Od wojsk obrony przeciwlotniczej przez misje w Iraku, Kosowie i Afganistanie, służbę w Sztabie Generalnym i Dowództwie Generalnym aż po dowodzenie brygadą i największą dywizją w kraju. Po 40 latach służby gen. dyw. Arkadiusz Szkutnik żegna się z mundurem. – Najtrudniej jest dziś – mówi tuż przed rozpoczęciem nowego etapu w życiu.
Panie generale, 40 lat minęło… jak jeden dzień. Jak to się wszystko zaczęło?
Gen. dyw. Arkadiusz Szkutnik: O służbie w wojsku marzyłem od dziecka. Byłem zafascynowany historią Skalskiego, Urbanowicza, Dywizjonu 303. Uwielbiałem też modelarstwo. Chciałem studiować w akademii lotniczej w Dęblinie, ale jednak aby zostać pilotem, trzeba mieć żelazne zdrowie. Dlatego postawiłem na wojska obrony przeciwlotniczej.
A jak to się stało, że przeciwlotnik został dowódcą największej dywizji zmechanizowanej w kraju?
Rzeczywiście, nie jest to oczywista ścieżka kariery. Na pewno wiele zawdzięczam dobremu przygotowaniu wojskowemu, szkole oficerskiej i przełożonym, których spotkałem na swojej drodze. Miałem to szczęście, że trafiałem na świetnych mentorów, dzięki czemu mogłem się rozwijać i wcielać swoje pomysły w życie, choć nie zawsze moje otoczenie rozumiało podejmowane przeze mnie decyzje.
Te pomysły były zbyt innowacyjne?
Nie, nawet nie o to chodzi. Ukończyłem Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Oborny Przeciwlotniczej z trzecią lokatą, mogłem więc wybrać jednostkę, w której będę służył. Doradzano mi wówczas, abym postawił na duże miasto, pułki przeciwlotnicze były wówczas w Elblągu, Szczecinie, ale wybrałem jednostkę w Rogowie. Nie dlatego, że tam się wychowałem, ale przede wszystkim, bo dysponowała systemami rakietowymi Kub. Koledzy pukali się w czoło. Okazało się, że świetnie trafiłem. Mimo że byłem młodym porucznikiem, mój dowódca obdarzył mnie wielkim zaufaniem i pozwolił mi na samodzielność.
To zaprocentowało podczas służby w 6 Brygadzie Kawalerii Pancernej. Wówczas również słyszałem, że dla oficera z moim wykształceniem lepszy byłby pułk przeciwlotniczy, a ja wybrałem służbę w dywizjonie. No i okazało się, że dobrze zrobiłem. To była brygada, która pierwsza weszła do natowskiego programu „Partnerstwo dla pokoju”, i zaczęły się kontakty z sojusznikami. Dostałem też przyzwolenie, aby utworzyć dywizjon doświadczalny. Mogłem stworzyć stanowisko dowodzenia z prawdziwego zdarzenia, kiedy inne tego typu pododdziały miały po trzy baterie przeciwlotnicze, w moim było ich sześć. Pamiętam jak dziś pierwsze strzelanie, kiedy podczas ćwiczenia „Zielony świerk 2000” wszystkie na raz otworzyły ogień i prowadziły go przez 45 minut. To była moc!
A potem stanął pan na czele XVIII zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Kosowie.
Tak, choć wcześniej służyłem w Iraku. Jednak misja w Kosowie to bardzo ważny element mojej służby. Po raz pierwszy do takiego działania zostali skierowani przeciwlotnicy, wcześniej główne siły kontyngentu tworzyli żołnierze z 21 Brygady Strzelców Podhalańskich. Było to dla mnie spore, ale ciekawe wyzwanie. Wspieraliśmy tam policjantów z oddziału specjalnego, którzy dbali o porządek w Mitrowicy. Aż pewnego dnia zadzwonił do mnie gen. Adamczak, który przygotowywał się do wyjazdu do Afganistanu i… zapytał, czy nie pojadę z nim. To było dwa tygodnie przed moim powrotem do Polski, a wyjazd był zaplanowany kilka tygodni później. Decyzję musiałem podjąć od razu… I ku zaskoczeniu wszystkich – poleciałem, choć wówczas wróżono mi, że kolejny wyjazd złamie mi karierę.
Oficerowie często mówią, że podczas misji wojskowych gromadzi się najcenniejsze doświadczenia.
Na pewno. Dla mnie to była przede wszystkim ta pierwsza styczność z tzw. prawdziwą „fajterką”. To wszystko zaprocentowało, kiedy po raz kolejny poleciałem do Afganistanu. Był rok 2013, zostałem wówczas doradcą gen. Sokołowskiego. Oj działo się wówczas, działo. Z wiadomych względów nie mogę mówić o szczegółach, ale ta misja nauczyła mnie prawdziwej pokory. To właśnie tam w praktyce przekonałem się, jak ważne jest wszechstronne szkolenie żołnierzy. Że należy to robić nie dlatego, że tak nakazuje instrukcja, ale by nie ginęli na polu walki. Że nie chodzi tylko o to, by mieli wąskie specjalizacje, ale by znali też np. podstawy ratownictwa, byli odporni psychicznie. Bo to, co działa na ćwiczeniach, nie musi sprawdzić się w czasie realnych działań, jeśli wojsko nie jest do nich odpowiednio przygotowane.
Misja, wbrew obiegowym opiniom, nie zamknęła panu drogi do kariery.
No nie, wręcz przeciwnie. Powiedziałbym, że był to najważniejszy etap podczas mojej służby. Po powrocie z Afganistanu otrzymałem propozycję, aby objąć stanowisko szefa oddziału analiz do użycia wojsk specjalnych, Żandarmerii Wojskowej i obrony terytorialnej w Zarządzie Planowania Operacyjnego – P3 Sztabu Generalnego. Nie zastanawiałem się ani chwili! To był fantastyczny czas, wiele się działo, ale też sporo zrobiliśmy. Szczególnie jestem dumny z Jednostki Wojskowej Agat. To ja pisałem koncepcję jej przekształcenia z oddziału specjalnego Żandarmerii Wojskowej, i do dziś mam do niej sentyment, jak do dziecka. Podobnie jest z Powietrzną Jednostką Działań Specjalnych.
Potem przyszedł czas na Dowództwo Generalne. To czas wielkiej odpowiedzialności, ale też wspaniałych ludzi, którzy mnie otaczali. Przede wszystkim gen. Jarosław Mika. Fantastyczny człowiek, mój mentor, który mnie wiele nauczył, ale też przygotował do kolejnego wielkiego wyzwania – dowodzenia 2 Brygadą Zmechanizowaną. Świetna jednostka, choć wówczas o niskim stanie osobowym. Bardzo zależało mi na tym, aby mimo tego została zauważona i doceniona. Postawiłem tam na szkolenie. Udało nam się też odtworzyć fragment tzw. drogi Hannibala, dzięki czemu mogliśmy dojeżdżać z jednostki na poligon najkrótszą trasą przez las, a nie nadrabiać kilometry okrężną drogą.
Przełożeni docenili to zaangażowanie?
Tak, gdyż wydarzyło się coś, co było dla mnie absolutnym szczytem. Zostałem wyznaczony na stanowisko szefa Zarządu Planowania Użycia Sił Zbrojnych i Szkolenia P – 3/7 w Sztabie Generalnym. Tę funkcję pełnili wcześniej generałowie Motacki, Adamczak, Surawski. To oni decydowali o tym, jak w rzeczywistości ma wyglądać Wojsko Polskie, więc perspektywa, że teraz ja mam usiąść w tym samym fotelu, była niesamowita. Służba na tym stanowisku zbiegła się z wybuchem wojny w Ukrainie, zaczęły się wyjazdy do Korei, przymiarki do pozyskania czołgów K2 i armatohaubic K9. Sporo było roboty. Ale niesamowite jest to, że to, co tak skrupulatnie wówczas analizowaliśmy, a potem rekomendowaliśmy, dziś się dzieje.
Pamięta Pan swoje początki w 18 Dywizji Zmechanizowanej?
Oczywiście, przejmowałem dowodzenie dywizją od gen. Gromadzińskiego, który rozpoczął jej formowanie. Kontynuacja tego dzieła była bardzo wymagająca. Musiałem ściągnąć ludzi, wdrożyć nowy sprzęt, no i scertyfikować cztery podległe dywizji jednostki wojskowe. A także sformować kolejne, przygotować infrastrukturę, zbudować koszarowce, magazyny, garaże… Pojawiła się też operacja „Bezpieczne Podlasie”, której oddałem się całym sercem. Nawet moja żona się śmiała, że nie jest zazdrosna o inną kobietę, ale o to Podlasie, bo spędziłem tam całe pół roku, ani razu nie pojechałem do domu. Ale tak naprawdę nie tylko ja, ale wszyscy, którzy byli zaangażowani w tę operację, wiedzieliśmy, jak ona jest ważna.
Biorąc pod uwagę pańskie doświadczenie, jakiej rady udzieliłby Pan młodym dowódcom?
Przede wszystkim, by ciężko pracowali, byli pokorni i szanowali swoich ludzi. Wtedy oni odwdzięczą się tym samym. To zasady, którymi sam się kierowałem. Ważne jest też, żeby iść własną drogą i nie pozwolić, by ego kroczyło przed człowiekiem – reszta przyjdzie z czasem.
A czy są jakieś decyzje, które dziś podjąłby Pan inaczej?
Nie. Bo nigdy nie wiadomo, do czego by mnie one doprowadziły. Czy byłbym w tym miejscu, w którym jestem? Bo co by się stało, gdybym jednak dostał się do szkoły lotniczej? Może byśmy dziś nie rozmawiali, bo nie byłoby o czym. Czy bez doświadczeń z Afganistanu potrafiłbym działać na pełnej petardzie, na 200 procent? Nic nie dzieje się bez przyczyny, trzeba po prostu patrzeć na wszystko kompleksowo.
Podjęcie której było najtrudniejsze?
Szczerze? Najtrudniejsza jest ta ostatnia.
Czyli to nie jest takie łatwe zadecydować o odwieszeniu munduru do szafy?
Przez te 40 lat naprawdę wiele czasu poświęciłem armii, zdecydowanie więcej niż swoim bliskim. Było to możliwe tylko dlatego, że mam wspaniałą żonę, która rozumie, z czym wiąże się służba w wojsku, zawsze mnie wspierała i motywowała do działania. Zawsze, czy to podczas misji, czy operacji „Bezpieczne Podlasie”, wiedziałem, że mam do kogo wracać – do żony i dzieci. Choć zatem będzie mi brakowało tych poligonów, Podlasia, zapachu prochu i przede wszystkim wspaniałych ludzi, z którymi służyłem, przyszedł czas tylko dla nich.
Czego panu życzyć na tej nowej drodze?
Zdrowia. Z resztą sam sobie poradzę.
autor zdjęć: 18 DZ

komentarze