Jeszcze całkiem niedawno przejście do rezerwy miało o wiele większe znaczenie niż tylko zakończenie służby wojskowej. W życiu młodego człowieka było to doświadczenie graniczne – zmieniał się jego społeczny status. Dochodziły mu obowiązki związane nie tylko z obronnością kraju, ale jednocześnie zyskiwał szanse na lepsze życie.
Odejście do cywila żołnierzy rocznika 1906 1 Pułku Szwoleżerów w koszarach przy ulicy 29 Listopada w Warszawie, 1929. Fot. NAC
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości służba wojskowa, zwłaszcza na wsi, wcale nie była popularna, jak mogłoby się dziś zdawać. Kraj, a właściwie trzy odrębne terytoria uwolnione od zaborców były niemiłosiernie wyniszczone po I wojnie światowej, a tysiące młodych ludzi poległy na jej frontach. Ci, którzy mieli szczęście przeżyć, byli narażeni na nędzę, bo kryzys gospodarczy sięgał zenitu, a często zmuszeni byli wyruszać na kolejną wojnę, tym razem, by walczyć o granice odrodzonej Rzeczypospolitej.
Słowo „zmuszeni” nie padło tu przypadkowo. Do mniejszości należeli ci, którzy wychowani w duchu patriotycznym, wbrew wszelkim przeciwnościom, świadomie szli do odrodzonego Wojska Polskiego na ochotnika lub stawali do poboru. Znacznie więcej było takich, dla których służba wojskowa to był dopust boży. Uchylanie się od poboru i dezercje liczone były w tysiącach, a dezerterów nie tylko ukrywano, lecz traktowano niemal jak bohaterów.
Należy przy tym pamiętać, że świadomość narodowa i społeczna wciąż były słabe, a wojsko kojarzyło się – zwłaszcza na ziemiach byłego zaboru rosyjskiego – ze złamaniem życia. Dobrze pamiętano, że wracający po kilku czy nawet kilkudziesięciu latach w szynelu sołdata schorowany i wyniszczony psychicznie człowiek często automatycznie powiększał grono żebraków i wioskowych dziadów.
Pierwsza taka wojna
Tę odmalowaną w czarnych barwach sytuację diametralnie odmieniła jeszcze większa apokalipsa – najazd bolszewicki w 1920 roku. Była to pierwsza w dziejach Polski wojna, kiedy wieś, poruszona okrucieństwem najeźdźcy, a zwłaszcza obietnicą reformy rolnej i równouprawnienia społecznego przyrzeczonego przez pierwszego „premiera z chłopów” Wincentego Witosa, masowo stanęła do obrony ojczyzny. Ziściło się marzenie z insurekcji kościuszkowskiej i kolejnych powstań narodowych, że trzecia część narodu – ta największa – pokazała swą siłę w walce o niepodległość.
Zmieniło się też podejście do służby wojskowej, ale tu oprócz chwały wojennej znaczenie miały i inne aspekty. Młodzi ludzie ze wsi zobaczyli, że wojsko gwarantuje im autentyczny awans społeczny. Odtąd odbycie służby wojskowej było tożsame z przejściem młodego człowieka w dorosłe życie. Dopiero rezerwista był traktowany na wsi jak mężczyzna, człowiek godny zaufania (co często wiązało się z przyjęciem do pracy) i – rzecz niebagatelna – kawaler, który miał szanse na ożenek.
Zwalniani ze służby rezerwiści zdają mundury, 1938. Fot. NAC
To jeszcze nie wszystko, bo wojsko stanowiło największą szkołę ludową w państwie, gdzie rugowano analfabetyzm, wpajano świadomość narodową oraz podnoszono poziom cywilizacyjny i kulturowy. I nie chodzi tu o takie rzeczy jak na przykład zdobycie prawa jazdy czy obejrzenie filmu w kinie, lecz te najbardziej podstawowe – jak higiena i używanie toalety.
Przesada? To przytoczmy wspomnienia jednego z rezerwistów spod Garwolina, który tak pisał w pamiętniku w latach trzydziestych (pisownia oryginalna): „Do czasu służby wojskowej chodziłem w parciakach z własnego lnu, a na święto i niedzielę w wełnianych wyrobionych domowym sposobem z wełny własnych owiec. Przy zwalnianiu się z wojska wstyd mię było »jako podoficera« nałożyć »rekruckie« parciane portki i wełnianą marynarkę. Dlatego też napisałem przed zwolnieniem do domu list z prośbą o przesłanie pieniędzy na »śklepne ubranie«. […] Kosztem 40 zł »wyelegantowany«, odebrane z magazynu »rekruckie ubranie« w wielkiej tajemnicy przed wszystkimi wrzuciłem do ustępu!”.
Inny człowiek
Powrót rezerwisty do domu często był świętem nie tylko dla jego rodziny, ale niemal dla całej wsi. Zwłaszcza jeśli młody mężczyzna (przed wojną wiek poborowy to 21 lat, na ochotnika można było wstępować, mając mniej lat) służył w formacji traktowanej z większą estymą niż „szara piechota”, czyli w kawalerii lub którejś z broni technicznych, jak saperzy, wojska motorowo-pancerne czy marynarka wojenna.
Służba w nich była o kilka miesięcy dłuższa niż w piechocie i artylerii (tu 24 miesiące, w kawalerii i marynarce 25, a nawet 27 miesięcy), ale znakomita większość rezerwistów mających za sobą służbę w tych formacjach nie narzekała z tego powodu. Wręcz przeciwnie i nie chodziło tutaj jedynie o sympatię do kawalerii czy dumę z bycia wilkiem morskim, lecz z całkiem praktycznych powodów – taki rezerwista wynosił z wojska fach potrzebny na wsi – koniarza, mechanika czy budowlańca.
Należy przy tym pamiętać, że II Rzeczpospolita przez cały okres swego istnienia borykała się z mniejszym lub większym, ale permanentnym kryzysem gospodarczym, którego największą i najboleśniejszą plagą było ogromne bezrobocie. Zatem zdobycie fachu w wojsku było sprawą niebagatelną. Rezerwista mógł jeszcze liczyć na jedno – pomoc związków rezerwistów, zarówno oficerskich, jak i podoficerskich, które powstawały licznie zwłaszcza po wielkiej demobilizacji, która nastąpiła w 1921 roku po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej. Tworzono je przede wszystkim z myślą o samopomocy na trudnym rynku pracy po przejściu do cywila.
W tym miejscu znowuż odwołajmy się do świadectwa chłopskiego pamiętnikarza. Anonimowy niestety weteran wojny 1920 roku rodem z Miłosny pisał tak (pisownia oryginalna): „Kiedy bolszewicy zaczęli włazić do Polski, mnie jakoś do wojska nie wołano, nie mogąc wytrzymać, że to ojczyzna tak potrzebuje ludzi, a ja siedzę w domu, zapisałem się na ochotnika z koniem do 1-go pułku szwoleżerów z kadrą na Ułańskiej w Warszawie i pojechałem do wojska w pełnym rynsztunku z umundurowaniem, siodłem, nawet szablą”.
Nasz bohater pochodził z domu bogatych gospodarzy, o czym powyższy fragment świadczy dobitnie – był świadomy swych obywatelskich obowiązków i był wyekwipowany na wojnę! Walczył dzielnie na wojnie, którą zakończył w stopniu kaprala i na stanowisku furażera w końskim szpitalu. A kiedy wrócił do domu… zastał gospodarstwo zupełnie zrujnowane i to nie przez bolszewików, ale własne wojsko, które zarekwirowało na swe potrzeby, co się tylko dało. Zwróćmy też uwagę na tę refleksję rezerwisty (pisownia oryginalna): „I rozpacz mnie ogarnęła, że z takiego dobrobytu, jaki zostawiłem parę miesięcy temu idąc nadstawiać piersi i walczyć za ojczyznę zastałem taką biedę, tembardziej, że zrobili to swoi, a nie nieprzyjaciel. Ale cóż było zrobić, poddać się biedzie, nie za nic, byłem młody, posiadałem tę werwę wojskową, więc wziąłem się szczerze do pracy”.
Rezerwiście udało się podnieść gospodarstwo z ruiny, a niedługo wybrano go na sołtysa wsi – ważna tutaj była jego wojskowa przeszłość. Owocem jego sołtysowania stało się powołanie w Miłośnie ochotniczej straży pożarnej, której komendanturę także objął nasz bohater. Takich przykładów można by tutaj przytoczyć jeszcze kilka.
Rezerwiści 1 Pułku Strzelców Konnych, 1933. Fot. NAC
Ten uprzywilejowany status rezerwisty na wsi przetrwał także po wojnie. Służba wojskowa, niezależnie od kwestii politycznych, nadal była traktowana jako inicjacja w dorosłość i wielu pracodawców zwracało uwagę przy naborze do pracy, czy kandydat ma ten obowiązek uregulowany. Podobnie też jak przed wojną, pójście do rezerwy uroczyście celebrowano, czego do dziś pamiątką w wielu domach są barwne chusty na ścianach, berety z pomponami i zdjęcia z robienia pompek na przykład pod Pomnikiem Adama Mickiewicza na krakowskim rynku…
Wydawało się, że wszystko to przeszło do historii wraz z wprowadzeniem zawodowej służby wojskowej, kiedy to bycie żołnierzem zaczęto traktować jako jeden z zawodów i jedną z dróg rozwoju, na którą może wejść młody człowiek. Oczywiście podkreśla się przy tym, że wojsko to jeden z zawodów, do których należy mieć powołanie (jak na przykład lekarze czy nauczyciele), że służba ojczyźnie to nie tylko wyróżnienie, przywilej, ale i poświęcenie, które wymaga nie tylko szacunku, ale i odpowiedniej gratyfikacji.
Inwestując w podnoszenie kwalifikacji żołnierza na służbie, państwo nie powinno zapominać, że nie traci on tych umiejętności po jej zakończeniu, że rezerwista nadal może być użyteczny w systemie obrony państwa. Zwłaszcza wtedy, gdy blisko jego granic trwa pełnoskalowa wojna, a samo państwo jest narażone na tzw. wojnę hybrydową. „Obrońca granic nie płaci za nic” – takie powiedzenie można było usłyszeć jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy żołnierz na przepustce lub rezerwista wchodził na przykład do autobusu i chciał kupić bilet. Historia uczy, że wbrew pozorom jest ono opłacalne dla kraju.
Cytaty pochodzą z książki autora „Zapomniani. Chłopi w Wojsku Polskim”, Kraków 2022
autor zdjęć: NAC

komentarze