Czy Pekin faktycznie zyskał na wojnie w Iranie i czy mają jakieś zdolności do projekcji siły na Bliskim Wschodzie? W jakim stopniu w szerszej perspektywie korzysta na polityce prowadzonej przez Donalda Trumpa? W rozmowie z „Polską Zbrojną” opowiada o tym Michał Bogusz, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich, specjalista od polityki zagranicznej Chin.
Terminal kontenerowy w porcie Qinzhou w południowych Chinach. Fot. Zhang Ailin/Xinhua/Forum
„Chiny myślą podobnie jak my. Iran nie może posiadać broni jądrowej, a cieśnina Ormuz powinna zostać odblokowana”, ogłosił po majowej wizycie w Pekinie prezydent USA Donald Trump. Przełom?
Nie. W takim tonie przedstawiciele władz w Pekinie wypowiadali się już wcześniej, dodając przy tym, że suwerenność Iranu należy respektować, a wszelkie spory rozwiązywać metodami pokojowymi. Ich stanowisko nie zmieniło się nawet na jotę. Zresztą sama wizyta Trumpa, która wiele tygodni wcześniej została okrzyknięta mianem historycznej, na pewno nie przyniosła historycznych efektów. Zwłaszcza Amerykanom. O dyplomacji mówi się, że im więcej w niej formy, tym mniej treści. I dokładnie tak było ze spotkaniem Trump-Xi Jinping.
Mówi się też, że Chiny to główny beneficjent wojny, którą USA i Izrael toczą z Iranem. W ostatnim czasie przeczytałem co najmniej kilka analiz zwieńczonych takim właśnie wnioskiem. Podpisałby się Pan pod tą tezą?
Tylko częściowo. Chiny zyskują na tym konflikcie, ale wyłącznie w krótkiej perspektywie. W ostatnim czasie faktycznie pobiły wszelkie swoje rekordy, jeśli chodzi o bilans wymiany gospodarczej. Na świecie wzrósł popyt na chińskie towary. Importerzy zakładają, że przedłużająca się wojna na Bliskim Wschodzie doprowadzi do inflacji, więc kupują więcej produktów. Chcą wykorzystać relatywnie niskie ceny i zgromadzić zapasy. Gorzej dla Chin, że na ten bilans składa się także spadek importu. Z powodu blokady cieśniny Ormuz kupują znacznie mniej ropy, i nie jest to wyłącznie kwestia czysto fizycznych ograniczeń. Kryzys wokół Iranu sprawił, że ceny surowca wzrosły, więc Chińczycy korzystają ze zgromadzonych wcześniej rezerw. W dłuższej perspektywie jednak będą zmuszeni wznowić zakupy po wyższych cenach, co w konsekwencji przełoży się na kondycję ich gospodarki. A jeśli przyjdzie globalny kryzys, zainteresowanie chińskimi produktami i tak przygaśnie. Tymczasem problem Pekinu polega na tym, że siła tamtejszej gospodarki opiera się właśnie na eksporcie. Bo choć stanowi on ledwie około 20% ogólnego rozrachunku, generuje znacznie większe zyski niż sprzedaż towarów na rynek wewnętrzny. Tak więc, jeśli wojny w Iranie nie uda się ostatecznie zakończyć w ciągu kilku miesięcy, Chiny zaczną na niej tracić, tak jak wszyscy.
Wspomina Pan o gospodarce, tymczasem kryzys na Bliskim Wschodzie przekłada się przecież także na kwestie wizerunkowe i czysto polityczne. W tym wymiarze Chiny na nim zyskują?
Tak, ale też tylko do pewnego stopnia.
W obronie Iranu zrobiły niewiele, choć wcześniej podpisały z nim 25-letnią umowę o kompleksowym partnerstwie strategicznym…
Partnerstwo to nie sojusz militarny. Chiny nie mają praktycznie żadnych zdolności do projekcji siły na Bliskim Wschodzie. Nie są w stanie rozmieścić tam wojsk, a tym bardziej otwarcie wystąpić przeciwko Stanom Zjednoczonym. To zresztą nie leży w ich interesie. A medialny szum, jakoby Pekin budował przyczółki na Bliskim Wschodzie i miał szanse, by wyprzeć stamtąd Amerykanów, był… no właśnie – jedynie medialnym szumem, umiejętnie zresztą podsycanym przez chińską propagandę.
A teraz stronnicy Pekinu dostali jasny sygnał – nie warto się z Chinami wiązać zbyt mocno, bo nie stanowią żadnej realnej alternatywy dla USA?
Nie do końca. Dla państw, które budują relacje z Chinami, wojna w Iranie niewiele zmienia. Bo mają one przede wszystkim wymiar gospodarczy, także polityczny, ale nie militarny. Partnerzy Pekinu raczej nie zakładają, że ten rozciągnie nad nimi wojskowy parasol, który będzie ich chronił. Dotyczy to również Iranu. Oczywiście nie jest tak, że po amerykańskim ataku Chiny całkowicie odwróciły się od Teheranu. Przekazują mu na przykład zdjęcia satelitarne przydatne w wytyczaniu celów dla irańskich uderzeń rakietowych w Zatoce Perskiej. Ale robią to bardzo ostrożnie. Zdjęcia dostarcza komercyjna firma, a całość nosi znamiona normalnej transakcji biznesowej. Chiński rząd pozostaje na uboczu.
Gdzie jednak zyski dla Pekinu?
Wynikają ze strat, które ponoszą Amerykanie. Wojna się przedłuża, negocjacje nie przynoszą żadnych efektów, a ewentualna inwazja lądowa nie stanowi rozwiązania. Iran to rozległy, 90-milionowy kraj, o potencjale wielokrotnie przewyższającym choćby sąsiedni Irak, z którym Amerykanie trudzili się przez długie lata. Obecna sytuacja jest dla USA niekorzystna pod każdym względem – finansowym, militarnym, wizerunkowym. Ale problem jest znacznie głębszy. Z punktu widzenia Pekinu największym atutem Stanów Zjednoczonych jest system budowanych przez dekady sojuszy. System, który teraz Donald Trump skutecznie kwestionuje.
W jaki sposób Chiny mogą to wykorzystać?
I tu znów sytuacja się komplikuje. Bo trudno założyć, że nastąpi prosta wymiana i rozczarowane Stanami Zjednoczonymi państwa będą szukać zbliżenia z Chinami. W wielu przypadkach to niemożliwe ze względu na sprzeczność interesów, w innych zwyczajnie nieopłacalne. Postawa administracji Donalda Trumpa rodzi inny skutek. Mniejsze państwa zaczynają zacieśniać więzi pomiędzy sobą, tworzyć sieć regionalnych sojuszy, brać na siebie większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. Proszę spojrzeć choćby na Japonię, która zwiększa produkcję broni, porzuca ograniczenia związane z jej eksportem, rozszerza kooperację z partnerami w regionie. To radykalny odwrót od mocno zachowawczej polityki, której hołdowała od czasu zakończenia II wojny światowej.
W rezultacie Stanów Zjednoczonych jest w globalnej polityce mniej, za to na świecie wyrastają kolejne punkty oporu przeciwko chińskiej dominacji. I to może być dla Pekinu poważny problem. Bo kto zagwarantuje mu, że za pięć, dziesięć lat nie będzie miał u swoich granic Japonii i Korei Południowej dysponujących bronią atomową?
Tak więc z chaosu zaczyna wyłaniać się świat wielobiegunowy. Paradoksalnie, bo tego właśnie chciała Rosja.
Niezupełnie. Świat wielobiegunowy w ujęciu Kremla sprowadza się do koncertu mocarstw. USA, Chiny, Rosja siadają przy dużym stole i dzielą się wpływami. Tymczasem wygląda na to, że ten stół może nam po prostu wkrótce zniknąć.
Chiny nie zbudują sieci sojuszników na wzór tej, którą stworzyli Amerykanie?
Moim zdaniem nie, a wynika to z samej natury chińskiego systemu. Tak naprawdę nie jest on nastawiony na współpracę, ale gospodarczą eksploatację. Amerykanie dzięki sojuszom też oczywiście odnosili ekonomiczne korzyści, ale w zamian byli w stanie oferować bezpieczeństwo. Mówimy o układzie opartym na wspólnych wartościach i korzyściach. W przypadku Chin tego nie ma. Do tego chiński potencjał militarny ciągle jest zbyt mały. Tamtejsza armia pozostaje wielką niewiadomą. Od wojny z Wietnamem w 1979 roku nie została przetestowana w boju, podczas gdy Amerykanie od zakończenia II wojny światowej nieustannie prowadzili jakieś operacje militarne.
W przypadku Chin zdolność do projekcji siły nie wykracza poza tzw. pierwszy łańcuch wysp, czyli Tajwan, Japonię, Filipiny. Proszę spojrzeć na wojskowe przyczółki, które Pekin zdołał zbudować. Poza bazą w Dżibuti oraz strażnicą na pograniczu Afganistanu i Tadżykistanu nie ma nic.
Wracając jednak do wojny w Iranie – jakiej wiedzy czysto wojskowej dostarczyła Chinom?
Tutaj zyski na pewno są duże. Chiny mogły się przekonać, że Amerykanie mają pewne problemy z produkcją amunicji i uzupełnianiem zapasów. Z drugiej strony wojna tylko potwierdziła ich ogromne możliwości logistyczne, skuteczność wywiadu, zdolność do głębokiej penetracji terytorium przeciwnika i neutralizacji jego obrony przeciwlotniczej, która przecież w pewnej mierze została oparta na systemach z Chin. O prowadzeniu operacji zakrojonej na tak dużą skalę, w tak znaczącej odległości od swojego terytorium armia chińska mogłaby jedynie pomarzyć.
Trudno jednak przyjąć, że Amerykanie osiągnęli zakładane cele. Czy to jednak nie ośmieli Chin, nie zachęci ich na przykład do zajęcia Tajwanu?
Zdecydowanie nie. Operacja siłowego przejęcia Tajwanu ciągle pozostaje dla Pekinu zbyt ryzykowna ze względu na nieformalne tajwańskie sojusze, ale też potencjał militarny tego państwa. Chiny nadal będą gonić króliczka – sięgając po różne narzędzia psychologicznego i dyplomatycznego nacisku, wywierając presję na władze wyspy i jej mieszkańców, ale dalej się nie posuną, przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości.
A jak postąpią w kwestii Iranu?
Wszystko, co dobre dla Chińczyków, już się wydarzyło. Większych zysków z tej wojny nie wyciągną. Teraz w ich interesie jest jak najszybsze jej zakończenie. Xi Jingping potrzebuje spokoju i stabilności gospodarczej, bo obecnie bardziej niż sytuacja międzynarodowa interesują go wewnętrzne rozgrywki. W tej chwili kluczową kwestią dla władz w Pekinie pozostaje przyszłoroczny zjazd partii.
Oczywiście Chiny prowadzą swoją grę. Starają się ustawiać w pozycji wielkiego rozgrywającego. Temu właśnie służyć ma przyjęcie w Pekinie irańskiego ministra spraw zagranicznych Abbasa Aragcziego. Co ważne, szef chińskiej dyplomacji Chin Wang Yi rozmawiał z nim niemal w przededniu oficjalnej wizyty Donalda Trumpa, któremu równie mocno jak Chińczykom zależy na zakończeniu wojny. Problem w tym, że zarówno Chiny, jak i USA mają tak naprawdę ograniczone możliwości oddziaływania na reżim w Teheranie.
Dr Michał Bogusz jest analitykiem w Zespole Chińskim Ośrodka Studiów Wschodnich. Ukończył politologię na Uniwersytecie Gdańskim i stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Ludowym w Pekinie. Przez niemal dekadę studiował i pracował w Chinach.
autor zdjęć: Zhang Ailin/ Xinhua News Agency/ Forum; OSW

komentarze