Oglądali na żywo proces produkcji armatohaubic K9 i zestawów rakietowych 239 Chunmoo w zakładach Hanwha Aerospace, poznawali proces kształcenia koreańskiej kadry oficerskiej. Dziesięcioosobowa delegacja Akademii Wojsk Lądowych gościła w Korei Południowej w ramach programu „Hanwha Global Challenger”. O swoich wrażeniach z wizyty opowiada pchor. Kacper Kuta, student IV roku AWL.
Podczas tygodniowego pobytu w Korei odwiedziliście między innymi fabryki koncernu Hanwha Aerospace, które dostarczają sprzęt dla Wojska Polskiego. Co utkwiło Panu najbardziej w pamięci z tej wizyty?
Mieliśmy okazję uczestniczyć w testach tego sprzętu, jazdach testowych, i to była naprawdę super sprawa. Jeździliśmy nie tylko armatohaubicami K9, lecz także wozami bojowymi K21. Wszystko to odbywało się na takim specjalnym, pagórkowato ukształtowanym torze testowym. Nie miałem pojęcia, że K9 może jeździć tak dynamicznie. Kierujący rozpędzał ją nawet do 70 km/h. Świetnie radziła sobie przy podjazdach pod wzniesienia. Tak zwana dzielność terenowa tych maszyn jest naprawdę niesamowita. Spodziewałem się, że sprzęt artyleryjski, który jest dużo cięższy od naszych bojowych wozów piechoty – to jest przecież kilkadziesiąt ton stali – będzie mniej mobilny, a tymczasem okazało się, że świetnie sobie radził zarówno jeśli chodzi o prędkość, jak i hamowanie z pełnego rozpędzenia, jazdę pod kątem, pokonywanie wzniesień itp. Było to naprawdę świetne doświadczenie.
A mogliście obserwować proces produkcyjny?
Tak. Nasi gospodarze naprawdę się do tego przyłożyli. Choćby taki detal: oprócz osób, które nas oprowadzały, zadbano o specjalne tabliczki w języku polskim, które umieszczono na każdym stanowisku – od cięcia blachy, aż po testy armatohaubic po ich złożeniu. Na tabliczkach było wyjaśnione, co się dzieje na danym stanowisku.
Mieliście również okazję odwiedzić koreański odpowiednik Akademii Wojsk Lądowych w Seulu…
Tak, spędziliśmy cały dzień na Korea Military Academy – głównej uczelni wojskowej w tym państwie. Z całą pewnością baza dydaktyczna robi wielkie wrażenie. Jest przede wszystkim potężna, niezwykle rozbudowana, oczywiście stoi na najwyższym poziomie, jeśli chodzi o sprzęt audiowizualny. Jednak moją uwagę zwrócił przede wszystkim system kształcenia. Zasada tam jest taka, że podchorążowie przez pierwszy rok nie wychodzą w ogóle poza teren uczelni! Wszystko odbywa się na miejscu. Z tego powodu jest to de facto takie minimiasto, z własnym szpitalem, obiektami takimi jak świątynie i inne, można powiedzieć „cywilne” obiekty.
Co Pana zaskoczyło, jeśli chodzi o proces kształcenia podchorążych?
Przede wszystkim wyczuwalne są dość znaczne różnice kulturowe. Hierarchia, dyscyplina ma tam wielkie znaczenie. Zdarzyło mi się też swoiste faux pas, gdy wyciągnąłem do jednej z osób rękę, co nie jest tam ogólnie przyjętym gestem. Tam wita się pokłonem, co stanowi podkreślenie hierarchii i jest wyrazem grzeczności. Widzieliśmy to również w relacjach między wykładowcami a studentami. Tamtejsi nauczyciele akademiccy przekazują wiedzę w sposób bardzo precyzyjny i przejrzysty, ale brakuje trochę europejskiej czy polskiej interakcji. Koreańscy studenci na przykład po wykładzie, gdy był czas na pytania, w ogóle ich nie zadawali. To jest ta różnica kulturowa, to znacznie wyraźniejsze podporządkowanie hierarchii. My z kolei zadawaliśmy pytania. Dla nas to było zupełnie naturalne, że następuje taka wymiana zdań z wykładowcą. Zwróciłem też uwagę na podejście do zajęć dodatkowych, sekcji itp. Koreańscy studenci mają wiele opcji do wyboru, np. z ciekawszych – można trenować tradycyjne łucznictwo i są strzelnice łucznicze, natomiast tam, w odróżnieniu od wrocławskiego AWL-u, każdy student ma obowiązek wybrać sobie zajęcia dodatkowe i co roku musi je zmieniać.
Czy mieliście też okazję poznać waszych koreańskich kolegów z tamtejszej uczelni wojskowej na stopie bardziej prywatnej?
Oczywiście. Były spotkania mniej oficjalne przy poczęstunku, świetnej koreańskiej kuchni. Dodam, że w hotelu w Seulu kucharz codziennie serwował coś innego. Było w czym wybierać. Mnie szczególnie do gustu przypadła potrawa, której nazwy niestety nie znam, ale był to boczek z ryżem zawijany w liście sałaty, podawany z sosami. Pyszności.
W Korea Military Academy poznaliśmy kadetów, którzy odwiedzą naszą uczelnię już w marcu, ale też spotkaliśmy osoby, które były już w Polsce. Na pytanie, dlaczego wybierają właśnie nasz kraj, odpowiadali, że właśnie u nas mogą się najwięcej nauczyć, jako że Polska jest krajem frontowym wschodniej flanki NATO. Wszyscy tam byli wobec nas niezwykle mili i dobrze do nas nastawieni.
Czyli był czas na rozmowy o specyfice służby w wojsku koreańskim i polskim?
Jasne. I to było też świetne doświadczenie. Pytaliśmy naszych kolegów m.in. o to, jak się żyje w państwie tak zmilitaryzowanym, które sąsiaduje przecież z dyktaturą wyposażoną w broń atomową. W Korei Południowej służba wojskowa jest obowiązkowa. I trwa minimum 18 miesięcy. To jest potężna armia (500 tys. żołnierzy i 3 mln w rezerwie – przyp. red.). Dało się wyczuć, nie tylko z ich opowieści, że to kraj naprawdę bardzo zmilitaryzowany. Zdarzało się, że pytano nas – a byliśmy umundurowani – czy jesteśmy żołnierzami z poboru. Mogliśmy więc przekonać się o tych dość istotnych i wyczuwalnych różnicach organizacyjnych między naszymi armiami.
Typowe skojarzenie Polaka z takimi miejscami, jak Korea Południowa ze stolicą w Seulu, są takie, że to supernowoczesny kraj z jeszcze bardziej nowoczesną stolicą. Przesadzone wyobrażenie?
Nie, absolutnie. Seul zrobił na nas wielkie wrażenie i faktycznie jest to trochę taka wyprawa w przyszłość. W potężnym, dziesięciomilionowym mieście czuliśmy się wyjątkowo bezpiecznie. Wszystko jest świetnie zorganizowane, no i faktycznie nowoczesne. Dość powiedzieć, że po przylocie padał tam śnieg. Spodziewaliśmy się więc, że rano – kiedy czekała nas dalsza jazda – będą z tego powodu problemy. Tymczasem okazało się, że mimo intensywnych opadów ulice w Seulu były rano czarne. Dowiedzieliśmy się, że są one… podgrzewane! Nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, ale po śniegu nie było śladu.
Tygodniowa wizyta w Korei była efektem porozumienia między AWL-em a koncernem zbrojeniowym Hanwha Aerospace. Koreański producent zasponsorował już m.in. stypendia dla podchorążych z Akademii Wojsk Lądowych oraz wymianę sprzętu audiowizualnego w dwóch salach audytoryjnych wrocławskiej uczelni – Auli Marszałka Piłsudskiego i Pułkownika Kuklińskiego. Wartość inwestycji Hanwha we współpracę z AWL-em wynosi 1,2 mln zł.
Oficerowie i studenci AWL-u zwiedzili też główną uczelnię wojskową tego kraju – Korean Military Academy, miejscowe Muzeum Narodowe czy muzeum poświęcone wojnie koreańskiej, a także strefę zdemilitaryzowaną na granicy między Koreą Południową a Północną. Natomiast w marcu koreańscy podchorążowie przyjadą na wymianę do Wrocławia.
autor zdjęć: Changwon National University, Grupa Hanwha

komentarze