moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

VIS w lasach Zamojszczyzny

Porucznik artylerii Jerzy Józef Mara-Meÿer „Jerzy”, „Vis”, „Filip” vel Eugeniusz Zakrzewski, vel Józef Miller był jednym z 28 kurierów politycznych z Wielkiej Brytanii do Delegatury Rządu – spadochroniarzem, a także jednym z dowódców partyzanckich Batalionów Chłopskich, który wsławił się akcjami zbrojnymi w obronie Zamojszczyzny.


Trening sportowy cichociemnych. W tle wieża do skoków spadochronowych w Largo House; Szkocja 1942. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Urodził się 11 sierpnia 1919 roku w Warszawie. Był synem legionisty z I Brygady Legionów Polskich, podpułkownika Józefa Mara-Meÿera vel Józefa Meijera „Mara”, którego potomkowie przybyli do Polski z Holandii. W 1938 roku Jerzy Mara-Meÿer ukończył ośmioklasowe gimnazjum humanistyczne w Brześciu nad Bugiem i uzyskał świadectwo dojrzałości. W okresie szkolnym czynnie udzielał się w harcerstwie i Przysposobieniu Wojskowym. Bardzo dobrze znał język niemiecki oraz posiadał dobre przygotowanie w zakresie sportów obronnych. Po ukończeniu rocznego kursu Szkoły Podchorążych Artylerii Przeciwlotniczej w Trauguttowie koło Brześcia został mianowany kapralem podchorążym i wyznaczony na stanowisko zastępcy dowódcy samodzielnego plutonu działek 40 mm w Starachowicach. W czasie mobilizacji sierpniowej 1939 roku wyznaczono go na instruktora obsługi działek 40 mm.

We wrześniu 1939 roku podchorąży Mara-Meÿer brał udział w obronie Brześcia nad Bugiem przed armią niemiecką. Na czele plutonu cekaem wyjechał 12 września z Trauguttowa i przez Kowel, Łuck, Wiśniowiec, Darachów przybył do wsi Ostrynia koło Tyśmienicy. Na wieść o agresji sowieckiej ewakuował się 18 września z plutonem do Stanisławowa, a następnie Jaremczy, skąd na rozkaz dowódcy, 21 września przeszedł na Węgry. Internowany został w obozie Lengyeltóti i w Mohaczu. Po ucieczce z obozu, przez Jugosławię przedostał się na początku maja 1940 roku do Francji i wstąpił do 1 Dywizji Grenadierów, z którą przeszedł cały szlak bojowy, odznaczając się męstwem i zyskując swoje pierwsze odznaczenie bojowe, Krzyż Walecznych.


Przemarsz bechowców przez las; 1943. Fot. Centralne Archiwum Wojskowe WBH

W Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie

Po kapitulacji Francji Mara-Meÿer przedostał się pod koniec czerwca 1940 roku do Wielkiej Brytanii i 1 lipca przeszedł do PSZ, odkomenderowany do 1 dyonu artylerii przeciwlotniczej. Jednak służba ta, polegająca na strzeżeniu brzegów Szkocji przed desantem niemieckim, nie odpowiadała mu i w 1941 roku za namową kolegi zgłosił się na specjalne szkolenie, by przedostać się do walczącego kraju. Po interwencji wicepremiera Stanisława Mikołajczyka przeznaczony został na instruktora bojowego Batalionów Chłopskich w kraju i w następstwie tego 26 października 1941 roku został odkomenderowany do dyspozycji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rządu RP z przeznaczeniem do kraju – jako kurier do Delegatury Rządu.

Zaprzysiężono go 12 listopada 1941 roku na specjalną rotę dla emisariuszy i kurierów. Wówczas przybrał pseudonim „Filip”. W pierwszej kolejności podchorąży Jerzy Mara-Meÿer został skierowany na angielski kurs dywersyjno-strzelecko-minerski na stacji STS 22 w Rhubana Lodge w północnej Szkocji. Zachowała się opinia – raport oficera kierującego jego grupą na temat uczestników kursu, w tym i Mara-Meÿera, w tłumaczeniu polskim: „Byłby doskonałym przywódcą. Spokojny, skromny, poważny. Zawsze chętny do udzielenia pomocy, jeśli któryś z kolegów ma trudności. Wiek 23 lata, był żołnierzem zawodowym od 17 roku życia. Mówi wcale dobrze po angielsku”. Kolejnym szkoleniem był angielski kurs konspirowania na stacji STS 31 w Beaulie, w hrabstwie Hampshire, 120 km na południowy zachód od Londynu. Przeszedł wówczas trzytygodniowy pełny kurs ogólny w ramach grupy pod kryptonimem 38 (P.1). I ten chyba najważniejszy, bez którego niemożliwy byłby powrót do kraju – kurs spadochronowy.


Tajny pochówek na cmentarzu Bródnowskim żołnierzy BCh poległych przy Miodowej 23 w Warszawie. Fot. ze zbiorów Karoliny Olszewskiej

Jego kolega skoczek podporucznik Tadeusz Chciuk vel Marek Celt zapamiętał, że tak jak i on, Jerzy również bał się pierwszego „podniebnego” sprawdzianu. Tak o tym wspominał Chciuk: „Przypominam sobie mój pierwszy skok ćwiczebny z whitleya na kursie w Anglii w Ringwayu […]. Ze zdenerwowania miałem wtedy coś w rodzaju czkawki, ślina mnie zatykała czy co. Jerzy Mara-Meyer ugryzł się do krwi w język, a Franek [N.N.]… łysiał w oczach, naprawdę, łysiał w oczach. Rzadki to był widok. Pamiętam, jak na parę minut przed skokiem wyciągnął bezwiednie grzebień z kieszeni battle dressu, przejechał nim po odsłoniętej głowie (te gumowe czapy grzeją jak licho i gniotą, dlatego wkładaliśmy je przeważnie dopiero tuż przed skokiem) i grzebień zarósł mu cały wyrwanymi włosami. Z uśmiechem zakłopotania spojrzał na mnie, na »Bukę« [Wiktor Strzelecki „Michał”], na Jerzego, oczyścił grzebień z włosów i drugi raz przesunął nim po czuprynie. Grzebień znów pobielał od jego jasnej szczeciny.

– Przestań ośle jeden, bo wyłysiejesz z kretesem i zgubisz w locie komiśną czapę – krzyknąłem mu do ucha. – Mam czapę w dużym poważaniu – szczeknął. – Ale wylądujesz łysy i Betty umrze ze śmiechu – zawołał »Buka«. – Co mi za różnica, czy skręcę kark łysy, czy z włosami. A Betty patrzy tylko na Jerzego… Patrz, Jerzemu krew z gęby się leje!

Ta […] wesoła rozmowa odsunęła od nas trochę myśl o skoku. Bez niej mogłoby być ze mną niedobrze”.

Porucznik Jan Jokiel „Ligota”, przyszły cichociemny, tak wspominał naszego bohatera: „Jerzego [...] poznałem w ostatnich dniach marca 1942 r. Był to okres kilkudniowego wyczekiwania alarmowego grupy 6 skoczków cc, w skład której wchodziliśmy obaj z Jurkiem. […] sądzę, że był usytuowany gdzieś w południowo-zachodniej części rozległego hrabstwa Norfolk. Z Londynu wyjechaliśmy tuż przed zapadnięciem zmroku, tak że z drogi też niewiele pozostało w pamięci.

[...] Decyzje co do pozostawionych do naszej dyspozycji pistoletów były różne. Zależne bądź to od już nabytego doświadczenia, bądź też ciekawości w stosunku do modeli i kalibrów nieznanych. Rozglądałem się odruchowo za polskim Visem, który mi wiernie służył w Polsce i Francji. Niestety tych nie było, a nieliczne dowiezione do Anglii pielęgnowane były wśród Polaków jak coś najcenniejszego. To, co znalazło się przed nami na stole, w ogólnej masie stanowiło przewagę Coltów i bębenkowych Smith & Wessonów.

I wtedy to, przy obserwowaniu z boku grupki kolegów przebierających wśród masy pistoletów i rewolwerów, wpadła mi zdecydowanie w oko potężna atletyczna sylwetka bardzo młodo wyglądającego Jurka [...]. Jako najmłodszy z naszej grupy, skromnie czekał na swoją kolejkę. Gdy po dłuższej chwili reszta kolegów dokonawszy wyborów przymierzała się i pieściła w rękach obiekty swojego wyboru, do stołu zbliżył się Jurek i pewnym zdecydowanym ruchem wybrał dwa Colty 9 mm. Poszedłem w jego ślady, z tym że wziąłem ze stołu jednego Colta kalibru 7,65 i drugiego 9 mm.

W okresie kilku dni wyczekiwania, poza ostatecznym przygotowaniem i bardzo dokładnym sprawdzeniem przez zespół WAAF-ek naszej garderoby i osobistych drobiazgów na przelot do Kraju, wielokrotnym przejrzeniu własnych osobistych dokumentów, przypominaniu wyrywkowym w dniu i w nocy legendy oraz wiązanek adresów i haseł na każdą ewentualność po lądowaniu, resztę wolnego czasu mogliśmy poświęcić na praktyczne terenowe przestrzelanie i ostateczny wybór pary pistoletów.


Zofia (żona Jerzego Mara- Meÿera), Wiktor Czyżewski „Cap” i Jerzy Mara-Meÿer „Vis”, wiosna 1943. Fot. ze zbiorów Karoliny Olszewskiej

[…] Intuicyjnie wyczuwałem, że w sprawach wyboru broni i ostatecznego parodniowego podszlifowania formy strzeleckiej najlepszym partnerem będzie Jurek. Bezpośrednio po dokonaniu wyboru zaproponowałem mu, że udamy się na dłuższy spacer dla przestrzelania wybranych pistoletów. Bardzo chętnie się zgodził. Sądzę, że na jego w bardzo przyjemny sposób wyrażoną zgodę nie bez wpływu był mój mundur lotniczy.

I wtedy w dzikim ustroniu rozległego parku, gdzie byliśmy tylko we dwójkę, Jurek błysnął mistrzowskim opanowaniem strzelania z pistoletu. Nie tylko niewiarygodna szybkość strzału od momentu uchwycenia pistoletu, nie tylko precyzja i celność strzałów jednocześnie z dwóch pistoletów, ale i praktyczna lekcja i przypomnienie całego szeregu bardzo istotnych przy walce na broń krótką elementów.

W tym okresie przekonał mnie o słuszności swojej opinii o Colcie i to właśnie kalibru 9 mm, na mój gust i dla mojej małej ręki, prawie armacie. Do Kraju wziąłem jednak Colty kalibru 7,65 mm. 9 mm wydawały się ciężkie, przyduże do noszenia w kieszeni, chyba w specjalnych kaburach, albo przy wzroście i wymiarach dłoni Jurka.

Jurek z 9 mm bez wysiłku trafiał w niewielkie kartki papieru przymocowane do drzew na odległość 60 m. Twierdził, że celność strzału w granicach 100 m jest dla tego wspaniałego pistoletu w granicach realnych.

Po powrocie z tych strzeleckich spacerów z Jurkiem niejednokrotnie długo myślałem, kiedy i gdzie w tak młodym wieku zdążył dojść do takiej perfekcji i czy po powrocie do kraju również okaże się taki niezawodny w praktycznym życiu okupacyjnym. Już najbliższe miesiące potwierdziły bez reszty wyjątkowe uzdolnienia strzeleckie Jurka.

[...] Od tego poranka, kiedy Jurek dał mi piękny praktyczny pokaz i szereg bardzo cennych wskazówek o zachowaniu się w zaskakujących przypadkowych spotkaniach z przeciwnikiem, a specjalnie zasadę fundamentalną pierwszego strzału, niekoniecznie celnego, ale deprymującego przeciwnika i natychmiastowego padnięcia, nastąpiło między nami zbliżenie.
Bardzo mnie dziwił jego młody wiek. Jak to się stało, że [...] trafił do naszego grona, gdzie średni wiek oscylował w granicach 25–35 lat? Na postawione mu pytanie oświadczył, że jest kurierem politycznym, dla których są wymagania mniejsze i inne kwalifikacje. Nie bardzo mnie wypadało dopytywać się o bliższe szczegóły. W tym okresie trzymaliśmy się podstawowej zasady konspiracyjnej, że czym mniej każdy z nas wie o swoich kolegach, tym lepiej dla nich i dla niego”.

Z misją kurierską w kraju

W nocy z 30 na 31 marca 1942 roku, w ramach operacji lotniczej o kryptonimie „Legging”, Mara-Meÿer wykonał skok bojowy w składzie ekipy nr 7, którą stanowili: major dyplomowany Tadeusz Sokołowski „Trop”, rotmistrz Jerzy Sokołowski „Mira”, porucznik Piotr Motylewicz „Krzemień”, porucznik Stefan Majewicz „Hruby” i porucznik Jan Jokiel „Ligota”, koło placówki odbiorczej „Kopyto”, w pobliżu obozu jeńców sowieckich w Baryczy, na terenie poligonu SS. Według wcześniejszych założeń zaakceptowanych przez Londyn, placówka odbiorcza „Kopyto” położona była 8 km na północny wschód od stacji kolejowej Końskie. Samolot aliancki jednak pomyłkowo wykonał zrzut 6 km na zachód od czuwającej placówki.


Jeden z Oddziałów Specjalnych Batalionów Chłopskich, 1943. Fot. Centralne Archiwum Wojskowe WBH

Nasz skoczek przez punkt kontaktowy w Końskich przybył do Warszawy. Mianowany tu został podporucznikiem piechoty rezerwy ze starszeństwem 1 grudnia 1942 roku. Kenkarta na nazwisko Andrzej Meÿer, z którą przyleciał z Anglii, nie nadawała się do użytku w kraju – była marnie podrobiona. Nową, na nazwisko Eugeniusz Zakrzewski, dzięki staraniom stryja Kazimierza, wyrobił mu pułkownik doktor praw Karol Tangel, który w Zarządzie Miejskim w Warszawie pełnił funkcję prezesa Izby Kontroli. Po okresie aklimatyzacyjnym, na wyraźne polecenie wicepremiera Rządu RP Mikołajczyka, Kierownictwo Walki Cywilnej przekazało podporucznika Mara-Meÿera „Filipa” do Komendy Głównej BCh, która rozkazem nr 7 z 1 czerwca 1942 roku mianowała go szefem Oddziałów Specjalnych.

Mara-Meÿer brał udział w szeregu akcji bojowych na terenie Warszawy, w ramach Oddziału Specjalnego BCh podlegającego Komendzie Okręgu I Warszawa i następnie Komendzie Głównej oraz na Zamojszczyźnie. Zadaniem Oddziałów Specjalnych BCh miało być prowadzenie walki dywersyjnej z okupantem niemieckim w charakterze samoobrony. W początkowym okresie działalności w BCh „Filip” zajmował się organizacją, instruktażem i szkoleniem Oddziałów Specjalnych. Przerzucał również broń i amunicję z magazynów województwa warszawskiego tam, gdzie była ona najbardziej niezbędna. W akcję tę byli zaangażowani również Tadeusz Makowski „Czarny” i Zygmunt Wasiak „Zygmunt”. W tym celu „Filip” niejednokrotnie wyjeżdżał w teren, poza Warszawę, głównie na Lubelszczyznę.

W obronie Zamojszczyzny

Żołnierze podczas składania i sprawdzania spadochronów. Tę umiejętność musiał posiąść także każdy cichociemny oraz kurier przeznaczony do desantu w kraju. fot. Narodowe Archiwum CyfrowePierwszą akcją bojową podporucznika Mara-Meÿera było rozbrojenie 20 czerwca 1942 roku posterunku policji granatowej we wsi Nielisz (powiat zamojski) na czele pięcioosobowego patrolu BCh. Gdy Niemcy 28 listopada 1942 roku rozpoczęli masową akcję wysiedleńczą na Zamojszczyźnie, realizując tak zwany Generalplan Ost Heinricha Himmlera, którego celem było utworzenie na tych ziemiach „pierwszego niemieckiego terenu osiedleńczego na Wschodzie”, „Vis” (pod takim wówczas występował pseudonimem) podjął walkę w obronie ludności Zamojszczyzny. Na polecenie Centralnego Kierownictwa Ruchu Ludowego „Roch” 8 grudnia 1942 roku odbyła się w Zamościu, w mieszkaniu dowódcy obwodu zamojskiego BCh Władysława Wyłupka „Warty”, odprawa, w której wzięli udział: komendant główny BCh Franciszek Kamiński „Trawiński”, komendant Okręgu IV Lublin Jan Barański „Motyka” oraz dowódcy czterech obwodów: Franciszek Bartłomowicz „Grzmot” – tomaszowskiego, Władysław Wyłupek „Warta” – zamojskiego, Jan Grygiel „Orzeł”, „Sęp” – biłgorajskiego, i Bronisław Sowiński „Sępowski” – hrubieszowskiego. Postanowiono wówczas przystąpić do samoobrony i akcji odwetowej przeciw Niemcom. Utworzono też I Kadrową Kompanię BCh i na jej dowódcę wyznaczono porucznika Mara-Meÿera „Visa”. Pełnił również funkcję oficera do specjalnych zleceń KG BCh.

Na polecenie KG BCh 21 lub 22 grudnia 1942 roku przyjechał ze swoim kolegą „zrzutkiem”, bombardierem Stanisławem Stachem „Marianem” do Zamościa i zamieszkał we wsi Sąsiadka. Energicznie przystąpił do organizowania I Kadrowej Kompanii BCh na terenie powiatu tomaszowskiego. Inspirował obronę i akcje zaczepne. Nowo powstająca jednostka składała się początkowo z dwóch plutonów liczących łącznie 96 żołnierzy i została sformowana 26 grudnia 1942 roku w lesie Grabina koło wsi Majdan Sielec i Dzierążnia. Od 10 do 31 grudnia Oddziały Specjalne BCh pod ogólnym dowództwem porucznika „Visa” spaliły osiem wsi należących do kolonistów niemieckich: Nawóz, Hutę Komorowską, Janówkę, Wierzbie, Lipsko, Złojec, Zubowice i Mozołów.

Bitwa pod Wojdą

W wyniku koncentracji oddziałów BCh, 27 grudnia 1942 roku plutony dowodzone przez Aleksandra Mysłakowskiego „Jutrzenkę”, Józefa Danilewicza „Kłodę” oraz Henryka Derewieckiego „Sępa” w sile 34 żołnierzy oraz oddział sowieckich partyzantów starszego lejtnanta Wasyla Wołodina wyposażony w jeden ciężki karabin maszynowy (37 partyzantów) zebrały się na terenie wsi Wojda położonej koło Kosobud w powiecie zamojskim i na rozkaz porucznika Mara-Meÿera przystąpiły do umocnienia wsi.

Oddziały BCh 30 grudnia 1942 roku pod ogólnym dowództwem „Visa” stoczyły całodniową bitwę z oddziałami żandarmerii niemieckiej pod dowództwem kapitana Biskady, które przyjechały na pacyfikację wsi (350 żandarmów). Razem, Polacy i Rosjanie, dysponowali jedynie jednym cekaemem, sześcioma erkaemami oraz kilkoma peemami, bronią krótką i karabinami. Niemcom nie udało się zdobyć wsi ani przełamać partyzanckich pozycji, ponieśli przy tym straty wynoszące dwudziestu zabitych i rannych. Bilans walki dla Polaków i Sowietów to dziewięciu zabitych i rannych. Ostatecznie I Kompania Kadrowa i oddział Wołodina oderwały się od wroga i odeszły w lasy zwierzynieckie.

Zwycięstwo pod Wojdą miało duże znaczenie moralne dla kolejnych krwawych zapasów i obrony wysiedlanej ludności Zamojszczyzny przed okupantem. Przyczyniło się również do dalszej aktywizacji walki zbrojnej polskiego podziemia, w tym oddziałów Armii Krajowej. Było to niemałą zasługą spadochroniarza BCh z Warszawy – porucznika „Visa”.

W styczniu 1943 roku Mara-Meÿer udał się do Warszawy po amunicję, materiały sanitarne i nowe buty. W drodze powrotnej na Zamojszczyznę wpadł w ręce Niemców na stacji kolejowej w Dęblinie. Zdołał się im wyrwać, strzelając w pędzie do ścigających go żandarmów. Niestety, jego teczka z fałszywą legitymacją SA, którą się posługiwał, została u żandarmów. Niebawem Niemcy opublikowali jego zdjęcie. Po kilku dniach wypoczynku na terenie powiatu puławskiego „Vis” powrócił do Warszawy, gdzie kierował pionem Oddziałów Specjalnych i brał udział w dalszych akcjach zbrojnych, głównie likwidacyjnych. Na Zamojszczyznę już nie powrócił.

„Vis” razem ze swoim kolegą skoczkiem, bombardierem Stanisławem Stachem „Marianem” 18 marca 1943 roku wykonał wyrok śmierci na konfidencie Gestapo Franciszku Rutkowskim. Tragiczny dla Meÿera okazał się dzień 27 maja 1943 roku. Wówczas w Warszawie z kolegami kurierami do Delegatury Rządu: bombardierem Stanisławem Stachem „Marianem” i kapralem Wiktorem Czyżewskim „Capem” vel Czamańskim oraz Norbertem Horensteinem „Andrzejem” przeprowadzili dziką akcję, prawdopodobnie o charakterze priopracyjnym, na restaurację przy ulicy Miodowej 23, która należała do folksdojczki. Konspiratorzy nie zastali właścicielki, a z lokalu (być może z części mieszkalnej) niepostrzeżenie wymknęła się kelnerka, która wybiegłszy na ulicę z okrzykiem „bandyci”, zaalarmowała policję granatową i niemiecką żandarmerię. W wyniku ponadgodzinnej strzelaniny zginęli Jerzy Mara-Meÿer „Vis”, Wiktor Czyżewski „Cap” i Norbert Horenstein „Andrzej”. Ciężko rannego Stanisława Stacha „Mariana” zabrali Niemcy do siedziby Gestapo, gdzie został zamordowany. Straty ponieśli również Niemcy, między innymi zginął komisarz kryminalny SS-Obersturmführer Horst Corfei oraz funkcjonariusz policji granatowej.

Ciała poległych zostały wykradzione z kostnicy i potajemnie pochowane jako bracia „Horscy” na cmentarzu Bródnowskim. O tej akcji między innymi depeszowało Kierownictwo Walki Cywilnej Delegatury Rządu do Londynu 23 lipca 1943 roku: „27 maja zabici w akcji podjętej na własną rękę skoczkowie Jerzy i „Cap”. W rękach gestapo ranny Marian”. Dnia 19 maja 2016 roku w miejscu wiecznego spoczynku Jerzego Mara-Meÿera, na cmentarzu Bródnowskim, władze Warszawy ku czci poległych odsłoniły pomnik, przywracając ich prawdziwe nazwiska i pseudonimy.

Źródła cytatów
M. Celt [T. Chciuk], Z Retingerem do Warszawy i z powrotem. Raport z Podziemia 1944, Łomianki 2006. Instytut Polski i Muzeum gen. Sikorskiego, A.9.III.4/23, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, Dział Społeczny. J. Jokiel, Jerzy Mara-Meÿer, b.d., mps. Studium Polski Podziemnej, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, t. 57, Depesza szefa KWC Stefana Korbońskiego „Nowaka” do Rządu RP w Londynie.

Dr Krzysztof A. Tochman, pracownik OBBH IPN w Rzeszowie. Autor m.in. „Słownika biograficznego cichociemnych; t. I–IV”

dr. Krzysztof A. Tochman

autor zdjęć: NAC, Centralne Archiwum Wojskowe WBH, zbiory Karoliny Olszewskiej

dodaj komentarz

komentarze


Przygotowania czas zacząć
 
Mundury w linii... produkcyjnej
Morska Jednostka Rakietowa w Rumunii
Ustawa o obronie ojczyzny – pytania i odpowiedzi
Ustawa o obronie ojczyzny – pytania i odpowiedzi
Święto wojskowego sportu
Wojna w świętym mieście, część pierwsza
Gen. Kukuła: Trwa przegląd procedur bezpieczeństwa dotyczących szkolenia
Sportowcy podsumowali 2023 rok. Teraz czas na igrzyska olimpijskie
Wojna w Ukrainie oczami medyków
Żołnierze ewakuują Polaków rannych w Gruzji
Prawda o zbrodni katyńskiej
Puchar księżniczki Zofii dla żeglarza CWZS-u
Centrum szkolenia dla żołnierzy WOC-u
Choć odeszli, trwają w naszych myślach
Ocalały z transportu do Katynia
Animus Fortis, czyli mężny duch
Hiszpański palimpsest
25 lat w NATO – serwis specjalny
Więcej pieniędzy dla żołnierzy TSW
Kolejni Ukraińcy gotowi do walki
Ramię w ramię z aliantami
Jeśli nie Jastrząb, to…
W Ramstein o pomocy dla Ukrainy
Stoltenberg: NATO cieszy się społecznym poparciem
Odstraszanie i obrona
Strategiczna rywalizacja. Związek Sowiecki/ Rosja a NATO
Marcin Gortat z wizytą u sojuszników
NATO zwiększy pomoc dla Ukrainy
Wieczna pamięć ofiarom zbrodni katyńskiej!
Ustawa o obronie ojczyzny – pytania i odpowiedzi
Zapomniana Legia Cudzoziemska
Inwestycje w bezpieczeństwo granicy
Optyka dla żołnierzy
W Brukseli o wsparciu dla Ukrainy
Kurs z dzwonem
W Rumunii powstanie największa europejska baza NATO
Byk i lew, czyli hiszpańsko-brytyjska światowa corrida
Głos z katyńskich mogił
Sprawa katyńska à la española
Ogień w podziemiu
Wojna w świętym mieście, część druga
Wojna w świętym mieście, epilog
Weterani i bokser „Master”
Jak wyszkolić pilota F-16?
V Korpus z nowym dowódcą
Wojsko inwestuje w Limanowej
Koreańska firma planuje inwestycje w Polsce
Szpej na miarę potrzeb
Cena wolności
Zbrodnia made in ZSRS
Polak kandydatem na stanowisko szefa Komitetu Wojskowego UE
Mjr rez. Arkadiusz Kups: walka to nie sport
Zmiany w dodatkach stażowych
Prezydent Andrzej Duda w Forcie Stewart
NATO na północnym szlaku
Tusk i Szmyhal: Mamy wspólne wartości
Potężny atak rakietowy na Ukrainę
Psiakrew, harmata!
Żołnierze-sportowcy CWZS-u z medalami w trzech broniach
Wojna w świętym mieście, część trzecia
Rakiety dla Jastrzębi

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO