OBUDZONE DEMONY

Trzy lata temu garstka śmiałków zainicjowała masowe protesty, które były w stanie wywrócić dotychczasowy ład polityczny w regionie.

 

Wiosna roku 2011 na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej (region MENA – Middle East & North Africa) zapowiadała się pogodnie i ciepło. I być może właśnie ze względu na tę sprzyjającą aurę pękło wówczas w ludziach to, co nabrzmiewało przez całe lata. Protesty i demonstracje, które wybuchły najpierw w Tunezji (wraz z kwitnącymi tam wyjątkowo wcześnie jaśminami), a chwilę później w Libii, Egipcie, Jemenie i Syrii, ukazały skalę społecznego niezadowolenia z sytuacji politycznej i ekonomicznej tych krajów. Masowość owych niepokojów społecznych, ich żywiołowość i autentyczna spontaniczność szybko przyniosły tym rewolucyjnym wydarzeniom miano Arabskiej Wiosny.

Wiosna 2011 roku w tamtej części świata faktycznie zdawała się wtedy wyglądać i pachnieć inaczej niż wszystkie wcześniejsze. W powietrzu było czuć coś nowego – powiew wolności, swobody wyrażania własnych poglądów, bezkarności krytyki pod adresem wszechwładnych dotychczas rządów i ich aparatów przymusu. Ludzie na ulicach Tunisu, Kairu, Bengazi, Sany czy Damaszku upajali się tą aurą. Importowane z Zachodu wynalazki – w postaci mediów społecznościowych, forów internetowych czy łączności komórkowej – grzały się na łączach do czerwoności. Pomagały komunikować się ze sobą milionom ludzi, chcących zmieniać swe państwa. Dążenie do przeobrażeń, do wyrażenia protestu przeciwko zaborczej, skorumpowanej i nepotycznej władzy, oderwanej od jakichkolwiek wartości i realiów, narastało z dnia na dzień.

I oto garstka śmiałków zainicjowała masowe ruchy oporu i protestu, które były w stanie wywrócić dotychczasowy ład polityczny w regionie. Najpierw w Tunezji, później w Egipcie, a ostatecznie także i w Libii – stare, despotyczne reżimy upadły, jak domki z kart.

Nie wszędzie jednak udało się dokonać tego w sposób prosty i relatywnie bezkrwawy, tak jak w Tunezji: obalenie rządów Muammara Kaddafiego zajęło ponad pół roku i pochłonęło tysiące ludzkich istnień, zmieniając kraj w ruinę, angażując militarnie społeczność międzynarodową i wpływając destrukcyjnie na regionalny układ sił. Podobnie w Syrii, gdzie Arabska Wiosna przerodziła się w arabski koszmar wiecznej wojny, w której nie ma wygranych, a żadna ze stron nie jest zdolna narzucić przeciwnikowi swojej woli i odnieść jednoznacznego zwycięstwa. Również w takich krajach, jak Egipt, Irak czy Jemen, a nawet Liban, do dziś sytuacja daleka jest od stabilnej.

Początkowo na Zachodzie falę wystąpień społecznych w regionie MENA odbierano jako dowód na potężny potencjał na rzecz przemian w duchu wolnościowym i demokratycznym, tkwiący w tamtejszych społeczeństwach. Wśród komentatorów i analityków, a zaraz potem także i polityków, pojawiły się głosy o kolejnej „fali demokratyzacji”. Z nieco przesadną i całkowicie bezkrytyczną sympatią kibicowano protestującym w regionie demonstrantom, uznając ich za forpocztę liberalnych prądów, zdolnych trwale odmienić oblicze społeczeństw i państw w tej części świata. Już kolejne miesiące udowodniły jednak, jak naiwne było takie myślenie.

 

Skradzione rewolucje

W miarę upływu czasu coraz trudniej było bowiem nie zauważyć żywiołowego wzrostu znaczenia islamskich radykałów oraz ich zwiększonej obecności w życiu społeczno-politycznym. Po raz pierwszy stało się to oczywiste w Tunezji, gdzie szybko wyszło na jaw, że masowe demonstracje i protesty – które zdołały ostatecznie odsunąć od władzy prezydenta Bena Alego – były organizowane w dużej mierze dzięki sprawnemu aparatowi tamtejszych struktur islamskich ekstremistów: zarówno tych radykalnych (salafitów), jak i umiarkowanych, zrzeszonych w Partii Odrodzenia (Ennahda, Hizb an-Nahda).

Warto zwrócić uwagę na to rozróżnienie na radykalnych i umiarkowanych islamskich fanatyków – jak kalka będzie się ono później pojawiać także w innych państwach objętych Arabską Wiosną. Wszędzie tam będzie też chętnie wykorzystywane przez Zachód dla usprawiedliwienia lub uzasadnienia jego polityki wobec regionu. A opierała się ona przez długi czas na pozornie jasnych zasadach: jeśli do władzy dochodzą „dobrzy” islamiści – skłonni zaakceptować nowoczesne reguły demokracji, konstytucjonalizmu i gospodarki rynkowej – kraje zachodnie udzielają im swego poparcia. Z kolei „źli” (głównie salafici) – powiązani z Al-Kaidą i akceptujący jej ideologię oraz strategię – stanowią dla nowych władz i dla Zachodu największe zagrożenie. Jak pokazały późniejsze wydarzenia w Egipcie i Syrii, taka strategia okazała się jednak nieadekwatna do rozwoju sytuacji w regionie.

Po Tunezji na czołówkach doniesień medialnych z regionu MENA pojawiły się niemal równocześnie Egipt, Libia, Syria oraz Jemen. Także i tu szybko się okazało, że niemal wszędzie w wydarzeniach rewolucyjnych walny udział biorą zorganizowane, sprawne i doświadczone struktury islamistów. To głównie dzięki nim – ich logistyce, zapleczu i zdolnościom organizacyjnym – manifestacje mogły ciągnąć się całymi tygodniami, gromadząc każdorazowo setki tysięcy osób. To oni także, gdy trzeba było, podejmowali otwartą walkę z siłami bezpieczeństwa, usiłującymi stłumić protesty.

Wszędzie też w regionie wydarzenia przebiegały według niemal identycznego scenariusza. Najpierw społeczny ferment na portalach społecznościowych i w internecie, później coraz bardziej żywiołowe manifestacje na centralnych ulicach i placach stolic oraz większych miast, a w końcu – mniej lub bardziej krwawe rozruchy. Starcia te albo doprowadzały do politycznego przełomu (jak w Tunezji i Egipcie), albo też (jak w Libii, Jemenie i Syrii) przeradzały się w regularne walki uliczne z udziałem wojska, a ostatecznie w wojny domowe. I wszędzie, niezależnie od ostatecznego wyniku poszczególnych wystąpień rewolucyjnych, był identyczny schemat – spontaniczne, autentycznie oddolne protesty społeczne w miarę ich trwania „przejmowały” ugrupowania islamskie. Rewolucje, z prodemokratycznych, wolnościowych i obywatelskich, zmieniały się więc w islamskie i z gruntu antyobywatelskie, antywolnościowe. Tradycyjny, ortodoksyjny islam stawia bowiem na centralnym miejscu swej ideologii i światopoglądu nie jednostkę z jej prawami i swobodami, lecz boga z jego nakazami i zakazami dla wiernych. Arabska Wiosna nie miała więc większych szans, aby okazać się wiosną wolności i swobód dla ludzi zamieszkujących kraje regionu MENA.

Wraz z postępem rewolt rosły także zaangażowanie i aktywność islamistów wszelkiej maści. Umiarkowani włączali się w oficjalne życie polityczne, szybko zdobywając znaczące poparcie społeczne, szczególnie wśród uboższych warstw społecznych swych krajów. Ci radykalni korzystali z chaosu rewolucji i wojen wewnętrznych, zmniejszonej kontroli na granicach, rozpadu skutecznych niegdyś struktur służb bezpieczeństwa oraz dostępu do niepilnowanych przez nikogo przebogatych arsenałów dawnej armii libijskiej. Broń z Libii jest do dzisiaj dostępna za grosze od Mauretanii po Afganistan i od Kaukazu po Somalię i zasila lokalne wojenki i ruchy partyzanckie różnego typu.

W całym regionie bliskowschodnim jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać również nowe grupy i organizacje o radykalnie islamskim, dżihadystycznym profilu. Większość z nich była tworzona przez wysłanników Al-Kaidy, którzy masowo pojawili się w 2011 i 2012 roku na obszarze MENA, zgodnie z nową strategią organizacji, wdrażaną przez jej nowego emira – Ajmana az-Zawahiriego. W Libii to właśnie dżihadyści walnie przyczynili się do ostatecznego zwycięstwa rewolucji i obalenia władzy Muammara Kaddafiego latem 2011 roku – a „w nagrodę” wzięli we władanie trzecią część libijskiej stolicy oraz wiele terenów na wschodzie kraju. Ośmieleni sukcesem w Libii maghrebscy islamiści poszli jeszcze dalej na południe. Zajęli połowę terytorium Mali, skąd wypędziła ich dopiero międzynarodowa interwencja w 2013 roku. Rozciągnęli też świętą wojnę na terytorium Czadu, północnej Nigerii (już wcześniej nękanej przez lokalną grupę islamską Boko Haram), Sudanu, a nawet Republiki Środkowoafrykańskiej. Na egipskim Synaju lokalne komórki Al-Kaidy, połączone pod koniec 2011 roku w jednolitą grupę Al-Kaida Półwyspu Synaj, rozrosły się tak bardzo, że zaczęły zagrażać kurortom turystycznym oraz bezpieczeństwu żeglugi w Kanale Sueskim.

Po trzech latach trwania Arabskiej Wiosny tak zwani umiarkowani islamiści wciąż jeszcze rządzą lub współrządzą w Tunezji i Libii. W Egipcie, gdzie przez krótką chwilę uznawani za „dobrych” Bracia Muzułmanie cieszyli się pełnią władzy (mając stanowisko głowy państwa oraz, wraz z salafitami, kwalifikowaną większość parlamentarną), sytuacja zatoczyła koło i kraj ponownie znalazł się pod rządami dyktatury, tym razem wojskowej. Co symptomatyczne, jest to dyktatura ciesząca się aprobatą i błogosławieństwem Zachodu. Tego samego Zachodu, który jeszcze trzy lata temu patrzył na wydarzenia na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej z nadzieją jako na powiew wolności i szansę demokratyzacji regionu. Kiedy jednak się okazało, że w tej części świata autentyczna demokracja równać się może legalnemu dojściu do władzy islamskich radykałów, państwa zachodnie szybko odstawiły na bok prodemokratyczne pryncypia. Tym bardziej że Bracia Muzułmanie, którzy od początku rewolucji pozowali na umiarkowanych, okazali się o tyle tylko lepsi od Al-Kaidy, że nie stosowali terroru.

Gdy Bracia Muzułmanie zdobyli pełnię władzy w Egipcie, natychmiast przystąpili do demontażu świeckich fundamentów tego państwa. Nic dziwnego, że ich działania spotkały się z otwartą aprobatą lidera Al-Kaidy… Przebieg wydarzeń w Egipcie dobitnie pokazał równocześnie, że wspomniany wcześniej arbitralny podział na islamistów „dobrych” i „złych” jest sztuczny i oderwany od realiów. Niestety, nie wpłynęło to, jak na razie, na zmianę strategii ani USA, ani państw europejskich wobec innych krajów objętych Arabską Wiosną.

 

Chaos wojen

Islamscy ekstremiści pokazali swą siłę i prawdziwe oblicze również w Syrii. Kraj ten okazał się tym szczególnym przypadkiem Arabskiej Wiosny, w którym dotychczasowa władza była wyjątkowo odporna na rewolucyjne zagrożenia. Odporność ta – wynikająca nie tyle z siły samego reżimu w Damaszku, ile z jego korzystnych aliansów międzynarodowych, głównie z Iranem, Rosją i Chinami – sprawiła, że rewolta przekształciła się w krwawe, brutalne igrzyska śmierci, trwające już czwarty rok. W tym czasie w Syrii zginęło już prawie 150 tysięcy ludzi i wciąż nie widać końca tej hekatomby.

Jednym z powodów takiej sytuacji jest zdominowanie szeregów zbrojnych struktur syryjskiej opozycji przez ugrupowania islamistyczne, odwołujące się do ideologii i związków z Al-Kaidą. Grupy te nie walczą o wolną i demokratyczną Syrię, lecz o ustanowienie na jej terytorium islamskiego kalifatu (połączonego zresztą z obszarem Iraku). I to islamiści ponoszą główny ciężar walk z siłami lojalnymi wobec rządu w Damaszku i na nich opiera się dzisiaj cała rebelia. Formacje syryjskiej opozycji, odwołujące się do ideałów świeckiego, demokratycznego państwa wielu religii i wyznań, są zbyt słabe, aby samodzielnie prowadzić wojnę z Al-Asadem. Co więcej, w ostatnich miesiącach coraz więcej takich oddziałów porzuca służbę w opozycyjnej Wolnej Armii Syrii i przechodzi „na żołd” ugrupowań islamistycznych. Jeśli ten trend się utrzyma, to już wkrótce cała syryjska rebelia będzie podporządkowana, pośrednio lub bezpośrednio, kierownictwu Al-Kaidy…

Zbliżony mechanizm można było zaobserwować podczas wojny w Libii, która była pierwszym otwartym konfliktem Arabskiej Wiosny. Reżim libijski natychmiast po pierwszych demonstracjach podjął próbę siłowego zdławienia rodzącego się społecznego buntu, co nie przyniosło jednak rezultatu. Chaotyczna, półroczna wojna, do której doszło w Libii, doprowadziła – nie bez wydatnej pomocy ze strony Zachodu – do zakończenia dyktatorskich rządów Muammara Kaddafiego. Jego upadek nie oznaczał jednak końca problemów dla kraju, podzielonego głębokimi różnicami etnicznymi i klanowymi, nękanego aktywnością islamistów oraz samozwańczych watażków i ich milicji. Islamscy ekstremiści w Libii – jako główna zbrojna siła opozycji podczas wojny domowej – do dzisiaj roszczą sobie z tego tytułu szczególne prawa polityczne i ekonomiczne, co wpływa destabilizująco na sytuację w kraju.

Kolejnym krajem regionu MENA, który został dotknięty w 2011 roku bratobójczym konfliktem wewnętrznym na tle wydarzeń Arabskiej Wiosny, jest Jemen. Szczęśliwie dla tego państwa to była wojna domowa o ograniczonym czasie i zasięgu. Ponadto miała polityczny charakter z rywalizacją klanową w tle i nie przekształciła się w konflikt wyznaniowy czy religijny, być może ze względu na fakt, że islamiści – inaczej niż w innych państwach regionu – nie stanowili w tym kraju czynnika podtrzymującego rewolucyjne wrzenie. Istotne mogło być i to, że radykalne ugrupowania islamskie w Jemenie od dawna są uważane za wroga publicznego numer 1.

 

Wojna wyznaniowa

Szczególna rola (zarówno militarna, jak i polityczna) islamistów w Arabskiej Wiośnie wpłynęła na przekształcenie się tego zrywu w wydarzenie o charakterze w dużej mierze religijnym. Ten wyznaniowy wymiar widać praktycznie w każdym z krajów arabskich objętych rewolucją. Szczególne jednak w Syrii, gdzie dominacja dżihadystów (czyli radykalnych sunnitów) po stronie opozycji wynika między innymi z wyznaniowego oblicza ich oponenta, czyli władz w Damaszku. Reżim BAAS w Syrii i rządy Al-Asada opierają się bowiem głównie na alawitach (odłam szyizmu). „Prawowierni” sunnici niezmiennie od stuleci uważają zaś wszystkich szyitów za heretyków, których należy nawracać na „prawdziwy” islam równie gorliwie, co niewiernych.

Również i z drugiej strony konfliktu mocno daje o sobie znać duch konfrontacji religijnej – rząd syryjski trzyma się dziś przy władzy tylko dzięki wsparciu ze strony szyickiego Iranu, który coraz silniej angażuje się w ten konflikt, zarówno w wymiarze politycznym i materialnym, jak i duchowym. Liczne fatwy wydawane cyklicznie przez religijne władze irańskie wzywają wszystkich szyitów do walki z „sunnickimi uzurpatorami”.

Za słowami idą czyny: w regionie bliskowschodnim, a nawet w Pakistanie i Azerbejdżanie, od dawna trwa już organizowany przez Irańczyków ochotniczy zaciąg szyitów do walki po stronie Damaszku. Coraz częściej słychać też pogłoski o obecności w Syrii regularnych jednostek irańskich pasdarów (strażników rewolucji). Bez wątpienia natomiast od ponad dwóch lat walczy w Syrii po stronie Al-Asada duży, około 10-tysięczny kontyngent libańskiego, szyickiego Hezbollahu, złożony z jego najlepszych żołnierzy. Ci twardzi, doświadczeni w walce bojownicy szyiccy ścierają się w zażartych walkach wokół Damaszku czy Aleppo z równie nieprzejednanymi i ostrzelanymi islamistami. Takiej sytuacji – bezpośredniej, otwartej sunnicko-szyickiej konfrontacji militarnej – nie widziano w tej części świata od bardzo dawna. Niewykluczone, że to właśnie ten aspekt wydarzeń okaże się najbardziej brzemienny w skutki, wpływając na przemiany geopolitycznego układu sił w regionie MENA. Ale wojny wyznaniowe i religijne w tej części Afryki – jako skutek rewolucji i konfliktów – to także narastające w ostatnich kilkudziesięciu miesiącach prześladowania chrześcijan, głównie w Syrii i Egipcie. Skala tych represji zgodnie jest oceniana jako największa od stuleci, tym bardziej dziwi więc milczące przyzwolenie świata, zwłaszcza Zachodu.

Jak widać, Arabska Wiosna obudziła w regionie stare demony, które niełatwo dadzą się z powrotem uśpić. Być może jest jeszcze za wcześnie na ostateczne podsumowania i wnioski, na razie trudno jednak uznać dotychczasowy bilans tych wydarzeń za wartość dodaną dla bezpieczeństwa i rozwoju regionu MENA. Bliższe prawdy wydają się opinie sugerujące, że przetaczająca się w ostatnich trzech latach przez kraje arabskie fala zamieszek, rewolucji i wojen domowych to wyraźny regres. Cofnięcie się regionu do epoki bratobójczych konfliktów, toczonych głównie na tle wyznaniowym i etnicznym. Być może już najbliższe miesiące pokażą, co tak naprawdę wyłoni się z chaosu Arabskiej Wiosny.

Tomasz Otłowski

autor zdjęć: UN - David Ohana, UN - Lason Foounten





Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO