Z Krzysztofem Millerem o granicy strachu, oswajaniu traumatycznych wspomnień i czternastej wojnie rozmawia Małgorzata Schwarzgruber.
Książka, w której opisuje Pan konflikty utrwalone na zdjęciach, nosi tytuł „13 wojen i jedna”.
To tytuł symboliczny. Wojen było dużo więcej. W Afganistanie byłem co najmniej 11 razy, w Czeczenii – pięć. Liczyć to za jedną wojnę? Po raz pierwszy trafiłem do Afganistanu, gdy mudżahedini przejmowali władzę od komunistów, potem bili się między sobą, a następnie Sojusz Północny walczył z talibami o przejęcie władzy.
Najmniej pisze Pan o tej 14. wojnie, którą stoczył Pan w swojej głowie ze wspomnieniami i z syndromem stresu bojowego. Najtrudniej było pisać o sobie?
Nie lubię się żalić. Nie wiem, czy to był PTSD – zespół stresu pourazowego, bo nigdy nie brałem udziału w żadnym boju. Nie służyłem w wojsku, nie strzelałem z karabinu. Byłem tylko świadkiem. Wojnę podglądałem i rejestrowałem. Dziś czuję się lepiej, gdy myślę, że podobnie jak jedna czwarta Polaków miałem klasyczną depresję.
Widział Pan wojnę z bliska. Może to wystarczyło, by zachorować?
Obrazy wojny pozostały z tyłu głowy, wyświetlały się klatka po klatce, czasem we śnie, kiedy indziej wracały w życiu codziennym. Starałem się je zwalczać, ale one się kumulowały.
Gromadziły się od blisko ćwierćwiecza.
Pod koniec 1989 roku pojechałem do Rumunii. Nie była to jednak prawdziwa wojna, choć wtedy po raz pierwszy sfotografowałem śmierć: człowieka leżącego na ulicy, trafionego przez snajpera kulką typu dum-dum. Miał zmasakrowaną połowę twarzy.
Potem były te prawdziwe wojny – Afganistan, Czeczenia, Gruzja, Kongo. Kiedy zauważył Pan, że coś zaczyna dziać się w głowie?
Gdy zwolniło moje życie zawodowe. Miałem mniej pracy, bo redakcja brała coraz więcej zdjęć z internetu. Mniej zleceń oznaczało więcej czasu na myślenie. Coraz częściej powracały wspomnienia. Nie mogłem zasnąć, bo bałem się snów. Wstawałem zmęczony. Przestałem spotykać się ze znajomymi. Trudno mi było nawet wyjść z domu po zakupy. Zacząłem pisać książkę, która miała być formą terapii.
Pisanie pomogło w oswojeniu wojennych wspomnień?
Wręcz przeciwnie. Przeglądałem zdjęcia z archiwum i krwawe obrazy powracały. Musiałem ponownie odkryć schowane gdzieś głęboko wojenne demony, wyciągnąć je na światło dzienne i zatopić się we wspomnieniach. Obrazy zaczęły się nakładać. Przeżywałem wszystko na nowo. Wydawca chciał, abym jak najwięcej napisał na temat tej 14. wojny, która rozgrywała się w mojej głowie, ale nie zgodziłem się na ten warunek.
O chorobie i leczeniu pisze Pan niewiele: „Myślałem, że mój sportowy organizm jakoś poradzi sobie z moją głową… Udałem się do szamana leczącego takich wojennych rozbitków, którzy nie radzą sobie ze wspomnieniami… Wróciłem do życia”.
W Klinice Psychiatrii i Stresu Bojowego spędziłem pół roku razem z rannymi żołnierzami. Znajomi widzieli, w jakim byłem stanie i namówili mnie na leczenie. Trafiłem do doktora Radosława Tworusa oraz do pani psycholog Sylwii Szymańskiej. Wiele im zawdzięczam.
Czuł Pan wówczas, że potrzebuje pomocy?
Nic nie czułem. Byłem jakby w letargu, w swoim świecie pełnym wojennych potworów i lęku przed życiem. Nawet dziś, gdy o tym mówię, wraca niepokój. Dzięki terapii w klinice wiem, kiedy nadchodzi kryzys i jak sobie z nim radzić.
Obrazy powracają?
Dużo rzadziej. Niedawno przeprowadziłem się pod Warszawę. Zmiana otoczenia i nowy dom, prace fizyczne przy remoncie i w ogrodzie dobrze na mnie wpłynęły.
Jaka fotografia z wojny jest dla Pana najważniejsza? O której nie da się zapomnieć?
Dziennikarze pytają, czy mam ulubione zdjęcie. Jak można mówić o ulubionej fotografii, gdy przedstawia ona koszmar wojny? Zdjęcie, które uważam za najbardziej traumatyczne, ukazuje troje dzieci w obozie dla uchodźców w Kongu. Umierają z głodu i wypróżniają się do kartonu po pomocy humanitarnej z Unii Europejskiej. Zrobiłem je w 1994 roku w środku dżungli. Hutu uciekali wówczas z Rwandy przed prześladowaniami ze strony Tutsi. Dzieci nie miały już siły, aby iść dalej. Pomoc nie docierała, bo w dżungli nie ma dróg. Dopiero potem położono tory kolejowe i wywieziono tych ludzi do odległego o 100 km miasta Kisangani. To była dla mnie bardzo traumatyczna historia. Podobnie czułem się dwa lata później w Groznym w Czeczenii. Miasto było już okrążone, udało mi się do niego wjechać razem z matkami żołnierzy rosyjskich wziętych do niewoli. Czeczeńcy chcieli zwolnić szeregowców, jeśli ci zobowiążą się, że nie wrócą, aby z nimi walczyć. Do wymiany jednak nie doszło, bo Rosjanie ostrzelali miejsce tego spotkania. Matki wróciły do Dagestanu, a ja zostałem. Spędziłem tam miesiąc i na zdjęciach rejestrowałem słabnącą linię obrony w okrążonym Groznym.
Na zdjęciach najstraszniejsza jest nie sama wojna, lecz jej skutki…
Niewiele mam zdjęć z linii frontu. Przeważają fotografie cywilów. Dla mnie zawsze najważniejsi byli ludzie wplątani w wojnę, a nie żołnierze na pierwszej linii.
Żołnierze, nawet ciężko ranni na misjach, zapytani, czy chcieliby tam wrócić, odpowiadają, że nawet jutro. Czy Pan też połknął wojennego bakcyla?
Mnie w świat ciągnęła świadomość wielkiego wydarzenia, na przykład wytyczania nowych granic między państwami powstałymi po rozpadzie Jugosławii. Na naszych oczach dzieje się historia. To mnie dopinguje do działania. Daje adrenalinę.
Co musi Pan zobaczyć, aby nacisnąć spust migawki?
Podświadomie czuję, kiedy trzeba to zrobić. Pracuję na aparatach cyfrowych, które pozwalają zrobić zdjęcia bez dodatkowego oświetlenia. Fotograf powinien być pokorny, jak najdelikatniej wchodzić swoimi butami do czyjegoś życia.
Czy można pozostać bezstronnym obserwatorem, kiedy widzi się koszmar wojny?
Jestem wyłącznie obserwatorem i nie ingeruję w rzeczywistość. Moim zadaniem jest dokumentowanie, a nie uczestnictwo w wydarzeniach. Wątpliwości mogą pojawić się później, przy wyborze zdjęć do publikacji. Niektóre pozostają głęboko w szufladzie. Stały się dokumentem w procesach i pracach naukowych oraz w różnych raportach, ale nie mogą zostać opublikowane. Tak jak te ze Słowenii. Fotografowaliśmy pierwsze ofiary wojny. Byli to tureccy kierowcy tirów, których ostrzelały serbskie śmigłowce. W kostnicy fotografowałem podziurawione kulami ciała. Te zdjęcia nigdy się nie ukazały. Były wykorzystywane w międzynarodowych raportach na temat tej wojny.
Na jednym ze zdjęć Kevina Cartera, laureata Nagrody Pulitzera, widać sępa czekającego na śmierć głodującej małej dziewczynki z Sudanu. Zarzucano mu, że zdjęcie jest niehumanitarne. Przekroczył pewną granicę?
Uważam, że nikt nie powinien krytykować Cartera. Gdyby nie zrobił tego zdjęcia, nie doszłoby do dyskusji, gdzie są granice pomocy humanitarnej. To doskonałe zdjęcie. Pokazał, co dzieje się w Sudanie i zmusił świat do refleksji i udzielenia pomocy.
Ma Pan poczucie, że fotografie, które Pan zrobił, mogą coś zmienić?
Fotografie umierających z głodu Hutu w Kongu wysoki komisarz ONZ uznał za zbyt drastyczne. Potem opublikował je „Le Monde”. Presja mediów na rząd francuski spowodowała, że tych ludzi ewakuowano z dżungli. Czy moje zdjęcie w tym pomogło? Nie wiem. Może było jedną z wielu kropli, które drążyły skałę? Fotoreporterzy i dziennikarze są posłańcami wiadomości, a pomagać mają organizacje humanitarne.
Myślał Pan kiedyś, że może zginąć?
Wielokrotnie. Ale zazwyczaj na etapie przygotowań do wyjazdu. Gdy byłem już na miejscu, wtapiałem się w wojnę i myślałem głównie o tym, jak najlepiej oddać ducha tego, co widzę.
Strach pomaga, czy przeszkadza w pracy?
Gdy rozlegają się strzały i wszyscy się chowają, fotoreporter musi wyjść, aby zrobić zdjęcie. Trzeba mieć wojenny instynkt, który podpowie, kiedy się wychylić i nacisnąć spust migawki. To jasne, że się bałem, ale miałem zadanie do wykonania. Strach wyostrzał zmysły, mobilizował. Pomagała adrenalina.
Jakie to uczucie, gdy przystawiają do głowy pistolet?
Najpierw człowieka ogarnia totalny strach, drętwieją mięśnie, a po chwili przychodzi otrzeźwienie. Trzeba rozładować sytuację. Zdarzyło mi się to w Kambodży za rządów Czerwonych Khmerów, gdy zabłądziliśmy w dżungli, oraz w Bośni. Wskoczyłem na ciężarówkę, na którą ładowano uchodźców wywożonych do obozu koncentracyjnego. Nacisnąłem migawkę, gdy poczułem, jak serbski oficer przystawił mi pistolet do głowy.
Jak się Pan odnajdywał po powrocie do domu? Czy w zwyczajnym życiu brakowało emocji?
Przez wiele lat wyjazd gonił wyjazd i nie musiałem się adaptować do domowych warunków. Potem życie zwolniło i… Nie chcę do tego wracać.
Pojechałby Pan znowu fotografować wojnę?
Nawet jutro. Razem z Wojtkiem Jagielskim planujemy wyjazd do Afganistanu. Tym razem chcemy pokazać ludzi, którzy urodzili się w latach osiemdziesiątych i nie znają świata bez wojny.
Zapłacił Pan dość wysoką cenę: półroczny pobyt w klinice, rozbite małżeństwo.
Żołnierze płacą podobną cenę. Czasem trzeba. Ale jestem szczęśliwy.
autor zdjęć: Agencja Gazeta
