30 lat zaniedbań. Modernizacja nie polega na stopniowej wymianie sprzętu – to raczej budowanie systemu od nowa. Najpilniejsze potrzeby, które mógłbym wskazać, dotyczą transportu wojskowego, zdolności remontowych i serwisowych oraz infrastruktury takiej jak garaże, koszary, zaplecze techniczne. Nowoczesny sprzęt wojskowy – czołgi, systemy rakietowe czy lotnicze – wymaga bowiem odpowiednich warunków przechowywania. I to nie tylko kwestia komfortu, lecz także trwałości i gotowości bojowej. Do tego dochodzi infrastruktura niezbędna do zakwaterowania – nawet czasowego – zmobilizowanych 500 tys. żołnierzy, gdyby była taka potrzeba. Takie możliwości mają także walor deeskalacji konfliktów, gdy przeciwnik widzi nasz potencjał. Trzeba jeszcze mieć na uwadze logistykę, bo na przykład jedna brygada potrzebuje nawet 1 tys. t zaopatrzenia na 30 dni. A dostarczenie dziennego zapotrzebowania dla jednego batalionu może zająć ponad dobę.
Służy Pan w wojsku już ponad 30 lat, co stało za decyzją o wyborze takiej drogi zawodowej?
Pochodzę z rodziny, w której losy Polski były bardzo ważne i obecne w naszych codziennych rozmowach. Część mojej rodziny została wywieziona na Syberię, moja mama się tam urodziła. Urodziłem się w Jedwabnem, a dorastałem w Łomży. Należałem do harcerstwa, interesowałem się historią i to mnie napędzało do działania. Dzisiaj słowo „patriotyzm” bywa nadużywane, ale wtedy to było coś naturalnego. I chyba to wszystko razem sprawiło, że wojsko stało się dla mnie oczywistym wyborem.
A kim byłby Pan, gdyby nie służba?
Prawdopodobnie nauczycielem – historii albo geografii. Zawsze miałem potrzebę przekazywania wiedzy i pracy z ludźmi. Ale w wojsku też znajduję przestrzeń na to, ponieważ dobry dowódca to tak naprawdę dobry nauczyciel. W armii błędy mogą kosztować życie, więc przekazywanie wiedzy musi być bardzo odpowiedzialne i konkretne. Uważam, że mam jeszcze misję do spełnienia. Czasami patrzę na oficerów ojcowskim okiem i gdy trzeba, stosuję metody dydaktyczne. Na przykład zlecam pisanie referatów – co ważne ręcznie – na temat, który akurat okazał się dla nich problemem. To świetnie utrwala wiedzę. Sam tego kiedyś doświadczyłem i pamiętam tę lekcję do dzisiaj.
Choć wybrałem drogę wojskową, nie zrezygnowałem ze swoich pasji. Interesuję się żeglarstwem, informatyką, grami strategicznymi, strzelectwem, szachami. To wojsko nauczyło mnie, że trzeba wciąż się rozwijać. A wiedza musi być przekazywana dalej, bo tylko wtedy ma to sens.
Korzystając z okazji, chcę podziękować mojej rodzinie i rodzinom podkomendnych, które są twardym fundamentem dokonań dywizji.
autor zdjęć: Maciej Nędzyński/ MON, 18BZ

komentarze