PODNIEBNE CELE

Żołnierze z dwóch dywizjonów przeciwlotniczych cały tydzień trenowali strzelanie na poligonie w Ustce.

 

Kontur śmigłowca powoli przesuwa się na czarnym monitorze komputera. Na moment zostaje uchwycony przez kursor, ale zaraz mu się wymyka. „Teraz jest poza zasięgiem”, tłumaczy starszy chorąży Tomasz Zbytniewski, który pochyla się nad ekranem, a w prawej dłoni ściska joystick. Po chwili maszyna znów znajduje się w prostokątnej obwódce. Informację o jej pozycji można przesłać do ustawionej kilkadziesiąt metrów dalej armaty. Na sygnał dany jej obsłudze, huknie salwa.

Siedzę w wozie dowodzenia WD-95 Blenda. Pomalowany w maskujące barwy, naszpikowany elektroniką pojazd stanowi jedno z kluczowych ogniw w systemie obrony wybrzeża: portów, baz morskich, punktów dowodzenia… Ale po kolei.

 

Lustrzane strzelanie

Dla żołnierzy z dywizjonów przeciwlotniczych marynarki wojennej to jeden z najważniejszych dni w roku. Na początku tygodnia przyjechali na poligon nieopodal Ustki, by poćwiczyć strzelanie ostrą amunicją do realnych celów. Trenują tutaj zarówno artylerzyści, jak i operatorzy przenośnych wyrzutni rakiet Grom. Sam poligon to pokryty lasami pas bałtyckiego wybrzeża, który ciągnie się od Ustki do Jarosławca, oraz przylegający do niego kawał morza. Jego powierzchnia sięga 4 tys. ha. Wojsko wykorzystuje go bardzo intensywnie. Czasami podobno się zdarza, że jedna grupa się pakuje, a druga już rozstawia. Ruch niemal jak na Marszałkowskiej.

Ten tydzień został zarezerwowany dla przeciwlotników z 8 Dywizjonu, który na co dzień stacjonuje w Dziwnowie, i 9 Dywizjonu z Ustki. Jedziemy zobaczyć ich w akcji. Po kilku kilometrach biegnącą wśród lasów wąską asfaltową szosą docieramy do porośniętego trawą placu, który wychodzi wprost na morze. Na jego skraju zostały rozstawione cztery armaty – po dwie z każdego dywizjonu – a dalej wozy dowodzenia. Sprzęt ten stanowi nierozdzielną całość, zaś obsługujący go żołnierze ściśle ze sobą współpracują.

„Zwykle wygląda to tak, że znajdująca się w pobliżu stacja radiolokacyjna przechwytuje cel, a informacje o nim przekazuje do zautomatyzowanego wozu dowodzenia Łowcza”, wyjaśnia kapitan Adam Pszczoliński z 9 Dywizjonu Przeciwlotniczego. „Dowódca rozdziela zadania i przesyła informacje do wozów dowodzenia Blenda. Tam cel jest namierzany i śledzony na monitorze komputera. Dane do strzelania wędrują po kablu do bloków sterowania armatami. Na sygnał obsługa otwiera ogień”. Blenda nie musi jednak korzystać z wskazań z zewnątrz. Wóz ma zarówno kamery TV, jak i termowizyjną – sam jest w stanie wyszukać, następnie śledzić cel. Wszystko zależy od okoliczności.

Na razie jednak żołnierze obsługujący armaty zgrywają sprzęt z wozami dowodzenia i przygotowują amunicję, a na monitorze zainstalowanym w blendzie powoli przesuwa się śmigłowiec. Mi-2 widzimy też gołym okiem – krąży naprzeciw placu i morza, gdzieś w okolicach jeziora Wicko. Dzisiaj to on będzie stanowił pierwszy cel. Oczywiście niedosłownie.

„Żołnierze będą strzelać metodą rozwarcia kątowego”, zapowiada komandor porucznik Roman Jadanowski, dowódca 8 Dywizjonu Przeciwlotniczego. Na czym to polega? W skrócie: muszą trafić w miejsce, które stanowi lustrzane odbicie pozycji zajmowanej przez śmigłowiec. Możemy to obserwować z pobliskiego wzgórza. Od armat dzieli nas dystans kilkudziesięciu metrów. „Lepiej stanąć na płycie”, radzi jeden z żołnierzy i wskazuje na wystający z ziemi betonowy prostokąt. Dlaczego? O tym przekonam się po pierwszej salwie.

 

Bomba na celowniku

Kilka minut przed dziesiątą okolicą wstrząsa huk wystrzałów, a ziemia zaczyna drżeć. Delikatne wibracje przechodzą od stóp do czubka głowy. Niby nic, ale na dłuższą metę może męczyć, zwłaszcza w połączeniu z hałasem. Tymczasem kanonada z krótkimi przerwami trwa w najlepsze. Seria wystrzałów, na niebie pojawiają się świetliste smugi, zaś kilka sekund później słychać coś, co przypomina trochę odgłos pękającego balonu.

„Jeśli pociski nie osiągną celu, same rozrywają się w powietrzu po przebyciu 10–12 km. Do morza spadają tylko ich szczątki”, wyjaśnia kapitan Pszczoliński i dodaje: „Wszystko zależy od tego, pod jakim kątem został wystrzelony pocisk”.

Strzelanie do lustrzanego odbicia śmigłowca to niejedyne zadanie, z którym zmagali się przeciwlotnicy. Kolejny cel był już bardziej realny. „Teraz trzeba trafić do tak zwanego imitatora celu powietrznego, czyli wystrzelonej z brzegu flary”, zaznacza kapitan Pszczoliński. Oczywiście pocisk nie musi trafić idealnie w przesuwający się po niebie świetlny punkt. Wystarczy, żeby przeciął tor jego lotu. Faktyczne cele, czyli śmigłowiec lub samolot, są przecież znacznie większe.

Tak przedstawia się plan na przedpołudnie. Potem przeciwlotnicy strzelają do bomby oświetlającej SAB-100. Tego próbowali już dzień wcześniej. Dwa 114-kilogramowe ładunki są podwieszane pod samolot Bryza, który startuje z bazy w oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów Siemirowicach. Nad poligonem zrzuca je kolejno jeden po drugim. Bomby rozpadają się na kilka części i wolno opadają. „Zrzut bomb nie jest manewrem trudnym, ale wiąże się ze sporym ryzykiem”, przyznaje komandor podporucznik Grzegorz Gołas, pilot bryzy, do której podwieszono ładunki. Sztuka polega na tym, by zaraz potem wykonać zwrot i uciec z linii strzału. „Podczas ćwiczeń w Ustce armaty zostały skierowane w stronę morza, dlatego my musimy jak najszybciej znaleźć się nad lądem”, tłumaczy komandor podporucznik Gołas.

Armaty przeciwlotnicze dywizjonów marynarki wojennej mogą wystrzelić nawet 60 pocisków z rzędu. Mają skuteczny zasięg rażenia 6 km. Jeśli wolno przemieszczający się cel, na przykład śmigłowiec, znajduje się w odległości 5–6 km, jest niemal bez szans…

 

Pięć sekund gromu

„Uwaga operatorzy, gotowość bojowa numer jeden! Azymut 10, odległość 15, wysokość 10! Zniszczyć cel!”, rzuca starszy mat Przemysław Tumanowicz. Żołnierze, stojący w równym szeregu, niemal natychmiast obracają się w jednym kierunku. Z wyrzutni, które trzymają na ramieniu, wydobywa się sekwencja szumów i trzasków. Po chwili na monitorze ustawionego za ich plecami komputera wyświetlają się wyniki i wiadomo kto wykonał zadanie, a komu poszło gorzej.

Starszy mat Tumanowicz jest dowódcą drużyny przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych. Jego podwładni ćwiczą strzelanie z zestawu Grom. Na razie korzystają z symulatora. Ostrzelali już ten sam śmigłowiec, który stał się celem dla armat. Teraz szukają w terenie kolejnych obiektów emitujących ciepło. Może to być flara, lampa pojazdu czy też latarnia.

Sam grom to broń bardzo wszechstronna, a przy tym skuteczna. Z wyrzutni można strzelać do obiektów, które znajdują się w odległości od 500 m do 5,5 km. Osiąga cele lecące zarówno 10 m, jak i 3,5 km nad powierzchnią lądu lub morza. I to cele bardzo zróżnicowane – zestaw Grom stanowi zagrożenie zarówno dla wolno przesuwających się śmigłowców, jak i odrzutowców, które mkną z zawrotną prędkością. „Z wyrzutni możemy zwalczać zarówno cele zbliżające się do operatora, jak i takie, które się od niego oddalają. W pierwszym wypadku możemy zaatakować statek powietrzny, który porusza się z prędkością nawet 400 m/s, co daje 1440 km/h, a w drugim – cel lecący z prędkością 360 m/s”, wylicza starszy mat Tumanowicz.

Do długiej listy atutów chciałoby się dodać jeszcze jeden: wyrzutnia jest dość poręczna. Do jej obsługi wystarczy jeden przeszkolony żołnierz. Należy jednak przy tym pamiętać, że zestaw Grom waży 16,5 kg. Może to i niezbyt dużo, ale żołnierze, którzy przez kilka bitych godzin muszą trzymać metalową tubę na ramieniu, zapewne odczuwają każdy kilogram.

Obsługa wyrzutni przede wszystkim wymaga nie siły, lecz wyczucia i precyzji. „Język spustowy należy wcisnąć w piątej sekundzie po odpaleniu zasilania. Chodzi o to, by silnik startowy został odpowiednio zasilony, a głowica schłodzona”, tłumaczy starszy mat Tumanowicz. Jeśli do tego czasu operator nie uchwyci celu, cała jego praca na nic, bo po przekroczeniu pięciu sekund strzał stanie się niemożliwy.

Po zakończeniu ćwiczeń na symulatorach operatorzy gromów mieli okazję postrzelać z ostrej amunicji. W tym samym czasie, tylko nieco dalej – na poligonie w Ustce ćwiczyły obsady artyleryjskie nadbrzeżnego dywizjonu rakietowego.

 

Strzelanie na plus

Dywizjony przeciwlotnicze marynarki wojennej ćwiczyły w Ustce przez tydzień. Kolejny wyjazd na poligon został zaplanowany na późną wiosnę. „Jestem zadowolony z wyników moich żołnierzy”, podkreśla komandor porucznik Michał Pawełka, dowódca 9 Dywizjonu Przeciwlotniczego. „Dobrze, że mogą korzystać z nowoczesnego sprzętu, zapewniającego dużą skuteczność. To szczególnie ważne, jeśli weźmie się pod uwagę zadania dywizjonów przeciwlotniczych”. Przeciwlotnicy odpowiadają bowiem za osłonę bezpośrednią wojskowych obiektów strategicznych. Mają zwalczać przeciwnika, który wedrze się w głąb terytorium.

Łukasz Zalesiński

autor zdjęć: Marian Kluczyński (2)





Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO