Niepotrzebni muszą zginąć

Z Przemysławem Szloskiem o stalinowskich represjach wobec polskich oficerów i procesie komandorów rozmawia Tomasz Gos.

Kto dowodził polską marynarką wojenną po zakończeniu II wojny światowej?

Władzę w Polsce wtedy przejął Związek Radziecki. W latach 1945–1955 na sześciu dowódców marynarki wojennej czterech było oficerami radzieckimi. Pozostałych dwóch Polaków skończyło tragicznie. Kmdr Adam Mohuczy został niesłusznie oskarżony o sabotaż i, według oficjalnej wersji, zmarł na zawał serca w więzieniu w Sztumie 1953 roku. Kmdr. Włodzimierza Steyera w 1950 roku wydalono z marynarki wojennej bez prawa do emerytury, ponieważ nie chciał dopuścić do aresztowania swojego podwładnego.

A co z kadrą oficerską?

W marynarce po wojnie brakowało wyszkolonej kadry. Trzeba było więc obsadzić dowódcze stanowiska oficerami, którzy przeżyli, nawet jeśli nie popierali oni nowego systemu politycznego w Polsce. Plan działania ludzi, którzy w sensie politycznym odpowiadali za armię, był prosty: mamy pięć lat, aby wyszkolić nową kadrę, więc wykorzystajmy przez ten czas doświadczenia zawodowe przedwojennych oficerów, jednocześnie dokładnie ich obserwując i zbierając na ich temat jak najwięcej informacji. Po pięciu latach zaczniemy ich eliminować. Choć marynarzy i oficerów niższego stopnia usuwano już od 1945 roku.

Czy oficerowie, którzy stanowili przedwojenną kadrę w morskim rodzaju sił zbrojnych, planowali spisek?

Większość przedwojennych oficerów, którzy po wojnie trafili do marynarki wojennej, prowadziła zupełnie normalne życie, zarówno prywatne, jak i zawodowe. Pomimo to byli przez cały czas inwigilowani przez Główny Zarząd Informacji. Przez pięć lat donosili na nich najbliżsi współpracownicy, podwładni, a czasem nawet sąsiedzi. Informowali o wszystkim, nawet o tym, o której godzinie oficer zamknął szafkę z tajnymi dokumentami, o której wyszedł z pracy i z kim się spotykał, zarówno w pracy, jak i później, o której wychodzi z psem i jakie są jego relacje z żoną. Na przykład kmdr Stanisław Mieszkowski, dowódca floty, miał brata w Wielkiej Brytanii, z którym utrzymywał kontakt listowny. Ten fakt również został później wykorzystany przy fabrykowaniu oskarżeń o współpracę z obcym wywiadem. Jeden z komandorów miał w swojej prywatnej biblioteczce książki dotyczące marynarki wojennej napisane w języku niemieckim, co również wykorzystano w procesie jako dowód na kontakty z obcym wywiadem. Posłużono się też zeznaniami ludzi, którzy podobno widzieli przed wojną komandorów w towarzystwie oficerów polskiego kontrwywiadu, co oznaczałoby, że wciąż mają kontakt z Londynem. Wobec innych oficerów preparowano oskarżenia o pijaństwo i celowy sabotaż.

A czy fabrykowano oskarżenia związane bezpośrednio ze służbą w marynarce wojennej?

Tak. Kmdr Mieszkowski nie chciał wymienić na „Błyskawicy” urządzeń chłodzących, ponieważ, według niego, dobrze działały. Problem jednak w tym, że były to urządzenia produkcji brytyjskiej, a radzieccy oficerowie chcieli je zastąpić maszynami wyprodukowanymi w Związku Radzieckim. Decyzja dowódcy floty o zachowaniu na okręcie starych urządzeń była podczas procesu kolejnym dowodem na jego wrogi stosunek do nowych władz. Samo wykonywanie obowiązków przez komandorów było „dowodem ich winy”. Jak choćby kontrola umocnień na Wybrzeżu, co – według oskarżycieli – świadczyło o zbieraniu informacji dla obcego wywiadu.

Na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku oskarżono i skazano siedmiu komandorów. Pięciu z nich: kmdr Stanisław Mieszkowski, kmdr por. Zbigniew Przybyszewski, kmdr Jerzy Staniewicz, kmdr por. Robert Kasperski i kmdr Marian Wojcieszek, otrzymało w 1952 roku wyroki śmierci. Reszta – kmdr por. Robert Kasperski i kmdr por. pilot Kazimierz Kraszewski – dożywocie. Dlaczego?

Oskarżono ich i skazano przede wszystkim dlatego, że nie byli „swoi”. W związku z tym byli niepewni. To wystarczyło, żeby ich skazać na karę śmierci lub dożywocie. Według informacji, które dzisiaj mamy, nie stanowili oni zagrożenia dla nowych władz. Niektórzy ze skazanych oficerów planowali na początku lat pięćdziesiątych przejść do floty handlowej. W marynarce wojennej zarobki nie były wówczas zbyt wysokie, a flota handlowa dawała większe możliwości finansowe. Oskarżeni oficerowie marynarki nie chcieli zmieniać powojennej rzeczywistości. Raczej chcieli się ustatkować i normalnie żyć.

W jaki sposób wymuszano zeznania?

To były standardowe tortury, stosowane zarówno przez NKWD, jak i gestapo. Na przykład wielogodzinne przesłuchiwania na stojąco. Jeśli ktoś zaczynał słabnąć lub zasypiać, to cuciło się go gumową pałą lub wiadrem zimnej wody. Niektórych umieszczano w celi, w której były rozlane fekalia lub woda sięgająca do kostek. W celach zabraniano siadać czy leżeć. Standardowo stosowano również bicie. Czasami podczas przesłuchań wyrywano paznokcie. Straszono również śmiercią bliskich osób i jednocześnie zakazywano się z nimi spotykać. Najgorsze, że prowadzący przesłuchania nie dyktowali zeznań. Oskarżeni sami musieli wymyślić, z kim i dlaczego spiskowali. Miało to uwiarygodnić ich zeznania, a presja psychiczna – sprawić, że sami uwierzą w to, iż są winni.

Czym był Główny Zarząd Informacji?

Instytucja, potocznie zwana Informacją Wojskową, była czymś w rodzaju Urzędu Bezpieczeństwa dla wojskowych. Miała sprawdzać, czy w wojsku nie ma szpiegów. Na marynarkę wojenną przypadał Okręgowy Zarząd Informacji nr 8. Swoją siedzibę miał przez dłuższy czas w Gdyni przy ulicy Świętojańskiej 9. W tym budynku znajdował się również areszt śledczy OZI. W praktyce funkcjonariusze GZI szukali haków na niepewnych politycznie żołnierzy i oficerów. Do zebranych materiałów dostosowywano później akt oskarżenia.

Podczas procesu nie dopuszczono do głosu oskarżonych oficerów?

Zgadza się. Nie mieli oni praktycznie żadnej możliwości obrony. Chcieli odwołać wymuszone na nich zeznania, ale sąd im tego zabronił. Oskarżyciele stwierdzili nawet, że próba zmiany wcześniejszych zeznań stanowi dowód ich winy. Bliscy oficerów początkowo nie zostali nawet oficjalnie powiadomieni o aresztowaniach. Dowiadywali się o tym od znajomych pracujących w marynarce wojennej. Jeszcze w czasie śledztwa rodziny komandorów wysiedlono w głąb Polski i miały zakaz przebywania na Pomorzu.

Dlaczego mówi się, że to był proces odpryskowy?

Głównym procesem politycznym w wojsku w latach pięćdziesiątych był tzw. proces TUN, czyli gen. Stanisława Tatara oraz pułkowników Mariana Utnika i Stanisława Nowickiego. Generał służył początkowo komunistom do działań propagandowych. Wrócił z Londynu, nie został aresztowany, a nawet dostał ważne stanowisko w armii. Komuniści chcieli w ten sposób zachęcić do powrotu pozostałych Polaków przebywających na zachodzie Europy. W 1950 roku było wiadomo, że oficerowie, których przekonano, są już w kraju. Inni zostaną za granicą. Można więc było zacząć robić czystkę wśród tych, którzy wrócili do Polski, ale byli niepewni politycznie. Najczęściej oskarżano ich o próbę wywołania buntu lub szpiegostwo. W wypadku Tatara oskarżenie dotyczyło rzekomo zawiązania spisku wojskowego, który w razie ataku Amerykanów lub Brytyjczyków doprowadziłby do przejścia polskiej armii na stronę wroga. Generał i jego zaufani ludzie mieli stanowić kierownictwo tego spisku, ale w jednostkach wojskowych musieli mieć wykonawców swoich zamierzeń. Mieli być nimi właśnie oficerowie marynarki wojennej skazani w procesie komandorów.

Jakiego typu wyroki zapadały najczęściej w tych procesach?

Generał dostał dożywocie, a jego współpracownicy po 15 lat i mniej. Sprawy prowadzili jednak polscy sędziowie, których nie zmuszano, by orzekali kary śmierci. Można powiedzieć, że w jakimś stopniu dbali o to, by wyroki zapadały zgodnie z literą prawa. Wywołało to ogromną złość władz sowieckich. Podczas następnych rozpraw były już naciski, by skazywano na śmierć. Na marynarzach i oficerach marynarki wojennej wykonano na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych kilkanaście takich wyroków.

Po zapadnięciu wyroków w procesie komandorów Bolesław Bierut zastosował prawo łaski wobec dwóch oficerów: kmdr. por. Roberta Kasperskiego i kmdr. por. Mariana Wojcieszka. Dlaczego?

Długo się zastanawiałem, badając dokumentację, dlaczego było pięć wyroków śmierci, a wykonano trzy. Nie znalazłem żadnego schematu ani dowodów na odmienne zachowanie ułaskawionych komandorów podczas śledztwa czy procesu. Podejrzewam, że nowa władza chciała pokazać swoją siłę i jednocześnie łaskawość. Ktoś na górze zdecydował, że ta trójka musi zostać poświęcona. Czy był to sam Bierut, czy było to Biuro Polityczne, a może towarzysze radzieccy, tego się nie dowiemy. Zdecydowano o ułaskawieniu komandorów Kasperskiego i Wojcieszka, ale nie było realnej przyczyny, dlaczego to oni przeżyli. Istotne jest też, że początkowo, tak jak w procesie gen. Tatara, na ławie oskarżonych miało zasiąść ośmiu komandorów. Jednak kmdr por. Adam Rychel nie wytrzymał psychicznie twardego przesłuchania. Został zwolniony z więzienia i wkrótce zmarł na wolności.

Czy wydanie wyroków na komandorów wpłynęło w jakiś sposób na życie ich rodzin?

Oczywiście. Na przykład syn kmdr. Mieszkowskiego chciał zostać architektem. Zależało mu na tym, by studiować w Gdańsku, starał się więc rozpocząć studia na tamtejszej politechnice. Nie dostał się jednak. Jak sam twierdził, właśnie sprawa jego ojca zaważyła na tej decyzji. Studia skończył w Warszawie.

Gdzie, kiedy i w jaki sposób wykonano wyroki śmierci na komandorach Mieszkowskim, Przybyszewskim i Staniewiczu?

Kmdr Jerzy Staniewicz został zamordowany 12 grudnia 1952 roku, a kmdr Stanisław Mieszkowski i kmdr por. Zbigniew Przybyszewski – cztery dni później. Wyroki wykonano w warszawskim areszcie, w wyciszonym pomieszczeniu, strzałem w tył głowy. Następnie ciała wrzucono pod osłoną nocy do dziur w ziemi. Tam, gdzie odnalezienie ludzkich kości nie wzbudziłoby sensacji – na cmentarzu.

Na razie odnaleziono szczątki dwóch z trzech skazanych na śmierć komandorów…

Dziś już wiemy, że Mieszkowski i Przybyszewski trafili na warszawskie Powązki. Co stało się ze Staniewiczem, pozostaje jeszcze poza naszą wiedzą. Choć podejrzewa się, że podzielił los swoich przyjaciół. Odnalezione szczątki komandorów były zakopane w tej samej dziurze w ziemi na warszawskich Powązkach, w tzw. kwaterze „Ł” – Łączce.

Gdzie będą ich groby?

Rodzina Mieszkowskiego chciałaby, żeby jego szczątki spoczęły na Powązkach, a rodzina Przybyszewskiego pragnie, by jego grób znajdował się w Helu. W 1939 roku kmdr por. Przybyszewski jeszcze jako kapitan był bowiem dowódcą Baterii nr 31 im. Heliodora Laskowskiego, tzw. cyplowej.

Jest Pan twórcą wystawy poświęconej procesowi komandorów…

Tak. Wystawa powstała w 2014 roku w Instytucie Pamięci Narodowej w Gdańsku i swoją pierwszą odsłonę miała w bibliotece Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Od tamtej pory przez cały czas jest pokazywana w różnych miejscach na Pomorzu, przede wszystkim w szkołach. Ma formę dziesięciu plansz o wymiarach 90x120 cm. Znajdują się na nich informacje i fotografie dotyczące aresztowania, śledztwa, procesu komandorów i ich rehabilitacji, a także o przedwojennych losach, o obronie Wybrzeża w 1939 roku i o tym, jak próbowali odbudować po wojnie morski rodzaj sił zbrojnych oraz w jaki sposób polska marynarka wojenna została uzależniona od ZSRR. Z plansz możemy się także dowiedzieć, jak wyglądały próby odnalezienia miejsca pochówku komandorów.

Jak potoczyły się losy komandorów skazanych na karę długoletniego więzienia.

W czasie odwilży wypuszczono ich z więzień. Nie zostali przeproszeni, nie było też mowy o rekompensatach. Wyroki oficjalnie uchylono w 1956 roku, a prokuratura umorzyła postępowanie „z powodu braku dowodu winy”. Dopiero w 1995 roku zmieniono podstawy umorzenia śledztwa na „niepopełnienie czynów”. Pokrzywdzeni próbowali odnaleźć się po tym piekle, które przeszli. Żaden z nich nie wrócił do służby w marynarce wojennej. Starali się odbudować swoje życie w nowych warunkach. Część z nich wyjechała z Pomorza na stałe.

 

Przemysław Szlosek

Jest absolwentem Wydziału Historycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Pedagog i archiwista. Studia magisterskie ukończył w 2012 roku. Specjalizuje się w historii regionalnej i historii Polski po II wojnie światowej. W latach 2013–2015 był inspektorem w Oddziałowym Biurze Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku. Autor wystawy „Ludzie morza. Stalinowski proces komandorów z dowództwa polskiej Marynarki Wojennej”.

 

Tomasz Gos

autor zdjęć: Tomasz Gos





Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO