Misje wojskowe to dla żołnierzy nie tylko wypełnianie obowiązków służbowych, lecz także poważne ryzyko. Polski udział w Misji Obserwacyjnej Organizacji Narodów Zjednoczonych w Tadżykistanie naznaczony jest wielką tragedią, w której życie stracił ppłk Ryszard Szewczyk, doświadczony i zasłużony oficer Wojska Polskiego, i jego trzej zagraniczni towarzysze.
Widok na wieś Tawildara, którą latem 1997 kontrolowały oddziały Mirzo Dżagi. Fot. Kondephy
Wyraźnie oznaczony błękitną flagą samochód terenowy misji ONZ jechał górską drogą wiodącą ze wsi Tawildara do miejscowości Labidżar, około 180 km od Duszanbe. W Tadżykistanie góry są wszędzie, dróg mało, wąskie, kamieniste i w nienajlepszej kondycji – jak i tutaj. Za to okolice piękne – dolina, którą płynie rzeka, wokół szczyty górskie, środek lata. Samochodem jechały cztery osoby, w tym dwóch oficerów: Polak – ppłk Ryszard Szewczyk oraz Urugwajczyk – mjr Adolfo Scharpegge (inne zapisy nazwiska: Sharpegue, Siarpegu). Razem z nimi w pojeździe znajdował się Akino Yutaka z Japonii, cywilny ekspert i znawca regionu, oraz miejscowy tłumacz Dżurdżhon Machramow.
Jazda nie była trudna ani wymagająca. Ot, rutynowe zadanie – wizyta u lokalnego dowódcy zbuntowanych sił – które trzeba wykonać, a następnie w regulaminowym czasie złożyć stosowny meldunek. Region nie był jednak bezpieczny, a napięcie czuło się w powietrzu. Był to przecież obszar kontrolowany przez bojowników, którzy nie chcieli się podporządkować tadżyckiemu rządowi. Podróż przebiegała spokojnie, a samochód miał do przejechania tylko kilkanaście kilometrów. Nie dotarł jednak do celu.
I gdy w przewidzianym czasie grupa nie przekazała meldunku z patrolu, oficerowie w lokalnym szefostwie misji ONZ zaniepokoili się nie na żarty. Podjęli próby nawiązania kontaktu, jednak bezskutecznie. Po kilku godzinach udało się ustalić dlaczego. Otóż w odległości ok. 3 km od Labidżaru, gdzie stacjonowały siły rządowe, pojazd, którym jechali zaginieni oficerowie, spadł w przepaść. Po bliższym badaniu okazało się jednak, że nie był to nieszczęśliwy wypadek. W samochodzie odnaleziono otwory po kulach i ślady krwi. Wyglądało na to, że żołnierze i pracownicy cywilni zostali zamordowani.
Wiadomość o tragedii wstrząsnęła oficerami i urzędnikami ONZ z misji w Tadżykistanie, a już wkrótce miała wstrząsnąć światem. Szef misji ONZ w Tadżykistanie Ján Kubiš polecił wszystkim jej pracownikom, by natychmiast powrócili do stołecznego Duszanbe. Stało się to 20 lipca 1998 roku.
Wojna wśród gór
Rozpad Związku Sowieckiego nie był procesem pokojowym. Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku wielkie imperium, które kontrolowało solidny kawał świata, zapadało się w sobie, w wielu jego punktach wybuchły długo tłumione emocje. Efektem były krwawe konflikty zbrojne, które niosły śmierć i zniszczenie. Tak było w Naddniestrzu, Abchazji, Górskim Karabachu albo Czeczenii.
Krwawego scenariusza nie uniknął także leżący w samym sercu Azji Środkowej Tadżykistan. Idąc śladem innych sowieckich republik, niepodległość ogłosił on we wrześniu 1991 roku. Szybko się jednak okazało, że wolność jest bardzo rozczarowująca: zamiast spodziewanej swobody i rozwoju przyniosła jednej z najbiedniejszych republik byłego Sojuza wojnę domową. Walki toczyły się między siłami rządowymi a Zjednoczoną Opozycją Tadżycką, którą tworzyły w bardzo egzotycznej konstelacji grupy, partie i formacje liberalne, demokratyczne i… islamistyczne. Wspólnie występowały one przeciwko rządowi, ukształtowanemu przez urzędników komunistycznej jeszcze nomenklatury. Starcia przyniosły dziesiątki tysięcy ofiar śmiertelnych. Poza tym w obawie o własne życie z terenów objętych wojną uciekło nawet 800 tys. mieszkańców.
Zatarg wewnętrzny w budującym dopiero zręby swojej państwowości Tadżykistanie łatwo mógł się przerodzić w konflikt regionalny. Wystarczyło, żeby na terenach mocno wymieszanych etnicznie spór polityczny nałożył się na problemy narodowościowe. Nic więc dziwnego, że od początku starć w Tadżykistanie Organizacja Narodów Zjednoczonych była żywo zainteresowana mediacjami, obniżeniem napięcia i łagodzeniem sporów. Gdy więc we wrześniu 1994 roku w Teheranie pomiędzy tadżyckim rządem a opozycją zawarte zostało zawieszenie broni, zapadła decyzja o bezpośrednim włączeniu ONZ w proces pokojowy.
Sposobem na to miało być wysłanie do ogarniętego konfliktem kraju misji pokojowej. Formalnie ustanowiła ją rezolucja ONZ nr 968, przyjęta 16 grudnia 1994 roku pod nazwą Misji Obserwacyjnej ONZ w Tadżykistanie (United Nations Mission of Observers in Tajikistan; UNMOT). Miała ona się zająć monitorowaniem zawieszenia broni między siłami rządowymi a rebeliantami, badaniem przypadków naruszania tego porozumienia oraz składaniem raportów na ich temat przed ONZ. Do zadań misji należały także: wspieranie procesu negocjacyjnego, pośrednictwo w rozmowach między skonfliktowanymi stronami oraz współpraca z organizacjami humanitarnymi, przedstawicielstwem Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) oraz ze stacjonującymi w Tadżykistanie siłami Wspólnoty Niepodległych Państw (głównie rosyjskimi).
Wojna domowa w Tadżykistanie doprowadziła do śmierci dziesiątek tysięcy osób, a z terenów objętych wojną uciekły setki tysięcy. Następstwem konfliktu była także ruina gospodarki i ogromne zniszczenia w infrastrukturze. Na zdjęciu spalony sprzęt jednej z tadżyckich kopalni; 1997. Fot. Brian Harrington Spier
Misja Obserwacyjna ONZ w Tadżykistanie była w istocie operacją sformowaną we współpracy cywilno-wojskowej. Na jej czele stał wskazany przez ONZ szef, któremu pomocą służył cywilny aparat urzędniczy i ekspercki. Główne zadania w terenie wykonywał natomiast personel wojskowy, czyli obserwatorzy, których do Tadżykistanu wysłało 15 państw, wśród nich także Polska. Zresztą polski dowódca, gen. bryg. Bolesław Izydorczyk, między 10 marca 1997 a 14 kwietnia 1998 roku pełnił funkcję zwierzchnika zespołu obserwatorów wojskowych misji. Kwaterę główną misji ulokowano w stołecznym Duszanbe, natomiast w teren skierowano dziewięć zespołów roboczych rozlokowanych w różnych regionach kraju.
Choć wojna się skończyła…
Początkowo zespół obserwatorów UNMOT miał pełnić misję przez sześć miesięcy. Później mandat ten był kilkukrotnie przedłużany. Dzięki mediacjom, naciskom politycznym oraz współpracy międzynarodowej sytuacja w Tadżykistanie stopniowo zaczynała się stabilizować. Gdy więc pod koniec czerwca 1997 roku obydwie strony konfliktu doszły do kompromisu i podpisały porozumienie w sprawie pokoju, wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze: ośrodek rządowy zachował władzę, opozycja natomiast uzyskała miejsca w parlamencie i otrzymała stanowiska rządowe. Powstała Komisja Pojednania Narodowego, której zadaniem było nadzorowanie procesu rozbrojenia grup rebelianckich. Uruchomiono ośrodki demobilizacji, gdzie bojownicy mogli składać broń i uzyskać pomoc w przechodzeniu do życia cywilnego.
W związku ze zmienioną sytuacją polityczną w Tadżykistanie jesienią 1997 roku mocą rezolucji ONZ nr 1138 zadania misji UNMOT zostały rozszerzone. Dopisano do nich m.in. współpracę z Komisją Pojednania Narodowego, monitorowanie demobilizacji i rozbrojenia rebeliantów, współpracę z rządem na rzecz reintegracji bojowników, a także koordynację działań z głównymi uczestnikami procesu pokojowego.
W kwietniu 1998 roku do Duszanbe pojechał Bronisław Geremek, minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej, pełniący w tym czasie także funkcję przewodniczącego OBWE. Szef tadżyckiej Komisji Pojednania Narodowego Said Abdullo Nuri, który wywodził się z szeregów jednej z formacji opozycyjnych, informował wówczas Geremka o stopniowym rozbrajaniu grup rebelianckich. Wskazywał także, że ci, którzy zdecydują się na złożenie broni, otrzymają ofertę podjęcia służby w regularnych strukturach wojskowych Tadżykistanu albo podjęcia cywilnej pracy.
Mimo wszystko w kraju nadal nie było bezpiecznie. Spotkanie Geremka z Nurim odbywało się w Duszanbe na terenie silnie strzeżonego kompleksu, w którym rezydowali także wysłannicy organizacji międzynarodowych – w tym z ONZ. W mieście obowiązywała godzina policyjna, w okolicy dochodziło do strzelanin. Z tego względu tadżyccy urzędnicy odradzali wówczas polskiemu ministrowi nocowanie w stolicy Tadżykistanu. Uzasadniali to tym, że on i jego zespół OBWE stanowią oczywisty cel dla ewentualnych porywaczy, którzy mogliby wykorzystać ich jako zakładników do nacisku na rząd Tadżykistanu. Problem polegał bowiem na tym, że porozumienia pokojowego nie przyjęła część grup zbrojnych z kręgów dawnej opozycji. Niektórzy z nich zdecydowali się na dalszą walkę. Jedną z takich formacji zbrojnych w dolinie Raszt w środkowym Tadżykistanie dowodził watażka Abdullo Rachimow, znany także jako Mullo Abdullo. Po sąsiedzku znajdowały się tereny kontrolowane przez innego lokalnego dowódcę, Mirzo Zijojewa, znanego pod pseudonimem Mirzo Dżaga, który trząsł okolicami Tawildary.
W tym właśnie niespokojnym czasie – gdy wojna domowa oficjalnie już się zakończyła, a w kraju jednak pokoju nie było – w Tadżykistanie misję UNMOT pełniła kolejna zmiana z udziałem polskich oficerów. Zgodnie z mandatem ONZ jej członkowie działali na rzecz wypracowania takiego formatu, który byłby do zaakceptowania dla wszystkich pozostających jeszcze w polu zbuntowanych dowódców. To oznaczało ciągłe rozmowy i rokowania między siłami rządowymi a zbuntowanymi dowódcami. Tego feralnego lipcowego dnia 1998 roku grupa czterech pracowników misji ONZ uczestniczyła w jednej z takich rozmów roboczych z Mirzo Dżagą. Rozmowy potoczyły się pomyślnie, oficerowie wracali do siedziby.
Podłe motywy
O tym, jakie motywacje kierowały sprawcami zbrodni na pracownikach ONZ, nie ma pełnych informacji. Najpewniej Mullo Abdullo postanowił zaszkodzić rywalowi: zabić pracowników ONZ na terenie kontrolowanym przez Mirzo Dżagę. Konsekwencją miało być obarczenie go winą przez wspólnotę międzynarodową, spacyfikowanie i usunięcie. I wtedy Mullo Abdullo mógłby przejąć teren Dżagi. Późniejsze dochodzenie, prowadzone przez specjalną grupę śledczą, która powstała na polecenie prezydenta Tadżykistanu Emomali Rahmona (wówczas jeszcze Rahmonowa), ustaliło, że bezpośrednimi sprawcami było trzech islamistów. Zatrzymali oni samochód, wyciągnęli niewinnych ludzi i z zimną krwią dokonali egzekucji. Ciała zrzucili w przepaść, a z samochodu zabrali cenne rzeczy.
Plan jednak się nie powiódł. Mirzo Dżaga, który przed zbrodnią gościł pracowników ONZ, wyparł się zbrodni. Media przekazały jego wypowiedź, w której stwierdzał: „zbrodnia hańbą okryła wszystkich Tadżyków, można ją zmyć jedynie poprzez szybkie ustalenie sprawców, aby mogli oni zostać osądzeni”. Według niektórych polskich źródeł sprawców nigdy nie zidentyfikowano i nie ukarano. Natomiast media tadżyckie wskazują, że dzięki współdziałaniu rządu i środowisk opozycyjnych sprawcy zostali schwytani już na początku września 1998 roku i podstawieni przed sądem. W marcu 1999 roku sąd w Duszanbe skazał ich na karę śmierci, którą wówczas w Tadżykistanie jeszcze wykonywano.
Niestety, Mullo Abdullo, główny inspirator zbrodni, uniknął wtedy sprawiedliwości. Wraz z wiernymi sobie bojownikami przedostał się do Afganistanu, gdzie się przez kilka lat ukrywał. W początkach nowego stulecia wziął ponoć udział w walkach po stronie talibów przeciwko siłom zachodniej koalicji. Do Tadżykistanu wrócił w połowie 2009 roku z zamiarem ponownego zdestabilizowania kraju. We wrześniu 2010 roku jego bojownicy przeprowadzili atak na kolumnę wojsk rządowych. Zginęło wówczas 28 tadżyckich żołnierzy, a kilkudziesięciu odniosło rany. W celu spacyfikowania buntownika siły rządowe wiosną następnego roku podjęły szeroko zakrojoną operację wojskową, która rozbiła jego oddział, a sam Abdullo Rachimow został zlikwidowany.
Zasłużony oficer
Ryszard Szewczyk był doświadczonym i zasłużonym oficerem Wojska Polskiego. Urodził się w 1948 roku. Od początku lat siedemdziesiątych związany był z Wyższą Szkołą Oficerską Wojsk Obrony Przeciwlotniczej w Koszalinie, gdzie pracował jako wykładowca. W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych brał udział w misjach pokojowych ONZ w Angoli (UNAVEM) i Jugosławii (UNPROFOR). Do Tadżykistanu w ramach misji UNMOT przybył w listopadzie 1997 roku. Minister obrony narodowej Janusz Onyszkiewicz pośmiertnie awansował Ryszarda Szewczyka do stopnia pułkownika, natomiast władze Tadżykistanu w 2008 roku odznaczyły go Orderem Spitamen I klasy.
Śmierć płk. Ryszarda Szewczyka i mjr. Adolfa Scharpegge nie była jedynym tragicznym wypadkiem podczas misji UNMOT w Tadżykistanie. Dwa lata wcześniej, 18 września 1995 roku, w strzelaninie zginął oficer armii austriackiej ppłk Wolfgang Sponner.
Źródło cytatu:
Aioubov S., Central Asia: Assassination Affects Politics – An Analysis, rferl.org.
autor zdjęć: Kondephy, Brian Harrington Spier

komentarze