moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

Maksimum realizmu, zero taryfy ulgowej

Jeśli kurs ma nauczyć zachowania w warunkach realnego konfliktu, musi być momentami ekstremalnie – mówi dziennikarz Marcin Meller o kulisach kursu dla korespondentów wojennych w Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych. W wywiadzie do grudniowej „Polski Zbrojnej” wyjaśnia też, dlaczego w erze mediów społecznościowych zawód reportera wojennego wciąż ma sens.

Marcin Meller (pierwszy od lewej): „Emocje, jakie odczuwałem w czasie szkolenia, były bardzo zbliżone do tego, co przeżywałem, będąc w strefie działań wojennych”, fot. Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych w Kielcach

Jako dziennikarz wielokrotnie relacjonował Pan konflikty zbrojne – jak sam Pan przyznaje – kule nieraz latały nad głową, mimo to zdecydował się Pan na udział w kursie dla korespondentów wojennych w Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych w Kielcach. Skąd pomysł, by po latach znów wrócić do tego tematu?

Marcin Meller: Właściwie to historia, która zaczęła się kilka lat wcześniej. Zadzwoniła do mnie Bianka Zalewska, dziennikarka „Dzień Dobry TVN”. Znamy się od dawna, a Bianka – jak wiadomo – ma ogromne doświadczenie z frontu w Ukrainie. Powiedziała: „Słuchaj, jest taki kurs dla dziennikarzy w Kielcach, bardzo porządny, prowadzony przez wojskowych z doświadczeniem z misji. Może chciałbyś spróbować?”. Pomyślałem: czemu nie. Już nie jeżdżę na wojny, ale byłem ostatnio w Demokratycznej Republice Konga, w prowincji Kiwu – jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. Potem północna Etiopia, gdzie dopiero co zakończyła się wojna. Ostatecznym impulsem było jednak dwudziestolecie wspomnianego magazynu – z tej okazji zaproszono do programu dawnych prowadzących i poproszono nas o zaproponowanie tematów, jakie chcielibyśmy zrealizować. Przypomniałem sobie o kursie – tam się dużo dzieje, można nakręcić ciekawy materiał, a Bianka zdecydowała się potowarzyszyć mi z kamerą. Poza tym chciałem to zrobić dla siebie. Czasy są niepewne. Stwierdziłem: strzeżonego Pan Bóg strzeże. I na początku września znalazłem się w Kielcach.

 

Jak wyglądały pierwsze dni w Kielcach?

Pierwsze wrażenie? Jakbym wrócił do dawnych czasów. Kontenery mieszkalne, jakie znałem już z konfliktu w byłej Jugosławii. Spałem w nich, kiedy pracowałem z obecnym tam polskim batalionem. Sporo realizmu, wojskowego rygoru. Ale organizacyjnie – perfekcja. Zaskoczyło mnie tylko, że jedzenie było naprawdę dobre, choć współczułem wegetariance z naszej grupy – dla niej to była prawdziwa walka o przetrwanie… Pierwsze dwa dni to teoria: bezpieczeństwo w strefie działań, pierwsza pomoc na polu walki, aspekty psychologiczne związane ze stresem bojowym. Potem przeszliśmy do praktyki – survival, budowa schronień w lesie. Ja, stary harcerz, wreszcie nauczyłem się rozpalać ogień przy użyciu krzesiwa! Mieliśmy też trening z elementami sztuk walki.

Marcin Meller: „Worek na głowie i polewanie jeszcze dawało się znieść, wiadomo, że żołnierze nie chcieli nas poddusić jak w trakcie prawdziwych tortur. Najgorsze było zimno”, fot. Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych w Kielcach

Dla mnie najbardziej wartościowa była część medyczna. Proste procedury – tamowanie krwotoków, ewakuacja rannego, reanimacja pod ostrzałem – coś, co może uratować życie. Zresztą ten element chcę kontynuować na kolejnych kursach medycznych. Bo w różnych sytuacjach kryzysowych można sobie poradzić dzięki sprytowi, odwadze, doświadczeniu życiowemu. Ale tam, gdzie wkracza medycyna, trzeba mieć po prostu wiedzę. W dodatku to są umiejętności, które mogą przydać się nie tylko w czasie wojny. Wystarczy zwykły wypadek samochodowy.

A co z tym słynnym „porwaniem”? Każdy, kto kończy kurs w Kielcach, o nim mówi.

Tak, to moment kulminacyjny, symulacja uprowadzenia i przetrzymywania zakładników. Każdy o tym słyszał, wszyscy czekają, nikt nie wie, kiedy się zacznie ani jak dokładnie będzie wyglądać, bo za każdym razem scenariusz jest nieco inny. My żyliśmy w napięciu przez dwa dni. Był moment, że wywieźli nas ciężarówką do lasu. Zostawili, zniknęli, zapadła cisza. Myślimy: to pewnie teraz. Zaczęliśmy się chować, kombinować, jak przetrwać.

Po chwili przyjeżdża oficer i mówi: „Spokojnie, jak będziemy chcieli was porwać, to was porwiemy – nie w taki sposób. Po prostu się spóźniłem”. Ale wtedy zauważyliśmy, że brakuje jednej osoby. Zaczęło się szukanie. Okazało się, że naprawdę uciekła! Dziewczyna pobiegła przez las i dotarła aż do wsi pod Kielcami. Można powiedzieć, że jako jedyna naprawdę uniknęła porwania [śmiech].

A jak wyglądało Pana przesłuchanie, kiedy już został Pan uprowadzony? Z mojego kursu pamiętam, że żołnierze wkładają dużo serca w ten punkt programu.

Mój scenariusz był wyjątkowo brutalny. Trafiłem na „Szakala” – to pseudonim jednego z instruktorów, znanego z tego, że nie oszczędza kursantów. Całość trwała jakieś trzy godziny, ale tego dowiedziałem się już po zakończeniu, bo w trakcie straciłem zupełnie poczucie czasu. Nie wiedziałem, że takim narzędziem tortur może być zwykła woda. Worek na głowie i polewanie jeszcze dawało się znieść, wiadomo, że żołnierze nie chcieli nas poddusić jak w trakcie prawdziwych tortur. Najgorsze było zimno. Na dworze 7ºC, ja w majtkach i koszulce, a oni leją zimną wodą…

 Marcin Meller, fot. archiwum prywatne

Ledwo organizm zdążył się trochę przyzwyczaić, znów zaczynali polewać. Do tego ciągłe przesłuchania. Traktowałem to serio, starałem się odpowiadać, jakbym naprawdę był zakładnikiem – mówić prawdę, kiedy muszę, i kłamać, kiedy mogę. Ale w końcu podwieszony, obolały i trzęsący się z zimna wpadłem w taki stan, że przestałem mówić cokolwiek. Zadawali pytanie, ja milczałem, więc bili mnie po łydkach i zadawali następne pytanie. W końcu przesłuchująca mnie żołnierka chciała już tylko znać mój wiek, a ja czułem, że zaczynam majaczyć.

Czy nie uznał Pan wówczas, że to już przesada?

Z jednej strony – tak. W Austrii czy Wielkiej Brytanii przy takich kursach obecni są psychologowie, którzy pilnują, żeby nie przekroczyć granic możliwości uczestników, dbają o ich dobrostan. W Kielcach zaś było ostro, bez taryfy ulgowej. Żołnierze wczuwali się w swoje role, była presja psychiczna, bardzo ostre teksty, także o podłożu seksualnym. Ale z drugiej strony – właśnie to postrzegam jako wartość tego szkolenia. Kiedy trafiasz do strefy wojny, nikt ci nie da przerwy, nie powie „stop”. Jeśli kurs ma nauczyć zachowania w warunkach realnego konfliktu, musi być momentami ekstremalnie.

Chcę też zaznaczyć, że dbano o nasze bezpieczeństwo. W każdej chwili mogliśmy użyć hasła przerywającego szkolenie. Poza tym cały czas mieliśmy zabezpieczenie medyczne. Mimo zasłoniętych oczu, czułem, jak medyk sprawdza mi ciśnienie i temperaturę. W pewnym momencie zarządził koniec – wylądowałem w karetce z podejrzeniem hipotermii. Kiedy na odprawie na zakończenie kursu zakładnicy i porywacze przybijali sobie piątki, podeszła do mnie żołnierka w kominiarce. „I nadal nie wiem, ile ma pan lat”, stwierdziła. O razu poznałem ten głos.

Jak Pan porówna te szkoleniowe doświadczenia z prawdziwym konfliktem?

Przede wszystkim emocje, jakie odczuwałem w czasie szkolenia, były bardzo zbliżone do tego, co przeżywałem, będąc w strefie działań wojennych. Było też dużo realizmu w działaniu. Na tyle dużo, że miałem flashbacki z moich wyjazdów, co mnie momentami paraliżowało. Mieliśmy zajęcia z ludźmi naprawdę doświadczonymi, praktykami – na przykład z lekarzem, który pracował w podziemnych szpitalach ukraińskich. Brakowało może tylko kul świszczących nad głową. Jako dziennikarz kilka razy znalazłem się pod ostrzałem i wiem, jak to zmienia sytuację. Dlatego, gdybym miał coś dodać, to właśnie element symulowanego ostrzału – na przykład z wykorzystaniem kul do paintballa. Przydałby się też moduł szkolenia dotyczącego dronów. To dziś codzienność na froncie, a my, dziennikarze, też powinniśmy wiedzieć, jak się przed nimi chronić.

Zaczynał Pan pracę korespondenta wojennego na początku lat dziewięćdziesiątych. Nie tylko wojna wyglądała wtedy zupełnie inaczej, ale i praca dziennikarza.

To był zupełnie inny świat, bez telefonów komórkowych, łączności. Kontakt z redakcją był luksusem. Kiedy pojechałem na Kaukaz, nie miałem nawet kamizelki kuloodpornej. Ale to jeszcze nic – nie mieli ich też żołnierze wokół. To wszystko było jak jakieś pospolite ruszenie, ludzie ubrani jakby wyszli przed chwilą z teatru. Pierwszy raz taką „nowocześniejszą” wojnę zobaczyłem w byłej Jugosławii, gdzie pojechałem z polskimi żołnierzami. Ale i tak nie da się jej porównać z tym, co obserwujemy dziś. To był nadal XX wiek, a konflikty przypominały bardziej II wojnę światową. Zarówno my, dziennikarze, jak i żołnierze funkcjonowaliśmy w zupełnie innych warunkach niż te, które dziś widzimy na przykład w Ukrainie.

Dzisiaj normą są nie tylko kamizelki kuloodporne i znakomita łączność, ale też smartfony w rękach żołnierzy, którzy nadają niemal relację na żywo z frontu. Do sieci trafia też mnóstwo materiałów, które są niesprawdzone czy stanowią wręcz fake newsy. Czy w takiej sytuacji zawód reportera wojennego ma jeszcze sens?

Żołnierze wszędzie mają takie samo zadanie: walczą, starają się wyeliminować jak najwięcej przeciwników i samemu nie dać się odstrzelić. Dlatego, jeżdżąc na wojny, zawsze interesowałem się najbardziej cywilami dotkniętymi konfliktem, szukałem historii ludzi. W Ugandzie odwiedziłem ośrodek, w którym przebywały dzieci uprowadzone wcześniej przez rebeliantów i szkolone do bycia żołnierzami. Po odbiciu przez wojska rządowe te dzieci wymagały opieki. Spotkałem się z nimi, rozmawiałem. Takich historii nie pokaże żołnierz z telefonem. Dziennikarz nie jest już pierwszym i głównym źródłem informacji, ale może być głównym źródłem informacji wiarygodnych, zweryfikowanych, które nie pochodzą od jednej ze stron konfliktu. Jest też potrzebny, żeby porządkować chaos, wyjaśniać, selekcjonować materiał. Nie obawiam się zatem, że korespondenci wojenni znikną.

Czy po kursie w Kielcach myśli Pan o powrocie do relacjonowania konfliktów?

Nie, dla mnie to już zamknięty rozdział. Ale niestety nie wykluczam możliwości, że tym razem to pole walki przyjdzie do nas. I wtedy wiedza, którą zdobyliśmy w Kielcach, może się okazać bezcenna.

Rozmawiała: Anna Pawłowska

autor zdjęć: Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych w Kielcach, archiwum prywatne

dodaj komentarz

komentarze


Czerwieńsze będą…
SAFE dla marynarki
Polsko-estońska współpraca
Groźny incydent w Libanie
Rosyjski dron uderzył w Rumunii
„Wulkan” w programie „Ratownik”
Leopardy 2PL na podium
Zmiana resortowych planów: jeszcze więcej OPW
Historyczny dzień z SAFE w Stalowej Woli
Ustawa o obronie ojczyzny – pytania i odpowiedzi
Ślady, których nie widać
Rekordowy XII Ćwierćmaraton Komandosa
Kontrakty z SAFE: pojazdy, drony, satelity
Generał z cienia
Ogniowy debiut polskich AH-64D
Tatuaże pod mundurem
Specjalsi: mała, wielka siła
Marsz prawdę ci powie
Symbol skupiający wiele znaczeń
Rosyjskie myśliwce przechwycone nad Bałtykiem
Adaptacja i realizm
Tu nie ma miejsca na błędy
Pierwsze pieniądze z SAFE już w Polsce
WOT pomaga gasić ogromny pożar na Mazowszu
Rumuni rozdzielają środki z SAFE
NATO i USA o Iranie
Od cyberkursu po mundurówkę
Drony z SAFE
Florecista i kajakarka na pucharowym podium
SAFE – czas kontraktów
Wsparcie ma znaczenie
Masz problem prawny? Pomogą studenci ASzWoj-u
Pracownik zbrojeniówki podejrzany o szpiegostwo
Polsko-kanadyjska współpraca
Pływacy „Czarnej Dywizji” znów najlepsi
Kraków zaprosił weteranów
Strzelcy wyborowi muszą się lubić
Wyższe diety i rozłąkowe dla żołnierzy
Polska i Kanada zacieśniają współpracę zbrojeniową
Traktat o partnerstwie z Wielką Brytanią
Ochrona lasu dla obronności
Śledztwo w sprawie „snajperskiego safari”
Strzały na granicy. Żołnierz uniewinniony
Nie tylko USA, również Kanada. Współpraca transatlantycka Polski
Pilecki – mniej znane oblicze bohatera
Podziemny szpital na trudne czasy
Wyposażenie osobiste i pojazdy dla logistyki z SAFE
Biało-czerwona na Monte Cassino
Wypadek w PKW UNIFIL
Początek wielkiej historii
Przed misją w Rumunii
Rosomaki zamówione. To ostatnie krajowe umowy z SAFE
Oddawanie krwi to cichy akt odwagi
Australijską armią będzie dowodzić kobieta
Żołnierze na podium imprez w strzelectwie i kajakarstwie
Pierwsze umowy z SAFE
Celne oko strzelców z „armii mistrzów”
Roboty saperskie bez tajemnic
SAFE: jest kolejna umowa – na dostawę amunicji
Bez zmian w emeryturach
Sprawdzian na Bornholmie
Bez patosu o misjach
Szef MON-u o obecności wojsk USA: reorganizacja, nie redukcja
Odbić farmę z rąk przeciwnika
Blizny, których nie widzimy
Syndrom Karbali
Czy amunicja do Patriotów powstanie w Polsce?
SAFE dla Tarczy Wschód
Równanie z „Iksem”

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO