Wrócimy do Patagonii

Po raz pierwszy polska drużyna wzięła udział w jednym z najtrudniejszych wyścigów świata. Nie udało się go ukończyć, ale do ostatniej chwili się nie poddawali.

Kiedy już było po czasie, wiedzieliśmy, że to koniec, że ponieśliśmy porażkę”, mówi Paweł „Shaggy” Pacholski, członek media teamu, który towarzyszył drużynie Spirit Of Poland w Patagonii. „Czekaliśmy na nich na jednym z punktów kontrolnych. W końcu zobaczyliśmy, że wracają i pobiegliśmy do nich. Spojrzałem na ich twarze i zobaczyłem, że byli naprawdę… Nie mogę używać wulgarnych słów, prawda?”.

Rafał i Paweł „Naval”, byli żołnierze GROM-u, Agnieszka, pracownik wojska, i Krystian, ratownik GOPR-u, od roku ciężko trenowali, by wziąć udział w Patagonian Expedition Race, który jest uznawany za jeden z ośmiu najtrudniejszych wyścigów świata. Jego uczestnicy muszą pokonać trasę, o szczegółach której dowiadują się dopiero 24 godziny przed startem. Spirit of Poland był pierwszym polskim zespołem, który zmierzył się z tym wyzwaniem (o przygotowaniach do wyścigu pisaliśmy w „Polsce Zbrojnej” nr 12/2015).

Nie ma czasu na emocje

Problemy zaczęły się już na starcie. Po długim locie z Warszawy do Patagonii, krainy położonej na terenie Chile i Argentyny, okazało się, że drużyna nie ma gdzie nocować. Hostel wycofał się z rezerwacji. Oprócz tego na granicy zatrzymano im prowiant – 40-kilogramowa paczka żywności liofilizowanej oraz batoników energetycznych zaniepokoiła strażników celnych. „Początki nie były łatwe, ale też nie jesteśmy z tych, którzy się załamują, bo nie mają swoich ulubionych batonów pod ręką”, śmieje się Rafał, kapitan drużyny oraz organizator całej wyprawy. „Poza tym szybko udało się nam znaleźć nocleg i uzupełnić zapasy jedzenia”.

Przed wyścigiem zawodnicy musieli przejść jeszcze dwa testy, by organizatorzy byli pewni, że poradzą sobie w najbardziej niebezpiecznych sytuacjach. W sprawdzianie brały udział dwie osoby z każdej drużyny. Polacy postawili na Rafała i Krystiana. Pierwszy test dotyczył umiejętności kajakarskich – musieli wywrócić kajak, w którym byli, i z powrotem do niego wsiąść. „Poszło nam bezbłędnie”, zapewnia Rafał. Potem organizatorzy sprawdzali umiejętności wspinaczkowe. „Najpierw wspinaliśmy się po linie kilka metrów w górę, a potem trzeba było przejść w poziomie 10 m”, opowiada.

Jedną z zasad wyścigu jest to, że jego uczestnicy poznają trasę 24 godziny przed startem. Tak było i tym razem. Kapitanowie i nawigatorzy z 19 drużyn spotkali się nocą, by poznać plan wyścigu. Każdy team dostał 12 map, na których były zaznaczone fragmenty trasy i limity czasowe, w jakich trzeba było je pokonać. „Byliście podekscytowani, zaskoczeni?”, pytamy Rafała. „Nie. Ale tak serio, nie było czasu na jakiekolwiek emocje. Trzeba było szybko opracować plan działania. Rozłożyć jedzenie i wodę, spakować rowery, kajaki. Sprawdzić, gdzie organizator ustalił punkty kontrolne. Poza tym przygotowywaliśmy się do wyścigu od roku, naprawdę byliśmy gotowi na wszystko, więc o zaskoczeniu trudno mówić”.

Trasa tegorocznych zawodów w Patagonii miała 612 km długości. Zaczęła się w oddalonym o 300 km od miejsca rejestracji Faro Dungeness nad Cieśniną Magellana. Pierwszym etapem był trekking – trzeba było pokonać na piechotę 34 km plaży. Potem etap rowerowy – 272 km w głąb lądu (otwarta przestrzeń z kiepskim dostępem do wody) – i znowu 72 km trekkingu. Następnie zawodnicy po raz kolejny mieli wsiąść na rowery i przejechać 110 km. „Potem był sześciokilometrowy etap kajakowy, prawie 80-kilometrowy trekking i znowu kajaki, i znowu trekking”, wylicza Rafał. Każdy z etapów miał odpowiedni limit czasowy. Np. pierwszy trekking trzeba było pokonać w 11 godzin.

Drużyna Spirit of Poland zrobiła to trzy godziny przed czasem. „Wyruszyliśmy o ósmej rano, na punkcie kontrolnym, czyli na finiszu tego etapu, byliśmy już około godziny 16”, wspomina były operator GROM-u. „Byliśmy zadowoleni z tego etapu, naprawdę dobrze nam poszło, chociaż trasa nie była łatwa. Musieliśmy iść kamienistą plażą, wiał silny wiatr i trzeba było uważać, żeby już na samym początku nie nabawić się kontuzji”.

Rajd rowerem

Zanim wsiedli na rowery, musieli odpowiednio przygotować sprzęt. Mieli kilka minut wytchnienia i po godzinnej przerwie ruszyli dalej w trasę. Nie było źle – mieli dwugodzinny zapas. Ale droga okazała się trudniejsza, niż się spodziewali. „Żeby wyjaśnić, na czym polegała trudność, trzeba zacząć od wiatru. W Polsce skoki spadochronowe odwołuje się, np. gdy wiatr wieje 30–40 km/h, bo jest to zbyt niebezpieczne. Tam porywy osiągały nawet 70–80 km/h”, mówi były operator GROM-u. Kamienistą trasę próbowali pokonywać po wąskich ścieżkach wyznaczonych przez jadący tam wcześniej samochód terenowy, ale podmuchy wiatru spychały ich z dość stabilnego szlaku. „Zaliczyliśmy wiele przewrotek, bo manewrowanie w nocy było bardzo trudne”, przyznają członkowie drużyny.

Etap rowerowy okazał się na tyle wymagający, że drużyna wielokrotnie musiała zsiadać ze swoich jednośladów i je prowadzić. „Ta faza wyścigu była szczególnie trudna dla Agnieszki. Ogromna siła wiatru i trudne podłoże okazały się wielkim wyzwaniem, dlatego czasami musieliśmy stosować technikę holowania, by jej pomóc. Ale to nie był czas na żale, bo drużyna jest całością”, tłumaczy mówi Rafał. „W zawodach tego rodzaju jest tak mocna, jak jej najsłabszy zawodnik. A jak widzieliśmy na przykładzie innych ekip, najsłabszym elementem nie zawsze jest kobieta”.

Spirit of Poland szybko stracił zapas dwóch godzin. Kolejne cenne minuty zawodnicy przeznaczyli na pomoc członkowi amerykańskiej drużyny. „Chłopak był totalnie odwodniony. Krystian, który jest ratownikiem górskim, oddał mu całą swoją wodę. Po rozmowie z kapitanem tamtej drużyny przekonaliśmy ich, że powinni wezwać pomoc medyczną. Tak też się stało – chłopak został odwieziony do szpitala. Udzielając pomocy, straciliśmy czas, ale to są tylko zawody – człowiek jest najważniejszy”, podkreśla Rafał.

Końcówka etapu rowerowego była dużym zaskoczeniem. Drużyna dotarła do miejsca, w którym… kończyła się droga. Mapa nie dawała jasnej odpowiedzi, w którą stronę mają ruszyć dalej, a ponieważ zapadał zmrok, postanowili przeczekać. „Mieliśmy przeczucie, że trzeba przenieść rowery po torfowisku. Ale w takich okolicznościach noc nie jest sprzymierzeńcem. Przyroda zaskakuje tam na każdym kroku, więc żeby się ustrzec niespodzianek, zdecydowaliśmy o postoju”, wspominają członkowie drużyny. Następnego dnia wszystko się wyjaśniło: rzeczywiście musieli przenieść rowery. To była jedyna możliwość, by dotrzeć do kolejnego punktu kontrolnego.

Morale drużyny nieco się podniosło. „Wciąż byliśmy w grze”, opowiadają. Rozpoczęli 78-kilometrowy trekking. „Nastroje dopisywały nam, dopóki nie zobaczyliśmy, jak trasa wygląda w rzeczywistości”, mówi Rafał. Pierwszy odcinek pokonali szybko i bez większych trudności. Później trafili na dolinę, która miała około 9 km długości. Idąc przez podmokły teren, stracili tempo. „Szliśmy cały czas w deszczu, a niekiedy towarzyszyły nam burze”, wspominają zawodnicy Spirit of Poland. Pokonywali rozlewiska, gigantyczne kałuże. Podczas wędrówki maszerowali na azymut, nawigowali jedynie za pomocą kompasu i mapy. „Ciągle traciliśmy czas”, opisuje Rafał. „Kiedy obeszliśmy jakieś rozlewisko, okazywało się, że trafiamy na kolejne i żeby je przejść, trzeba podejść z zupełnie innej strony”.

Wybawieniem dla zmęczonych wędrówką zawodników miała być przełęcz, za którą według mapy czekał łatwiejszy grunt. Niestety zaraz po tym, jak wspięli się na wysokość 1000 m, zobaczyli, że będzie jeszcze gorzej. „Kiedy wchodziliśmy na przełęcz, pogorszyła się pogoda”, wspomina Rafał. „Z nieba walił deszcz i grad, a wiatr dosłownie nas przesuwał z miejsca. Dostaliśmy nieźle w kość. Wszyscy byliśmy solidnie wymęczeni”.

Gdy zeszli w dół, musieli zmierzyć się z podmokłym, gęsto zarośniętym terenem. „Przed nami były pola pełne dwumetrowych krzaków”, opowiada kapitan drużyny. „Nie mieliśmy pojęcia, co będzie za chwilę, widoczność sięgała do 5 m. Przypominało to trochę buszowanie po polu wysokiej kukurydzy”.

Przed metą

W tym samym czasie kilkanaście kilometrów dalej na ekipę z Polski czekał jej media team: Paweł Pacholski, były żołnierz GROM-u, i Jerzy Ciszewski, specjalista ds. public relations. „Dla nas ten końcowy etap był bardzo niespokojny. Drużyny jedna po drugiej docierały do punktu kontrolnego albo wzywały medyków. A o naszych cisza, zero wieści”, wspomina Paweł. „W głowie pojawiło się kilka czarnych scenariuszy, byliśmy pewni, że mają jakąś kontuzję, że coś się musiało stać”. Dodatkowo na informacje o swoich bliskich czekali rodzina i przyjaciele członków drużyny. „Te, które dochodziły do nas od organizatorów, były sprzeczne, więc nie chcieliśmy ich podawać dalej. Było naprawdę nerwowo”, mówią.

Gdy drużyna Spirit of Poland została zmuszona do zorganizowania kolejnego noclegu na trasie, wiedziała już, że to koniec wyścigu. Skończył się jej czas i o terminowym dotarciu do mety nie było mowy. „Czy do punktu kontrolnego wracaliście już z większym luzem?”, pytamy Rafała. „Nie. Do końca robiliśmy wszystko najlepiej jak umieliśmy”, zapewnia były żołnierz GROM-u.

„Kiedy w końcu zobaczyliśmy naszą drużynę, zdaliśmy sobie sprawę z ich stanu i kondycji”, wspomina Paweł. „Pokonali 400 km – dodaje – więc byli naprawdę zmęczeni. Mieli podkrążone oczy, nadwerężone ścięgna Achillesa. No i byli porządnie wkurzeni”.

Zawodnicy przyznają, że do Patagonii pojechali, by ukończyć wyścig, a nie walczyć o miejsce na podium. „Wyścigu nie ukończyliśmy z powodu przekroczenia limitu czasowego, a nie dlatego, że ktoś się poddał”, mówi kapitan drużyny i dodaje: „Mieliśmy potencjał, by ukończyć zawody. Zabrakło trochę szczęścia, a my popełniliśmy parę błędów taktycznych. Dla mnie jako organizatora i dla reszty teamu to niezła szkoła, ogromne doświadczenie i czasami lekcja pokory. Mimo wszystko bardzo dziękuję tym, którzy wierzyli w naszą drużynę i od początku trzymali kciuki za eskapadę”.

Po zakończonej rywalizacji przyszedł czas na analizę i wnioski. Kapitan drużyny w przyszłości zamierza np. zmienić zasady prowadzenia treningów. „W tej edycji, z uwagi na nasze zobowiązania zawodowe i miejsce zamieszkania, postawiliśmy na treningi indywidualne. Okazało się, że ta metoda sprawdziła się w 75%. Dlatego w przyszłości na pewno będziemy trenować zespołowo”, mówi Rafał. „Poszukam ludzi, którzy będą mogli poświęcić naprawdę dużo czasu na przygotowanie do wyścigu”.

Kto w przyszłości wyruszy do Patagonii? Tego jeszcze nie wiadomo. „Nie wiem, czy będzie to ta sama ekipa. Wszystko zależy od tego, czy zawodnicy będą dysponować odpowiednimi finansami i czy są gotowi przyjąć naprawdę surowe warunki treningów”, mówi Rafał. I na koniec dodaje, że chciałby wystartować w kolejnej edycji, ale tym razem do Patagonii pojedzie nie po to, by ukończyć wyścig. Pojedzie tam, by zawalczyć o podium.

Magdalena Kowalska-Sendek, Ewa Korsak

autor zdjęć: Spirit of Poland





Ministerstwo Obrony Narodowej Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Żandarmeria Wojskowa Inspektorat Uzbrojenia Inspektorat Implementacji
Innowacyjnych Technologii Obronnych
Dowództwo Garnizonu Warszawa

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO