Czy potwierdzą się prognozy, że po zakończeniu misji w Afganistanie wzrośnie liczba żołnierzy chorych na zespół stresu pourazowego? O psychicznych skutkach misji opowiadają weteran, lekarz i psycholodzy.
Dolegliwości psychiczne występujące u żołnierzy powracających z misji często wrzucamy do jednego worka jako PTSD. Tymczasem w większości chodzi o problemy adaptacyjne. Czy nie nadużywamy zatem określenia „posttraumatic stress disorder”?
Radosław Tworus: Utarło się przekonanie, że jeśli żołnierz, który wrócił z misji, ma problemy psychiczne, to jest to PTSD. Doszło do tego, że terminów „PTSD”, „zaburzenia adaptacyjne” i „stres bojowy” używamy zamiennie. To duży błąd. Stres bojowy nie jest terminem medycznym, lecz jedynie określa charakter stresorów, które działały na żołnierza podczas misji. Dlatego takiego uogólnienia nie można stosować. Rozpiętość zaburzeń związanych z udziałem w misjach jest szeroka. Nie wszystkie mają związek z PTSD, na który składa się zespół objawów zgodnie z kryteriami Światowej Organizacji Zdrowia czy Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.
Szacuje się, że PTSD w naszej armii jest dotkniętych 10–15% żołnierzy. Czy to wiarygodna statystyka?
Agnieszka Gumińska: Nie mamy pełnego rozpoznania. Możemy liczyć hospitalizacje czy przypadki wykryte przez komisje lekarskie, ale wciąż nie będzie to cały obraz problemu. Również dlatego, że żołnierze starają się ukrywać zaburzenia psychiczne. Wolą pójść do lekarza prywatnie, niż przyznać się do problemów psychologowi wojskowemu. Departament Wychowania i Promocji Obronności z udziałem psychologów z jednostek wojskowych przeprowadził w 2013 roku anonimowe badania dotyczące poziomu stresu i występowania PTSD u żołnierzy. Objęły one 6278 wojskowych, reprezentujących wszystkie rodzaje sił zbrojnych, korpusy i grupy wiekowe. Spośród tej liczby 1802 było na misjach. Wykorzystując skalę PCL-M, która służy do diagnozowania PTSD, stwierdziliśmy, że 3,7% badanych zdradza objawy charakterystyczne dla tego schorzenia. W grupie żołnierzy po misjach zdiagnozowano PTSD u 3,1%.
Skąd tak duży odsetek wśród niemisjonarzy?
Agnieszka Gumińska: Występowanie objawów PTSD wiąże się nie tylko ze zdarzeniami wojennymi, lecz także z innymi sytuacjami traumatycznymi. Okazało się, że badani żołnierze najczęściej uczestniczyli w katastrofach komunikacyjnych. Wielu było takich, którzy doświadczyli kataklizmów – powodzi, wichury czy pożaru. Zdarzenia wojenne znalazły się zatem na drugim miejscu pod względem częstości występowania.
Czyli 15% to wielkość zawyżona?
Agnieszka Gumińska: Nie można tego obliczyć dokładnie. Po zastosowaniu bardziej liberalnej statystyki, to znaczy takiej, której używa się do badania populacji ogólnej, określono występowanie pojedynczych grup objawów PTSD – w tym wypadku liczby były znacznie wyższe. Objawy z trzech grupy charakteryzujących PTSD wykazało około 17% badanych.
Radosław Tworus: Szacunki szacunkami, ale nawet do tych 10–15% podchodziłbym ostrożnie, bo nie prowadzimy monitoringu. Kiedy rozpoczynaliśmy misje iracką i afgańską i mieliśmy na względzie amerykańskie dane od czasów wojny wietnamskiej, spodziewaliśmy się, że przypadków rozpoznania PTSD będzie więcej. Tymczasem wśród weteranów hospitalizowanych w Klinice Psychiatrii i Stresu Bojowego jedynie u 30% diagnozujemy PTSD. Pozostałe zaburzenia mają charakter adaptacyjny. Związane są z pobytem na misji, ale najczęściej nie dotyczą zdarzenia bojowego.
Z czego wynikają te zaburzenia adaptacyjne?
Radosław Tworus: Łatwo policzyć, że czterokrotny udział w misji plus okresy przygotowawcze oznacza nieobecność żołnierza w domu nawet przez kilka lat. W tym czasie dzieci urosły, żona zmieniła pracę, poza tym świetnie radzi sobie bez męża. Wielu żołnierzy było przeświadczonych, że wrócą z misji jako bohaterowie. Tymczasem okazuje się, że relacje się pozmieniały, część kolegów odeszła, etat został zajęty, a jedyne wolne stanowisko jest w jednostce oddalonej o 20 km. To nowa, dotąd nieznana rzeczywistość, z którą wielu sobie nie radzi.
Czy żołnierze wojsk specjalnych są narażeni na PTSD w takim samym stopniu, jak ich koledzy z innych rodzajów sił zbrojnych?
Jolanta Szymańska: Mogę odpowiadać jedynie za własne podwórko. Uważam, że lepiej zapobiegać niż potem leczyć. Mieliśmy już pewne doświadczenia po wcześniejszych misjach, dlatego kiedy włączaliśmy się w operacje w Iraku i Afganistanie, spodziewaliśmy się, że problem może się nasilić. Nie wierzę w hasło, że powinnyśmy się ograniczyć jedynie do traumy związanej z wojskiem, czyli tak zwanych military czy combat trauma. Trauma powinna być rozpatrywana w kategoriach ogólnych. Mamy opracowany kwestionariusz, z którego część pytań wykorzystujemy w rozmowach z żołnierzami. To pozwala nam ocenić ryzyko i pokazać, w jakim stopniu żołnierz jest odporny na tę właśnie traumę. W naszych działaniach edukacyjnych nie koncentrujemy się jednak wyłącznie na tym zagadnieniu. Chcemy też pomóc żołnierzom zbudować efektywny mechanizm obronny, dzięki któremu w czasie traumatycznych wydarzeń będą w stanie odbić się jak sprężyna i wskoczyć z powrotem w tak zwaną normę. Cały nasz zespół stara się uświadamiać naszym żołnierzom, że to, co ich spotyka, jest normalną reakcją organizmu na nienormalną sytuację.
Stara się Pani przygotować żołnierzy na traumę, której mogą doświadczyć podczas działań wojennych, ale czy kogoś można przygotować na zagrożenie życia?
Jolanta Szymańska: Na samo traumatyczne zdarzenie nie mogę nikogo w pełni przygotować. To zadanie wymaga współpracy instruktorów, dowódców, kolegów z zespołu. Moim zadaniem jest jedynie pokazanie żołnierzowi, co się może wydarzyć z nim samym i wytłumaczenie, co wtedy się z nim dzieje w sensie psychofizycznym.
To chyba wśród pani podopiecznych nie ma takich, których dotknęły problemy związane z PTSD?
Jolanta Szymańska: Nie.
Ani jednego?
Jolanta Szymańska: Ani jednego. I jesteśmy z tego dumni. Mieliśmy przypadek, który próbowano podciągnąć pod kryteria PTSD, ale okazało się, że był to problem alkoholowy. Choć tak zwane złożone PTSD może się łączyć z chorobą alkoholową lub innymi uzależnieniami i wtedy może występować wręcz jako objaw uboczny. Wówczas najpierw terapeuta zajmuje się chorobą alkoholową, a dopiero potem PTSD.
Dziennikarka Amanda Riplay powołuje się na badania z wojny wietnamskiej, z których wynika, że dobry stan psychiczny specjalsów po zdarzeniach bojowych wynika ze sposobu dobierania ludzi, czyli z odpowiedniej selekcji.
Jolanta Szymańska: Owszem, selekcja czy kwalifikacja w wojskach specjalnych jest prowadzona bardzo rygorystycznie, a kandydaci muszą sprostać wysokim wymaganiom i fizycznym, i psychicznym. Zasada jest jednak taka, że jeśli psycholog uważa, iż kandydat nie powinien zostać przyjęty, to tak się dzieje. Na szczęście mamy tu pełne zrozumienie i wsparcie naszych dowódców. Wychodzimy wszyscy z założenia, że dla niektórych kandydatów służba w wojskach specjalnych może być zbyt dużym obciążeniem. Nie produkujemy cyborgów i maszyn do zabijania, które po wykonanym zadaniu strząsają z siebie kurz pola walki i idą dalej. Muszą to być ludzie, do których dowódcy mają stuprocentowe zaufanie. Fakt, że nie mamy dziś problemu PTSD, nie oznacza, że tak pozostanie. Gdy zakończy się misja w Afganistanie, zajmiemy się analizą danych, które zbieraliśmy przez ostatnie lata i być może odpowiemy na pytanie, dlaczego w wojskach specjalnych PTSD nie występuje z takim natężeniem, jak w innych rodzajach wojsk.
Jeszcze mniej wiemy na temat tych, którzy już z wojska odeszli…
Radosław Tworus: Z większością żołnierzy, którzy doświadczają zdarzeń bojowych, jest kontakt. Ci natomiast, którym kończą się kontrakty, odchodzą z wojska i znikają z naszych statystyk. Niekiedy bywa tak, że żołnierz leczy się prywatnie, a my jedynie przy okazji – jak w wypadku odnalezionego w górach Włodzimierza N. – dowiadujemy się, że po powrocie z misji miał problemy psychiczne.
Przekonanie jest takie, że żołnierz musi być twardy. Czy dlatego wielu nie przyznaje się do problemów psychicznych?
Radosław Tworus: Dla młodych mężczyzn przyznanie, że budzą się w nocy, że mają lęki, jest nie do pomyślenia. Dlatego nie szukają pomocy w wojsku, a co najwyżej poza armią. Choć trzeba przyznać, że to się trochę zmienia, dlatego że dowódcy przychylniejszym okiem patrzą na tych, którzy korzystają z pomocy. Jednak żołnierzom, którzy leczyli się psychiatrycznie, często przypina się łatkę mogących sprawiać kłopoty.
Początkowo o operacji afgańskiej nie mówiliśmy jako o misji bojowej. Nikt nie był przygotowany na walkę z PTSD, nie tylko dowódcy i żołnierze, lecz także psychologowie i psychiatrzy. Uczyliśmy się na żywym organizmie.
Agnieszka Gumińska: Dopiero gdy nasilały się przypadki PTSD, uświadomiliśmy sobie, jaka jest ranga tych problemów. Rozpoczęliśmy edukację żołnierzy pod kątem radzenia sobie ze zdarzeniami traumatycznymi. W 2010 roku powstał „Program osłony psychologicznej uczestników misji poza granicami państwa i ich rodzin”. Prowadzimy regularne szkolenia przed każdym wyjazdem na misję. Ich tematyka obejmuje między innymi rozpoznawanie PTSD, tak by żołnierz potrafił dostrzec jego symptomy i w razie konieczności udał się do specjalisty. Nie ma innego sposobu na pozbycie się problemu – trzeba skorzystać z profesjonalnej pomocy. W osłonie psychologicznej ważna jest też rola rodzin, bo to bliscy jako pierwsi mogą zauważyć niepokojące zmiany. Taka edukacja jest ważna, ale korzystanie z niej nie jest powszechne. Trzeba bowiem wziąć wolne i przyjechać do jednostki na szkolenie. Są jednak rodziny, które biorą w nich udział.
Radosław Tworus: Co z tego, że przeszkoliliśmy niektórych żołnierzy i przekazaliśmy im wiedzę niezbędną do rozpoznawania wszystkich objawów? Pozostaje pytanie: gdzie oni mają szukać pomocy?
Agnieszka Gumińska: Psychologowie w jednostkach polecają klinikę stresu bojowego w Warszawie oraz cztery oddziały szpitalne – w Gdańsku, we Wrocławiu, w Bydgoszczy i Szczecinie.
Radosław Tworus: Większość pacjentów i tak trafia do nas. Uważam, że problemem jest brak współpracy między oddziałami różnych szpitali. To absurdalne, że żołnierz ze Szczecina czy Wrocławia jedzie do Warszawy. Moje doświadczenie pokazuje, że jeśli odległość miejsca zamieszkania od ośrodka z pomocą psychiatryczną wynosi powyżej 100 km, to kontrolne wizyty co trzy miesiące się kończą.
Klinika ma jednak świetną renomę.
Radosław Tworus: To efekt wielu lat pracy i stworzenia własnego systemu. W Wojskowym Instytucie Medycznym nikt nie patrzy mi na ręce i nie ma pretensji, że generuję zadłużenie. Dyrektor i cały personel kliniki są otwarci na pomoc weteranom, a koszty opieki nad tą grupą pacjentów są wysokie. Diagnostyka trochę trwa i z finansowego punktu widzenia dla szpitali to proces nieopłacalny. Problemy weteranów traktowane są bowiem jak inne zaburzenia. Powiem więcej, u nas „sponsorem” leczenia zaburzeń weteranów wymagających wyjątkowej troski stała się schizofrenia. Obliczyłem, że gdybym nie hospitalizował weteranów, mógłbym zwolnić cztery osoby z personelu, zredukować koszty badań i zaoszczędziłbym 300 tys. złotych rocznie. Warto też podkreślić, że nie mamy w wojsku ani jednego oddziału zajmującego się lecznictwem odwykowym. Dlatego w wypadku współwystępujących u weteranów problemów alkoholowych jesteśmy zmuszeni odesłać takiego pacjenta do placówki bratniego resortu, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
Dużo można zdziałać, zanim żołnierz trafi do kliniki?
Jolanta Szymańska: W wojskach specjalnych nie mamy odrębnego systemu, ale wypracowaliśmy własny algorytm postępowania. Zaczynamy od edukacji. Uczymy naszych psychologów oraz żołnierzy i ich rodziny. Mądra żona czy partnerka, która przeszła takie szkolenie, nie dokłada stresów swojemu mężczyźnie i wie, jak sobie poradzić z ewentualnymi problemami, z którymi on wraca z misji. Zdaje sobie też sprawę z tego, że gdyby ewentualne trudności readaptacyjne się nasilały, należy poprosić o pomoc. Edukujemy również dowódców, żeby wiedzieli, jak zareagować na problemy żołnierza. Mówimy żołnierzom „jeśli twoje problemy są pod kontrolą, jedziesz dalej”. Ujmując to kolokwialnie – mamy oko na naszych żołnierzy przez całą służbę i nigdy nie pozostawiamy ich samym sobie. Nie mówimy: „jesteś specjalsem, jesteś twardy i sam sobie musisz poradzić”. To tak nie działa. Żołnierz wie, że musi zgłosić się do psychologa, jeśli dzieje się z nim coś niedobrego. Takie postępowanie wynika ze świadomości specjalsów i ich odpowiedzialności. Żołnierze wiedzą, że stan niepełnej dyspozycji jednego z nich może się negatywnie odbić na bezpieczeństwie jego i kolegów, z którymi wykonuje zadanie, a także na jakości wykonania samego zadania i skuteczności całej grupy.
A co, jeśli żołnierz jest w takim stanie, że bez dalszej pomocy się nie obędzie?
Jolanta Szymańska: Nie mieliśmy takich przypadków. W takich sytuacjach jednak to psychologowie w jednostkach byliby ostatnim ogniwem przed ostateczną diagnozą. Jeśli psycholog wychwyciłby problemy na wstępnym etapie, to przekazałby żołnierza dalej tam, gdzie uzyskałby on pomoc, na przykład właśnie do kliniki. Psychologowie jednostek wojskowych nie są terapeutami. Jednocześnie zapewniam, że nasz psycholog sprawdzałby, co dalej dzieje się z żołnierzem. Być może tu leży problem, który mają inne rodzaje wojsk, że niewielu zadaje sobie trud, by stworzyć taki mechanizm monitoringu. Może nam, z racji tego, że wojska specjalne są mniej liczne, jest łatwiej utrzymać bezpośredni kontakt z żołnierzami. Do pewnego stopnia jesteśmy jedną rodziną i nie zostawiamy swoich.
W jednostkach wojsk lądowych też pracują psycholodzy i gdy zauważą problemy, przecież mogą wskazać żołnierzowi dalsze możliwości pomocy.
Agnieszka Gumińska: Zgadza się. Ogólny mechanizm jest wszędzie taki sam. Jeśli żołnierz ma problem, powinien iść do psychologa, a ten – skierować go po dalszą pomoc. Tyle że ustalone z góry zasady postępowania nie wystarczą. Gdy w jednostce wojsk lądowych jest jeden psycholog na dwa tysiące osób, to o bezpośredni kontakt z nim znacznie trudniej. Problemem są także zmiany kadrowe w jednostkach, a także spora rotacja wśród psychologów. Dziś 170 psychologów pracujących w wojsku powinno mieć za sobą 300-godzinne przeszkolenie z interwencji kryzysowej. Tymczasem ma je jedynie 90 osób, bo część odeszła, ich miejsce zajęli młodsi, mniej doświadczeni, którzy muszą dopiero zapracować na zaufanie i, co ważne, nauczyć się współpracy z dowódcą. To trwa.
Radosław Tworus: Psycholog w jednostce jest zależny od dowódcy. To nie jest dobra podległość. Z jednej strony chcielibyśmy, aby żołnierze zaufali psychologowi, z drugiej jest on traktowany jako człowiek dowódcy. Co zatem robi według nich? Donosi. Tak to niestety postrzegają żołnierze. Nie idą do psychologa w jednostce, bo boją się, że o ich problemach dowie się dowódca. Ponadto jeszcze niedawno dowódca był faktycznym dyrektorem swojej jednostki i mógł na przykład wygospodarować fundusze na różne cywilne kursy i szkolenia dla psychologów. Od kiedy powstały WOG-i, każdą taką inicjatywę trzeba odpowiednio uzasadnić. I już nie jest to takie proste.
Jolanta Szymańska: Sytuacja skomplikowała się po wprowadzeniu reformy dowodzenia. Jeszcze w ubiegłym roku wszyscy psychologowie doskonale współpracowali. Teraz ja na przykład zostałam podporządkowana Dowództwu Operacyjnemu i w zasadzie nie mam obecnie żadnego wpływu na to, co robią psychologowie z jednostek wojsk specjalnych, kiedyś podległych nam, a dziś Dowództwu Generalnemu. Ten wypracowany, sprawdzony na misjach i świetnie działający mechanizm współpracy w zasadzie przestał istnieć.
Wychodzi więc na to, że w wypadku wsparcia psychologicznego w różnych zakątkach kraju każdy robi po swojemu.
Agnieszka Gumińska: Nawiązać współpracę, zorganizować wymianę informacji i jeszcze spiąć to wszystko w całość – to szalenie trudna sprawa. Nie dość, że jesteśmy od siebie daleko, to mamy jeszcze różną podległość służbową. To komplikuje podejmowanie wspólnych inicjatyw. Taka fragmentaryczność systemu opieki psychiatryczno-psychologicznej ogranicza, a niekiedy wręcz uniemożliwia wzajemną komunikację. Ten zaburzony system i brak perspektyw powoduje, że jest spora rotacja. Ludzie uciekają z jednostek. Tracimy ich, gdy tylko się czegoś nauczą. Przychodzą młodzi i zaczynają od zera. Trzeba przy tym pamiętać, że stanowiska psychologów w jednostkach nie są bardzo atrakcyjne finansowo. I aż strach pomyśleć, jakby to wyglądało, gdyby nie ludzie z wielką pasją.
Radosław Tworus: U mnie też stanowiska psychologów są nisko opłacane. O ile jednak w jednostce psycholog po pewnym czasie wpada w monotonię, o tyle w klinice ma szansę na rozwój i podnoszenie kwalifikacji.
Naszej rozmowie przysłuchuje się weteran poszkodowany „Dober”, który doświadczył tego, o czym mówimy.
Jest Pan już poza wojskiem. W 2009 roku jako żołnierz 16 Batalionu Powietrznodesantowego był Pan na misji w Afganistanie. Jak pod względem psychologicznym przebiegały przygotowania do tego wyjazdu?
„Dober”: Takie przygotowanie mieliśmy na poligonie w Wędrzynie. Nazywaliśmy je „psychol” – chodziliśmy w ciemności, nagle zapalały się światła i padały strzały. Dla nas było to niczym wesołe miasteczko. Nikt nie traktował tych zajęć poważnie, bo nie czuliśmy żadnego zagrożenia.
Z zagrożeniem na serio spotkał się Pan jednak na misji.
„Dober”: To było w 2009 roku. Zostaliśmy ostrzelani z moździerza i razem z kolegami mieliśmy kilka kontaktów ogniowych. Poza tym podczas konwoju do Bagram w prowincji Wardak pojazd jadących przede mną saperów trafił na ajdika. Dwóch moich kolegów zginęło, a trzech zostało rannych. Dziś uważam, że nikt nie może się przygotować na takie wydarzenia.
Ma Pan zdiagnozowane PTSD. Czy po powrocie do kraju od razu czuł Pan, że dzieje się coś niedobrego?
„Dober”: Tak, ale musiałem skupić się na innych problemach zdrowotnych. Okazało się, że mam uszkodzone nerki. Przez rok się leczyłem, bo bardzo chciałem służyć dalej. Odwoływałem się nawet od orzeczenia wojskowej komisji lekarskiej, która uznała mnie za niezdolnego do służby. Niestety, bez efektu. Do problemów z nerkami dołączyły bezsenność, nadwrażliwość, lęki, gorsze samopoczucie. Coraz częściej wpadałem w dziwny nastrój, wychodziłem z domu i wałęsałem się bez celu. Przyznam szczerze, że przez dłuższy czas sam przed sobą udawałem, że wszystko jest w porządku. Bardzo chciałem znów włożyć mundur i wiedziałem, że jeśli do kłopotów z nerkami dorzucę jeszcze problemy psychologiczne, nie mam co liczyć na dalszą służbę. Więc je ukrywałem.
Czy rodzina zauważyła, że się coś z Panem dzieje?
„Dober”: Tak, żona zauważyła, bo nie spałem w nocy.
I wtedy postanowił Pan coś z tym zrobić?
„Dober”: Przestałem dawać sobie radę. Nie mogłem spać, byłem w rozsypce. Wiedziałem, że w takim stanie nie mogę służyć. Byłem świadomy, że moje odejście z wojska jest tylko kwestią czasu. Dlatego zdecydowałem się pójść do psychologa w jednostce. Pani psycholog po krótkiej rozmowie namówiła mnie na hospitalizację u doktora Tworusa. Miałem być w klinice dwa tygodnie, a spędziłem ponad dwa miesiące. Teraz kończę trzeci pobyt.
Pomogli Panu?
„Dober”: Zdecydowanie tak. W klinice jest wspaniała opieka, lekarze mają czas dla pacjentów. Dziś śpię bez leków i jestem mniej drażliwy.
Czy gdyby nie chorował Pan na nerki, zdecydowałby się Pan na pomoc psychologa w jednostce?
„Dober”: Poszedłbym na wizytę prywatną. Niestety jest tak, jak mówił doktor Tworus. Do psychologa w jednostce nie da się pójść dyskretnie.
Radosław Tworus: To właśnie jest ten problem. Przecież psycholog w jednostce nie stanie przed pułkownikiem i nie powie: „Proszę mi zorganizować tak gabinet, żeby żołnierz mógł do mnie przyjść niezauważony”. Są oczywiście wyjątki, ale naprawdę nieliczne.
Jolanta Szymańska: Nie zawsze warunki pracy są idealne, ale trzeba sobie jakoś radzić.
Mówimy o absurdzie…
Jolanta Szymańska: Mówię o tym, że jeśli ktoś chce wykonywać swój zawód dobrze, znajdzie na to sposób.
Otrzymał Pan pomoc psychologiczną zaraz po tym tragicznym wydarzeniu na misji?
„Dober”: Gdy wróciliśmy do bazy, rozmawiała z nami pani psycholog. Nikt jednak nie mógł wówczas przewidzieć konsekwencji tamtych wydarzeń. Rozmowa była taka: „Nic się z Panem nie dzieje? Nic się nie dzieje. To w porządku”. A przecież te problemy, które mnie spotkały, to był cały długi proces.
Może zatem należałoby coś zmienić na tym pierwszym etapie, gdy żołnierz ma kontakt z psychologiem?
Agnieszka Gumińska: Pierwszy kontakt z psychologiem jest na komisji lekarskiej zaraz po powrocie do kraju. Żołnierze śpieszą się wtedy do domu i chcą jak najszybciej zaliczyć taką rozmowę. Ich odpowiedzi na pytania są często zdawkowe i nie wskazują na żadne problemy. Po wykorzystaniu dni wolnych po misji i podjęciu obowiązków służbowych powinna się odbyć rozmowa z psychologiem jednostki, żeby sprawdzić, czy nic się z żołnierzem złego nie dzieje. Bo pamiętajmy, że objawy zaburzeń mogą wystąpić jeszcze długo po traumatycznym wydarzeniu.
Kończy się misja w Afganistanie, ale problemy psychologiczne pozostaną. Co więcej, mogą być przyczyną także tych społecznych…
Radosław Tworus: Będą to problemy rozpadających się rodzin lub alkoholowe. Może też pojawić się bezdomność, czego się bardzo obawiam. Polskie wojsko jest na to zupełnie nieprzygotowane.
Agnieszka Gumińska: Mało wciąż mówimy w armii o problemach dorastających dzieci weteranów. Wśród psychologów wojskowych nie mamy specjalistów od psychologii dziecięcej, dlatego Departament Wychowania i Promocji Obronności MON organizuje dla psychologów jednostek wojskowych i wojskowych pracowni psychologicznych szkolenia zwiększające kompetencje w tej dziedzinie.
Jolanta Szymańska: Żołnierz na misji jest przyzwyczajony do adrenaliny. Kiedy jej poziom spada, mogą pojawić się problemy. Może się okazać, że specjalsi – jak żadna inna grupa żołnierzy – będą szukali dodatkowych doznań, na przykład zaczną uprawiać sporty ekstremalne. Jak na razie, wszystko jest pod kontrolą, ale niewykluczone, że takie zachowania będą coraz częstsze. Puszka Pandory otworzy się wtedy, gdy misji już nie będzie. Mogą też pojawić się problemy finansowe. Do tej pory żołnierze byli przyzwyczajeni do dodatkowego zastrzyku pieniędzy, który pozwalał na życie na pewnym poziomie. Teraz tych funduszy nie będzie, a często z powodu ich braku kończy się też miłość. Takich problemów się obawiamy.
Często wśród specjalsów zdarzają się przypadki rozpadu rodzin?
Jolanta Szymańska: Tak. Przykłady rozbitych rodzin są wszędzie, szczególnie jeśli misje się powtarzają.
Radosław Tworus: W warunkach klinicznych to już zaczyna być standard. Czy dużo związków Pana kolegów się rozpadło?
„Dober”: Dużo.
Radosław Tworus: A wielu kolegów pije?
„Dober”: Sporo.
Radosław Tworus: Czy wielu z nich nic nie robi?
„Dober”: Wielu wkrótce odejdzie z wojska i nie mają pomysłu na życie.
Radosław Tworus: Z takimi problemami przyjdzie nam się zmierzyć: rozpadające się rodziny, brak pracy, pieniędzy i perspektyw. Nie jest moją rolą zajmowanie się rozpadem związku czy alkoholizmem, ale to w klinice spotykamy się z następstwami tych zjawisk: z zaburzeniami depresyjnymi, psychozami związanymi z przyjmowaniem używek, w końcu – z samobójstwami.
Krótko mówiąc, PTSD i stres bojowy nie znikną wraz z naszym wycofaniem się z Afganistanu.
Agnieszka Gumińska: Musimy się przygotować na wzrost tych problemów, o których dziś rozmawialiśmy. Trzeba szukać nowych metod pomocy, konsolidować opiekę, tworzyć nowe miejsca pomocy, a także wpływać na to, by w środowisku było większe przyzwolenie na korzystanie z pomocy specjalistów w radzeniu sobie z problemami psychicznymi.
Jolanta Szymańska: Na pewno trzeba też pomyśleć o stworzeniu jednolitego systemu, który pozwoliłby na współpracę. Chcieliśmy w wojskach specjalnych stworzyć wspólną bazę danych, ale okazało się, że ze względu na ochronę danych osobowych nie możemy tego zrobić. Tymczasem takie narzędzie pozwoliłoby nam śledzić losy żołnierzy. Widzę jeszcze inne zagrożenia. Ci, którzy opuszczają armię, mogą stać się łakomym kąskiem dla różnych dziwnych ugrupowań, niekoniecznie działających na korzyść naszego państwa. Dla mnie jako psychologa jest równie ważne to, aby żołnierz radził sobie na polu walki z tak zwanym combat fatiguc, czyli zmęczeniem walką. Być może pewne patologiczne objawy by nie wystąpiły, gdyby było zapewnione adekwatne do potrzeb wparcie, gdyby żołnierz sam o siebie zadbał i gdyby w sytuacji bojowej zadbał o niego kolega. Gdyby żołnierz był wypoczęty, odżywiony, zrelaksowany, to może traumatyczne wspomnienia by się nie kumulowały. A tak, on wraca z patrolu i, otrzepawszy kurz, wyrusza na następny. Gdybyśmy nie dostarczali mu kolejnych dawek adrenaliny, może nie dochodziłoby do tych wszystkich sytuacji.
Radosław Tworus: Jako żołnierz i lekarz uważam, że to jest fantastyczny model. Ale w wojsku to niemożliwe, bo w armii – każdej – zawsze są wyzwania. Na pewno modelowe byłoby zorganizowanie systemu gwarantującego opiekę pacjentowi, w której my, lekarze i psycholodzy, znamy się, komunikujemy i ufamy sobie. Chciałbym też, żeby klinika nie była miejscem, do którego przyjeżdżają wszyscy pacjenci, bo my leczymy powikłania.
Jolanta Szymańska: Moim marzeniem byłoby stworzenie dla żołnierzy systemu online, w którym byłyby wszystkie dane o tym, gdzie szukać pomocy.
Radosław Tworus: I żeby był system pozwalający nam monitorować żołnierzy pod kątem ich problemów psychicznych. To trochę nadużycie, że ochrona danych osobowych uniemożliwia stworzenie takiego systemu, skoro w 2015 roku wszystkie informacje na temat leczenia pacjenta będą dostępne w sieci. Każdy z ośrodków uprawnionych, czyli szpitali i placówek ochrony zdrowia, będzie mógł zobaczyć, co się działo z pacjentem, jak przebiegało leczenie. Przy tej okazji można by stworzyć system dotyczący weteranów. Uniknęlibyśmy wówczas takich sytuacji, jak w wypadku Włodzimierza N.
Pułkownik Agnieszka Gumińska jest psychologiem wojskowym w Departamencie Wychowania i Promocji Obronności MON.
Jolanta Szymańska jest psychologiem w Centrum Operacji Specjalnych - dowództwie komponentu wojsk specjalnych.
„Dober” jako żołnierz uczestniczył w operacji w Afganistanie. Jest pacjentem Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego WIM w Warszawie.
Podpułkownik Radosław Tworus jest lekarzem psychiatrą, kierownikiem Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie.
autor zdjęć: USMC
