Buzdygan waży niemal półtora kilograma. Faktyczny ciężar statuetki trudno jednak oszacować. Bo jak przeliczyć na proste fizyczne wartości ciężką pracę, otwartą głowę, odwagę i determinację, by wcielać w życie nowatorskie pomysły? A za to właśnie od 31 lat redakcja „Polski Zbrojnej” przyznaje statuetki.
Nasza nagroda potrafi uczynić wiele dobrego. Wie o tym doskonale płk rez. Szczepan Głuszczak, który sześć lat temu został doceniony w plebiscycie internautów. Buzdygana otrzymał za aktywizację weteranów w ramach „Projektu Wojownik”. Nie zamierzał jednak postawić statuetki na półce, by cieszyła oko. Kilka dni po uroczystej gali trafiła na aukcję. Miała pomóc w zebraniu pieniędzy na działalność Stowarzyszenia Rodzin Poległych Żołnierzy „Pamięć i Przyszłość”. I tak właśnie się stało. Statuetkę wylicytowali żołnierze 12 Wielkopolskiej Brygady Obrony Terytorialnej. Zapłacili za nią 2050 zł. – Zaraz potem jednak zdecydowali się ją zwrócić – wspomina płk rez. Głuszczak. Od tamtej chwili Buzdygan trafiał na aukcję jeszcze… dziesięciokrotnie.
Mechanizm za każdym razem był taki sam: zwycięzca licytacji na powrót przekazywał trofeum dawnemu właścicielowi, a ten raz jeszcze wysyłał je w świat. – W ten sposób udało się nam zebrać kilkadziesiąt tysięcy złotych. Pieniądze wspomogły m.in. rodziny żołnierzy poległych na misji, saperów, którzy zginęli podczas rozbrajania niewybuchu w Kuźni Raciborskiej, czy potrzebującego rehabilitacji powstańca warszawskiego – wylicza płk rez. Głuszczak. Ostatecznie oficer postanowił przerwać łańcuszek. Buzdygan został umieszczony w sali tradycji Centrum Weterana Działań poza Granicami Państwa, gdzie znajduje się do dziś.
Podobną drogą poszedł ubiegłoroczny laureat nagrody, gen. bryg. Rafał Miernik. Ówczesny dowódca 19 Brygady Zmechanizowanej w Lublinie został doceniony za „wprowadzenie w wojsku nowego typu lidera”. Jadąc na galę do Warszawy, musiał mieć w pamięci historię statuetki płk. rez. Głuszczaka, tym bardziej że to właśnie on w imieniu 12 WBOT odbierał ją od właściciela po pierwszej licytacji. Jeszcze ze sceny zapowiedział, że jego nagroda również zostanie wystawiona na aukcję. – Zorganizowaliśmy raut i wylicytowaliśmy 38 tys. zł na remont zniszczonego przez powódź przedszkola w Stroniu Śląskim – mówi gen. bryg. Miernik. Nowi właściciele także w tym przypadku nie zamierzali statuetki zatrzymywać. Dziś stoi ona w sali tradycji lubelskiej brygady. – To najwłaściwsze dla niej miejsce. W końcu to, że ją zdobyłem, jest zasługą wszystkich moich żołnierzy – przekonuje oficer.
Podobnych przykładów jest więcej. Ale nawet jeśli czynione przez Buzdygany dobro na co dzień nie przybiera form tak efektownych, to… i tak pozostaje oczywiste. Bo nagroda „Polski Zbrojnej” pomaga wyciągnąć z cienia wyjątkowe osoby. Ludzi, którzy mają odwagę wcielać w życie nowatorskie pomysły i zmieniać oblicze armii.
Dżentelmeni i fachowcy
A praca to niełatwa. Mówimy wszak o instytucji ściśle zhierarchizowanej, mocno ujętej w ramy przepisów i procedur. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że miejsca dla indywidualności w niej niewiele. Ale to tylko pozory – nietuzinkowe osobowości także tutaj są w cenie, armia zaś pozostawia całkiem sporo miejsca na realizację przedsięwzięć wykraczających poza schemat. Na własnej skórze doświadczył tego kadm. w st. spocz. Czesław Dyrcz, laureat Buzdygana za rok 1996. Kapituła doceniła go za „profesjonalizm, odwagę odkrywcy i postawę oficera dżentelmena” podczas rejsu dookoła świata na pokładzie ORP „Iskra”.
Kadm. Dyrcz, wówczas w stopniu komandora, dowodził żaglowcem szkolnym, który w ciągu dziesięciomiesięcznej wyprawy pokonał 38 tys. mil, odwiedzając 19 portów na pięciu kontynentach. – To było niezwykłe przedsięwzięcie. Pomogło budować prestiż polskiej marynarki, a dzięki Buzdyganowi zostało dodatkowo nagłośnione. Pamiętam wywiady, które towarzyszyły wręczeniu nagrody, spotkania… Czułem się zaszczycony. Nadal zresztą się tak czuję – wspomina po latach.
W podobnym tonie o nagrodzie wypowiada się chor. rez. Łukasz Sikora „Sikor”, były już operator Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca. Na zdjęciach z gali, podczas której odbierał statuetkę za rok 2017, jego twarz została przysłonięta. Inaczej być nie mogło, „Sikor” służył jeszcze wówczas w zespole bojowym. Anonimowość nie stanowiła jednak dla niego większego problemu. – Ważne, że ludzie usłyszeli, jak istotne jest to, czym się zajmuję – podkreśla. „Sikor” od lat specjalizuje się w medycynie pola walki. Jest jednym z Polaków, którzy ukończyli zaawansowany kurs dla medyków sił specjalnych USA. Współtworzył też program szkolenia medyków w Międzynarodowym Centrum Szkoleniowym Sił Specjalnych NATO w Niemczech. Dziś, już w cywilu, sam prowadzi kursy, podczas których dzieli się wiedzą, jak ratować ludzkie życie. – Uważam, że to moja życiowa misja. A Buzdygan tylko nakręcił mnie do dalszej pracy – zapewnia.
Dla niektórych laureatów nagroda stanowiła zwieńczenie pewnego etapu kariery. Dla innych jej wręczenie zbiegło się z początkiem marszu w górę. W pierwszej grupie znalazł się choćby st. chor. sztab. rez. Andrzej Wojtusik, który zdobył Buzdygana za rok 2012. – Dla mnie było to trochę jak chichot losu. 28 lutego 2013 roku odszedłem do cywila, a dzień później jechałem do Warszawy na galę – wspomina z uśmiechem. Wojtusik został uhonorowany za stworzenie elitarnego kursu przywództwa wojskowego „Lider”. Na pomysł wpadł, kiedy sprawował funkcję pomocnika dowódcy wojsk lądowych do spraw podoficerów. Zyskał akceptację przełożonych i zaczął odwiedzać jednostki rozsiane po całej Polsce. – Wyłanialiśmy naturalnych liderów, tłumaczyliśmy, na czym polega przywództwo, wcielaliśmy w życie cały katalog założeń z tym związanych – opowiada. – Łącznie zorganizowaliśmy 50 kursów. Były naprawdę trudne. Spośród tysiąca uczestników zajęcia ukończyła jedna czwarta – tłumaczy. Dziś Wojtusik jest wykładowcą kilku uczelni, w tym Akademii Sztuki Wojennej. – Buzdygan dał mi impuls do tego, by mimo odejścia z wojska nie porzucać tematyki, która mnie zawsze żywo interesowała. Można powiedzieć, że pozwolił mi utrzymać dydaktyczną kondycję – żartuje.
Inaczej potoczyły się z kolei losy st. chor. sztab. Andrzeja Woltmanna. Ten doświadczony żołnierz, weteran zagranicznych misji i uczestnik bitwy pod Karbalą, otrzymał Buzdygana za rok 2015. W tym czasie pełnił funkcję zastępcy komendanta Szkoły Podoficerskiej Wojsk Lądowych w Poznaniu, a kapituła doceniła go za wprowadzanie nowej jakości w kształceniu żołnierzy korpusu, do którego sam należy. Wzorem dla niego stały się rozwiązania stosowane na Zachodzie, zwłaszcza w armii USA. St. chor. sztab. Woltmann m.in. stał na czele zespołu, który zajmował się wdrażaniem w armii specjalnego systemu punktacji w ocenianiu żołnierzy oraz powołaniem rady, która miałaby rekomendować przełożonym awanse i kursy dla najwyższych stopniem podoficerów.
– Buzdyganem byłem zaskoczony. Zakładałem, że tak naprawdę mało kto dostrzega podoficerów, a tym bardziej mozolną orkę, którą zajmowałem się na co dzień – przyznaje dziś. Statuetka dała mu potężny zastrzyk energii. Kolejne lata to dla niego nieustanny marsz w górę. Woltmann był już starszym podoficerem w Dowództwie Operacyjnym Rodzajów Sił Zbrojnych i Sztabie Generalnym Wojska Polskiego. Niebawem zapewne obejmie stanowisko w powstającym Dowództwie Transformacji. – Mam tam pracować nad nową koncepcją kształcenia podoficerów – zapowiada.
Statuetka dla trzystu
To zaledwie drobny wycinek z całej gamy różnorodnych, a zarazem inspirujących historii. W ciągu 30 lat istnienia nagrody statuetka trafiła bowiem w ręce blisko 300 osób. Większość została wskazana przez kapitułę złożoną z laureatów poprzedniej edycji i kierownictwa redakcji miesięcznika „Polska Zbrojna”. Wśród nich znalazły się jednak również nietuzinkowe postacie wyłaniane w internetowym głosowaniu przez czytelników portalu polska-zbrojna.pl. Z Buzdyganów cieszyli się przede wszystkim wojskowi, reprezentujący wszystkie rodzaje sił zbrojnych i stopni – od szeregowych po generałów. Ale obok nich w światłach sceny nierzadko stawali też cywile, którzy dołożyli cegiełkę do budowania pozytywnego wizerunku wojska. I tak statuetką uhonorowani zostali m.in. dziennikarze Waldemar Milewicz, Bogusław Wołoszański i Marcin Ogdowski (od niedawna nasz redakcyjny kolega), koszykarz Marcin Gortat czy szef Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzy Owsiak.
Kapituła dwukrotnie doceniła też kandydatów z zagranicy. Statuetki otrzymali zastępca sekretarza generalnego NATO, Brytyjczyk Edgar Buckley, oraz gen. William Carter, dowódca 1 Dywizji Pancernej US Army – za sojusznicze wsparcie udzielane polskim żołnierzom. Były też nagrody zbiorowe – dla załogi korwety ORP „Kaszub” za przecieranie polskiej marynarce szlaków w NATO czy żołnierzy PKW Irak – za wkład w stabilizację tego państwa i podjęcie wyzwania, jakim była pierwsza po II wojnie światowej tak poważna misja polskich sił zbrojnych.
– Historię Buzdyganów obserwuję jako dziennikarka już od niemal dwóch dekad – przyznaje Magdalena Kowalska-Sendek, p.o. redaktor naczelna miesięcznika „Polska Zbrojna”. – I choć przez ten czas bardzo się zmieniło Wojsko Polskie, jego wyposażenie, zmieniają się też żołnierze, to nagroda istnieje. Co więcej, nie straciła na swoim prestiżu. Jest wyróżnieniem, które cieszy się szacunkiem i uznaniem środowiska – dodaje. Szefowa miesięcznika przyznaje, że podczas pracy nad tekstami na temat laureatów kolejnych edycji nie tylko lepiej poznała samych nagrodzonych, lecz także złapała zawodowego bakcyla w bardzo różnych dziedzinach. – To m.in. dzięki ppłk Anicie Podlasin, dziś zastępczyni komendanta Wojskowego Centrum Kształcenia Medycznego w Łodzi, oraz byłym operatorom-medykom z Jednostki Wojskowej Komandosów Łukaszowi Sikorze i Krzysztofowi Plucie zaczęłam interesować się medycyną pola walki. Dzięki generałom Mariuszowi Chmielewskiemu i Karolowi Molendzie z ciekawością czytam o sztucznej inteligencji i cyberbezpieczeństwie, a „Zachar”, czyli Wojciech Zacharków, zdradził mi tajniki selekcji do wojsk specjalnych. Przykłady można by mnożyć, ale puenta jest krótka: Buzdygan ma moc – podsumowuje Kowalska-Sendek.
autor zdjęć: Arkadiusz Dwulatek

komentarze