moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

 
Operacja „Adolphus”, czyli pierwszy skok

Idziecie jako straż przednia do kraju, macie udowodnić, że łączność z krajem jest w naszych warunkach możliwa – tymi słowami pożegnał pierwszych cichociemnych gen. Sosnkowski, dowódca Związku Walki Czynnej. – To pokazuje, jak duże nadzieje wiązano z ich misją – mówi Tomasz Jasionek z Fundacji im. Cichociemnych.

Jak zrodził się pomysł skoku cichociemnych do Polski?

Tomasz Jasionek: Warto przypomnieć, że przed wojną idea spadochroniarstwa w Polsce była dość żywa. W wielu miastach wybudowano wieże spadochronowe, a paramilitarna organizacja Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej, której celem była promocja lotnictwa, w latach 30. zainicjowała akcję „Młodzież na spadochrony”. Idea desantowania ludzi drogą powietrzną do zadań specjalnych pojawiła się w Polsce już pod koniec lat 20. XX wieku. Ukoronowaniem tych działań było powstanie w 1936 roku Wojskowego Ośrodka Spadochronowego w Bydgoszczy. W czasie II wojny światowej nie odegrał on większej roli, gdyż na początku kampanii wrześniowej został zbombardowany.

Wracając do cichociemnych, twórcy tej idei, czyli kapitanowie Maciej „Kotwicz” Kalenkiewicz i Jan „Chomik” Górski byli nowicjuszami w spadochroniarstwie. Choć w wojsku służyli jako saperzy, nie bali się nowych wyzwań. Swoje pomysły podpatrywali u najlepszych spadochroniarzy wojskowych w tamtym czasie, czyli znienawidzonych Niemców. W momencie wybuchu wojny byli młodymi oficerami, którzy najpierw trafili do Francji, a potem do Wielkiej Brytanii. Zresztą to we Francji w grudniu 1939 roku pojawiły się pierwsze pomysły dotyczące stworzenia formacji skoczków spadochronowych, którzy skakaliby do kraju w celu nawiązania łączności z okupowaną Polską, a w dalszej perspektywie szkolili członków podziemia, transportowali sprzęt i pieniądze. Wśród wielu problemów ze stworzeniem takiej formacji, jeden był bardziej poważny niż inne: skąd wziąć samolot, z którego cichociemni mogliby skakać?

Od sojuszników?

Niestety, wtedy nie udało się. Ani Francuzi, ani Brytyjczycy w 1939 roku takich samolotów nam nie dali. Był za to rozkaz wydany 28 listopada 1939 roku przez gen. Władysława Sikorskiego gen. Józefowi Zającowi, dowódcy Lotnictwa i Obrony Przeciwlotniczej. Sikorski nakazuje w nim zorganizowanie do dyspozycji gen. Kazimierza Sosnkowskiego, komendanta ZWZ, stałej tajnej komunikacji lotniczej z głównymi miastami okupowanego kraju.
Kalenkiewicz i Górski nie poddawali się. W staraniach wspierał ich mjr Jan Jaźwiński „Sopja” z Oddziału II (wywiadowczego) Sztabu Generalnego oraz grupa młodych oficerów, zwanych od pseudonimu Górskiego „chomikami”. 14 lutego 1940 r., czyli rok przed pierwszym zrzutem cichociemnych, Górski i Kalenkiewicz złożyli generałowi Sikorskiemu projekt nawiązania łączności z okupowanym krajem drogą lotniczą. Podali też 16 kandydatów do skoku. Tydzień później gen. Sosnkowski zwrócił się w tej sprawie do gen. Zająca, prosząc o umożliwienie rozpoczęcia szkolenia desantowego oraz możliwości oddania skoku.

Jak wyglądały pierwsze szkolenia?

W październiku 1940 roku rozpoczął się pierwszy polski kurs spadochronowy w brytyjskim ośrodku Central Landing School w Ringway. Podstawowe szkolenie desantowe ukończyło 12 polskich oficerów. Szkolenia na pewno nie były, tak jak się niektórym wydaje, jakieś wyjątkowo zaawansowane. Właściwie chodziło o podstawy, tak żeby kandydaci na cichociemnych i kurierów nie pozabijali się, skacząc. Oswajano ich też z lotami na dużej wysokości. Uczono ich jak zachowywać się w samolocie, kolejności skakania, techniki lotu i lądowania czy też budowy spadochronu. W sprawozdaniu z kursu, napisanego przez ppłk. Albina Habinę, uczestnika wspomnianego szkolenia, a zarazem komendanta II rzutu KG ZWZ, możemy znaleźć dokładne opisy takich zajęć.
Raport jest bardzo szczegółowy. Możemy się z niego dowiedzieć, że zawiadomienia o rozpoczęciu kursu nie dotarły na czas do jego uczestników i część z nich przybyła spóźniona. Ppłk Habina krok po kroku opisuje jak wyglądały kolejne etapy szkolenia, czyli teoria, gimnastyka, zaznajomienie z lotem samolotem i na spadochronie.

A samolot?

W końcu udało się go zdobyć od Brytyjczyków. Francuzi twierdzili, że nie mają odpowiedniej maszyny. Rzeczywiście nie mieli czy uważali, że nie warto pomagać Polakom? Trudno powiedzieć. Na szczęście Polacy mieli mjr. Jana Jaźwińskiego, o którym dzisiaj mało kto pamięta. Miał znajomości w SOE (Special Operations Executive, brytyjska tajna agencja rządowa, której zadaniem było m.in. prowadzenie dywersji, koordynacja działań politycznych i propagandowych, wspomaganie ruchu oporu w okupowanych państwach Europy w czasie II wojny światowej – przyp. red.) dzięki czemu namówił Brytyjczyków do współpracy. Skusił ich możliwością wykorzystania danych wywiadowczych, jakie mogliby dla nich zdobywać Polacy, którzy skoczyliby do kraju.

W końcu przyszedł 15 lutego 1941 roku…

Operacja lotnicza „Adolphus” przeprowadzona została w nocy z 15 na 16 lutego 1941 r. 15 lutego o godzinie 18.20 z lotniska w Wielkiej Brytanii wystartował dwusilnikowy samolot typu Armstrong Whitworth Whitley MK I oznaczony jako Z-6473 z 419 Eskadry RAF. Załogą dowodził kpt. Francis Keast. Trzeba przyznać, że Brytyjczycy „wypożyczyli” nam świetnych, wyszkolonych ludzi. Kpt. Keast pilotował samoloty najwyższych dostojników brytyjskich. Niestety był to jego ostatni szczęśliwy lot. Dwa dni później nad Belgią jego samolot został zestrzelony przez niemiecką artylerię i Keast trafił do niewoli.

Kto znajdował się wśród pierwszych cichociemnych?

Rotmistrz Józef „Żbik” Zabielski, major Stanisław „Kostka” Krzymowski oraz kurier Czesław „Włodek” Raczkowski. Przed wylotem do Polski generał Kazimierz Sosnkowski pożegnał ich słowami: „Idziecie jako straż przednia do kraju, macie udowodnić, że łączność z krajem jest w naszych warunkach możliwa”. Te słowa chyba najpełniej oddają nadzieje, jakie wiązano z tą misją.

Prócz nich w samolocie było coś jeszcze...

Ważące 600 kilogramów zasobniki. Były w nich radiostacje, sprzęt świetlno-sygnalizacyjny, broń i materiały wybuchowe. To wszystko miało trafić do arsenału Związku Walki Zbrojnej. Niestety, mimo iż skoczkowie wylądowali bezpiecznie, utracono wszystkie zasobniki. Strata wyposażenia była bolesna tym bardziej, że odnaleziony przez Niemców sprzęt uświadomił im, że na terenie okupowanej Polski prowadzone są alianckie operacje desantowe.

Dokąd lecieli pierwsi skoczkowie?

Zrzut miał się odbyć na placówkę odbiorczą położoną w okolicach Włoszczowy. Przez błąd w nawigacji skoczkowie wylądowali w dzikiej placówce niedaleko wsi Dębowiec, już na terenie III Rzeszy. Samolot powrócił do Wielkiej Brytanii po 11 godzinach i 45 minutach lotu i po wylądowaniu miał zaledwie 50 litrów paliwa, co starczyłoby na 15 minut lotu. Pomimo błędnego miejsca zrzutu mjr Stanisław Krzymowski oraz rtm. Zabielski dotarli do Warszawy. Nieco później zameldował się także Czesław Raczkowski.

Po tym pierwszym zrzucie cichociemnych, dalsze skoki zostały wstrzymane.

Prawie na rok, gdyż brytyjskie Air Ministry odmówiło „wypożyczenia” samolotów do tego typu misji.

Kiedy wrócono do skoków i zrzutów, co się zmieniło? Jakie błędy zostały naprawione?

Na pewno zaczęto planować zapasowe zrzutowisko oraz zwracano uwagę na szybką ewakuację ludzi i sprzętu. Jesienią 1941 roku zorganizowano specjalną komórkę Oddziału V Komendy Głównej ZWZ-AK, zwaną najczęściej „Syreną”. Opracowała ona i na bieżąco modyfikowała własne instrukcje i według nich szkoliła pracowników, a także personel placówek odbiorczych. Wypracowano skrupulatne zasady. M.in. ustalono, że przed skokiem pracownik „Syreny” wyjeżdżał w teren i wyznaczał pole zrzutowe, wyznaczano punkty kontaktowe dla skoczków, gdyby coś poszło nie tak, na przykład jeśli skoczek wylądowałbym poza strefą odbioru. Ten sam pracownik kompletował całą załogę i wyznaczał im zadania. Wówczas placówka odbiorcza przechodziła w czas czuwania i czekała na sygnał do rozpoczęcia operacji.

Jak wyglądał system konspiracyjnego przyjmowania skoczków i zaopatrzenia?

Do komunikacji wykorzystywano m.in. audycje radia BBC. Były ustalone melodie, za ich pomocą Londyn przekazywał informacje do kraju. Nadanie konkretnej piosenki oznaczało np. wybór konkretnego zrzutowiska dla następnej operacji. Placówki również miały swoje kryptonimy, początkowo dla wszystkich takie same, potem ustalono kategorie dla poszczególnych okręgów, np. w okręgu lwowskim, nazwy związane były z uzbrojeniem. Placówki przez te lata mocno się rozwinęły. W 1944 wszystkie zostały włączone do sieci terenowej AK. W 1944 r. w niektórych okręgach zrzuty, nawet z kilku samolotów naraz, odbierane były przez oddziały partyzanckie.

Co się stało z placówkami po ostatnim skoku cichociemnych?

Po upadku Powstania Warszawskiego z „Syreny” pozostały szczątki. Pracownicy, którzy nie zginęli, dostali się do niewoli lub uratowali się wychodząc z miasta wraz z ludnością cywilną.

Jaką wartość przyniósł okupowanej Polsce ten pierwszy skok?

Trudno ocenić, jak wyglądałyby dokonania polskiego podziemia w czasie II wojny światowej, gdyby nie sukces tej operacji. Brak przeszkolonych ludzi i wyposażenia najprawdopodobniej hamowałby rozwój ZWZ i później AK.

Rozmawiała Ewa Korsak

autor zdjęć: Narodowe Archiwum Cyfrowe

dodaj komentarz

komentarze


Ryś zamiast Pantery
Z prądem i pod prąd
Drony na celowniku, czyli test zdolności przeciwlotników 16 DZ
Długa droga do domu
Polska Grupa Zbrojeniowa na MSPO 2026 – więcej niż premiery
Działajmy razem!
Prawie 200 mld zł na zbrojenia w projekcie budżetu
MON proponuje zmiany przepisów ubiorczych
Geran-5. Rakieta w cenie drona?
MSPO 2026 – serwis specjalny „Polski Zbrojnej”
Piechur, artylerzysta, lotnik i… hydraulik
Obrona powietrzna będzie strzelać szybciej
Nowy bezzałogowiec morski Grupy WB
Odpowiedź na rosyjską eskalację
Pentagon o stałej bazie US Army w Polsce
Polscy i czescy terytorialsi ramię w ramię
Białorusini ćwiczą przy granicy z Polską
Kajakarka, pięcioboiści nowocześni i taekwondzistka na podium
Cios w plecy
MON zmienia system gotowości obronnej
Jak drapieżne ptaki chronią lotnisko
Konstelacja MikroGlob już w kosmosie
Abordaż z polskim wsparciem
„Agat. Siła i ogień”. Album już w sprzedaży
Okoń z bezzałogowcami
Kłopotliwa pamiątka na dnie Bałtyku
Oni podjęli wyzwanie
Polska w koalicji antybalistycznej
Inauguracja roku akademickiego na WAT
Sukces polskich żołnierzy na czempionacie szermierzy
Śmierć wartownika
Agresja na Polskę nie była „spacerem”
Leopardy bez tajemnic
Urzędnicy na poligonie
Biatloniści „armii mistrzów” w medalowej formie
Dwie dekady Jastrzębi
Jak Polska wykorzystuje unijne pożyczki
Latające oko dla polskich żołnierzy
Żołnierze Czarnej Dywizji orientowali się najlepiej
350 mln zł dla 86 firm, by były w gotowości
Program SAFE w pytaniach i odpowiedziach
Za kulisami zlotu tygrysich eskadr NATO
Zbrojna prowokacja na granicy Łotwy
Dwie dekady IWspSZ
20 kilometrów z radiostacją
Pierwszy „europejski” Husarz już w Polsce
Polsko-koreańska współpraca w programie K2 się rozwija
Stulecie lotu Warszawa – Tokio
Leopardy na dnie Odry i test Batalionu Model 44
Berlin: Rosja próbowała doprowadzić do zamachu na lotnisku
Gorący lipiec PKW Łotwa
W wojsku nie wszystkie butelki z kaucją?
Wojska przeciwlotnicze i dronowe na Lubelszczyźnie
Nowi obrońcy polskiego nieba
Podróż pamięci
Amerykanie drugi raz wychodzą z Iraku
Flanka pod strażą
Co z wysługą po powrocie do wojska?
Polowanie w ogródku
„Horyzont” przedłużony
Pięściarka Wojska Polskiego z brązem
„Czterej pancerni i pies” w Żaganiu
Litwini ćwiczą masową ewakuację obywateli
Na szczycie armii bez zmian
Delegacja MON-u z wizytą w Waszyngtonie
Technologie SECO/WARWICK wzmacniają przemysł obronny
Szwedzkie wsparcie
Sukcesy na basenie i strzelnicy
Modułowe koszary przy granicy
Pierwszych pięć strzałów

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO