Projektował podwodne konstrukcje, warowne obozy, systemy szańców i fortec trzymające przeciwnika w szachu. Jego pomysły nierzadko wyprzedzały epokę. W Polsce Tadeusz Kościuszko przeszedł do historii jako nieszczędzący krwi żołnierz. W oczach Amerykanów to przede wszystkim genialny wojskowy inżynier.
W tym roku obchodzimy 280. rocznicę urodzin Tadeusza Kościuszki. Obraz Bolesława Jana Czedekowskiego przedstawiający Kościuszkę w mundurze generała armii amerykańskiej.
Zawsze w ruchu, w siodle, z notatnikiem w jednej ręce i przyrządem pomiarowym w drugiej. Objeżdża teren, szkicuje, a w jego głowie kiełkuje już kolejny wizjonerski projekt. Tak zapamiętali go Amerykanie podczas wojny o niepodległość. Takim też mieli okazję poznać go Polacy – przy okazji walk w obronie Konstytucji 3 maja, a potem w czasie antyrosyjskiej insurekcji 1794 roku, choć akurat nad Wisłą obraz Kościuszki-inżyniera do zbiorowej wyobraźni się nie przebił.
– A wielka szkoda, bo Kościuszko pod wieloma względami wyprzedził swoją epokę – przyznaje dr Krzysztof Wielgus z Politechniki Krakowskiej. – Dysponował genialną wyobraźnią przestrzenną. Fortyfikacja była dla niego czymś więcej niż prostym zespołem umocnień. Idealnie współgrała z otoczeniem. Razem tworzyły zwartą wojenną machinę, która wymuszała na przeciwniku określone manewry, wytrącała mu z ręki atuty, w pewnym sensie go obezwładniała – wylicza naukowiec. Kościuszko nie stawiał budowli. On kreował system.
Czas wielkich armii
Miał niespełna 20 lat, kiedy wstąpił do Szkoły Rycerskiej – elitarnej uczelni powołanej przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Studiował filozofię, prawo, historię Polski, ale też arytmetykę, miernictwo, geometrię. Zainteresowania przedmiotami ścisłymi sprawiły, że znalazł się na kursie inżynierskim. Wkrótce też wyjechał na stypendium do Paryża. Trafił do Akademii Wojskowej w Wersalu, gdzie wykładał Didier-Grégoire Trincano – człowiek, który zrewolucjonizował sposób myślenia o sztuce fortyfikacji.
Pozostałości Fort Clinton - West Point ufortyfikowanego przez Tadeusza Kościuszkę.
– W XVIII wieku w Europie ciągle jeszcze dominowała fortyfikacja bastionowa, złożona z masywnych budowli o geometrycznym układzie. Tymczasem sztuka wojenna zmieniała się w szybkim tempie. Armie stawały się coraz większe, rosło też znaczenie artylerii. Na polu walki liczyły się przede wszystkim manewrowość i siła ognia – wyjaśnia dr Wielgus. Twierdze musiały być dostatecznie duże, by pomieścić na murach dziesiątki armat, a jednocześnie skonstruowane tak, aby zgromadzeni wewnątrz żołnierze mogli nękać przeciwnika szybkimi wypadami. Budowanie według starego schematu powoli traciło sens. – Najdosadniej wyraził to Marc Rene de Montalambert, młody specjalista od fortyfikacji. Stwierdził on mianowicie, że mury mogą być wzniesione nawet z papieru, byle tylko zdołały pomieścić na tyle dużo armat, aby przeciwnik nie mógł naprzeciw nich ustawić ani jednej… – tłumaczy dr Wielgus. Wówczas rodziły się już koncepcje fortyfikacji kleszczowej, potem poligonalnej. Ich twórcy rezygnowali z bastionów, stawiając na łamane linie murów silnie obsadzone artylerią, a kreśląc projekty, brali pod uwagę walory terenowe.
Kościuszko chłonął te idee i przepracowywał po swojemu. Wkrótce też wiedzę nabytą w Warszawie i Paryżu miał sprawdzić w praktycznym działaniu.
Jeż na okręty
W 1775 roku wybuchła wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Była ona efektem rosnących tarć pomiędzy osadnikami z Europy a Wielką Brytanią. Mieszkańcy Ameryki sprzeciwiali się nakładanym przez metropolię podatkom i ograniczaniu ich samorządu. Obrali kurs na niepodległość, a porwany republikańskim duchem Kościuszko, postanowił wesprzeć ich w tej walce. Latem 1776 roku dotarł do Filadelfii i zaciągnął się do amerykańskiej armii. Świeżo sformowane wojsko potrzebowało fachowców, więc od razu powierzyło Polakowi odpowiedzialne zadanie. Kościuszko miał zabezpieczyć ujście rzeki Delaware, tak by powstrzymać ewentualny desant Brytyjczyków. – Filadelfię osłaniały forty nadbrzeżne, ale zamontowane w nich armaty zostały skierowane tak, by strzelać na dużą odległość. Załogi nie mogły więc pokryć ogniem stref położonych bliżej miasta. Aby temu zaradzić, Kościuszko postanowił rozmieścić w pobliżu twierdzy podwodne jeże – konstrukcje zbliżone do tych, które na lądzie miały powstrzymywać szarże konnicy. W razie zagrożenia pozwalały one trzymać okręty na dystans, dokładnie w strefach, które raziła artyleria – opowiada dr Wielgus.
Pomnik Kościuszki w West Point nad rzeką Hudson. Rycina z XIX wieku.
Pomysłowość młodego inżyniera została doceniona. Amerykanie posłali go pod granicę z Kanadą, gdzie fortyfikował obozowiska żołnierzy gen. Horatio Gatesa. Tam też musiał przełknąć pierwszą gorzką pigułkę. Kościuszko dostał rozkaz umocnienia fortu Ticonderoga. Od razu zawnioskował, by rozlokować baterie na górującej ponad kompleksem górze zwanej Głową Cukru. Zwierzchnicy taką sugestię jednak zignorowali. Doszli do wniosku, że wciąganie tam dział jest zbyt karkołomne. Problem w tym, że Brytyjczycy myśleli zupełnie inaczej. Zajęli szczyt i ostrzelali z niego Ticonderogę. Amerykanie musieli się wycofać. Kompletnej katastrofy udało im się uniknąć tylko dzięki Kościuszce. – Podległe mu pododdziały inżynieryjne na drodze przemarszu Brytyjczyków ustawiały zapory z drzew, tworząc rozlewiska… A grzęznący w błocie żołnierze byli dziesiątkowani przez minutemanów, czyli amerykańskich strzelców wyborowych – tłumaczy naukowiec.
Zła karta rychło się odwróciła. Jesienią 1777 roku Armia Kontynentalna odniosła wielkie zwycięstwo pod Saratogą. Do niewoli trafił brytyjski generał John Burgoyne i blisko 4 tys. jego żołnierzy. Sukces miał też wymiar polityczny – widząc determinację osadników, do wojny po ich stronie oficjalnie przystąpiła Francja. Kościuszko mógł triumfować, tym bardziej że jego wkład w amerykański sukces był trudny do przecenienia. To on wskazał przełożonym miejsce, w którym ze względu na ukształtowanie terenu najlepiej rzucić wyzwanie Brytyjczykom, na okolicznych wzniesieniach zaś stworzył system redut i szańców, stanowiących bazę wypadową dla pododdziałów gen. Gatesa. „Te pozycje wymagałyby regularnego oblężenia, na które Burgoyne nie miał ani czasu, ani… metodyki […]. Opisów dwóch bitew pod Saratogą nie będę tu cytował, ponieważ to nie bitwy doprowadziły Burgoyne’a do kapitulacji. Burgoyne nie został pokonany, lecz – niemal dosłownie – zamatowany. I właśnie fortyfikacje Kościuszki, właśnie dobór pozycji odegrały w tym finale decydującą rolę”, pisał Stefan Bratkowski w książce „Z czym do nieśmiertelności”.
Tyle że choć Brytyjczycy przegrali ważną bitwę, wojna ciągle jeszcze trwała. A kluczowe dla jej dalszych losów mogło się okazać zamknięcie przeciwnikowi drogi do Nowego Jorku oraz panowanie nad rzeką Hudson, która stanowiła ważny szlak zaopatrzeniowy. I tu Washington dostrzegł kolejne zadanie dla Kościuszki.
Clinton mówi „pas ”
Sprawę miała załatwić twierdza West Point. Jej budowała już trwała. – Prowadził ją Louis de la Radiere, światowej sławy francuski inżynier, można powiedzieć – ówczesny celebryta. Chciał jednak budować twierdzę bastionową, a na to Amerykanie, pomijając już wszystkie inne względy, po prostu nie mieli czasu – przyznaje dr Wielgus. Na początku 1778 roku do West Point przyjechał Kościuszko, który przeforsował swoją wizję. Wzniósł system umocnień niepołączony jednolitymi murami, za to silnie wykorzystujący atuty pagórkowatego krajobrazu. System składał się z dwóch dużych fortów – „West Point” i „Generał Putnam”, trzech baterii artylerii nadbrzeżnej, trzech fortów pomocniczych, wreszcie – konstrukcji, która do historii przeszła pod nazwą Wieża Kościuszki. To niewielka sześciokątna konstrukcja, na której rozlokowano znaczną liczbę armat. Załogi wszystkich tych placówek były w stanie wzajemnie się wspierać, flankując ogniem nacierającego przeciwnika. Dodatkowo na rzece Hudson Kościuszko nakazał zbudować pływającą na tratwach zaporę, dodatkowo wspieraną przez dwie reduty ulokowane na drugim brzegu. West Point spełniło swoją funkcję. Widząc potęgę zastosowanych tam rozwiązań, gen. Henry Clinton, dowódca wojsk brytyjskich w Ameryce, zrezygnował ze szturmowania twierdzy.
Fort Clinton na mapie z 1883 roku.
Ostatecznie Amerykanie wojnę wygrali, a Kościuszko opuścił kontynent w stopniu generała brygady. W kolejnych latach wykorzystywał inżynierski kunszt podczas wojen we własnym kraju. Kiedy Polacy bronili przed Rosją zdobyczy Konstytucji 3 maja, polowe umocnienia wspierały ich na polach bitew pod Zieleńcami i Dubienką, a podczas walk insurekcyjnych Kościuszko fortyfikował Warszawę i Kraków.
Niestety, w tym wypadku jego wizjonerskie pomysły nie przełożyły się na sukces militarny. Ale o tym zdecydowały czynniki zewnętrzne – choćby sytuacja geopolityczna czy postawa dowódców. Być może właśnie to był jeden z czynników, który sprawił, że Kościuszkę jesteśmy dziś skłonni postrzegać bardziej jako idącego za porywami serca i zdolnego do poświęceń bojownika niż kalkulującego na chłodno genialnego inżyniera.
autor zdjęć: Obraz Bolesława Jana Czedekowskiego, West Point US Military Academy

komentarze