ZDOBYWCY STRATOSFERY

Z operatorem Jednostki Wojskowej GROM o przygotowaniach do najważniejszego skoku w życiu i 10-kilometrowym locie w dół z zamkniętym spadochronem rozmawia Ewa Korsak.

Jak wygląda stratosfera?

Pytasz o widoki? W dniu bicia rekordu wszystko zasłoniły chmury. Było absolutnie biało, można było się poczuć jak na biegunie. Przeszkadza temperatura – minus 55oC i bardzo niskie ciśnienie – około 200 hPa. Ciężko oddychać w takich warunkach.

Jak to się stało, że akurat Ty się tam znalazłeś?

Kolega, który jest pomysłodawcą bicia rekordu, zaproponował mi jako pierwszemu udział w projekcie. Mam doświadczenie w skokach wysokich. Od dziesięciu lat służę w JW GROM, jestem instruktorem spadochronowym AFF [Accelerated Free Fall] i pilotem tandemu. Ale żeby ustanowić rekord w skoku formacją, musieliśmy mieć w teamie minimum trzy osoby. Takie są przepisy Międzynarodowej Federacji Lotniczej [FAI]. Zaprosiliśmy więc jeszcze jedną osobę oraz dwóch pilotów balonowych.

Do skoku przygotowywaliście się dwa lata. To długo.

Sporo czasu zajęło nam szukanie sponsora, potrzebowaliśmy pieniędzy na zakup specjalistycznego sprzętu, na próby i treningi. Jednocześnie obmyślaliśmy plan skoku: jak to zrobić, jakiego sprzętu użyć, kiedy, gdzie… Ustalaliśmy harmonogram i budżet. Pierwszy rok poświęciliśmy planowaniu i zgrywaniu zespołu. Odbyliśmy mnóstwo skoków treningowych ze standardowej wysokości 4000 m. Korzystaliśmy z tunelu aerodynamicznego w Lesznie. Wszyscy jesteśmy doświadczonymi skoczkami i wcześniej w ten sposób nieraz trenowaliśmy. Chodziło jednak o to, żeby sprawdzić nasze kombinezony oraz przećwiczyć procedury awaryjne. Mogliśmy też ćwiczyć spadanie formacją w kombinezonach, których zamierzaliśmy użyć w trakcie skoku ze stratosfery w czasie dłuższym niż ze standardowej wysokości 4000 m. Wykonaliśmy oprócz tego dwa skoki wysokie – z 5800 m i z 7800 m.

Z balonu?

Nie. Z samolotu. Z balonu skoczyliśmy tylko raz – 11 listopada, na Święto Niepodległości. Za to sporo trenowaliśmy w koszu balonu. Chcieliśmy przećwiczyć samo wyjście z niego. Chodzi o odpowiednie ustawienie się do skoku oraz oddzielenie od kosza w odpowiednim momencie. Bo nie używaliśmy specjalnego antypoślizgowego podestu, który znajdował się na jednej ze ścian kosza – oczywiście od zewnętrznej strony. Musieliśmy się tak ustawić, by skoczyć razem, jednocześnie. Inaczej prawdopodobnie nie utrzymalibyśmy chwytów i formacji. Chcieliśmy opracować taktykę, dzięki której to zgranie będzie perfekcyjne. Ja byłem odpowiedzialny za tzw. timeing, podawałem komendę do skoku: „Polska Stratosfera, ready, set, go…”. I na „go” wykonywaliśmy skok.

Czy można na ziemi sprawdzić swoją reakcję na niskie ciśnienie i temperaturę, które panują w stratosferze?

Tak. Mieliśmy próby w komorze niskich ciśnień i niskich temperatur. W tej pierwszej, znajdującej się w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej, przeszliśmy dwie próby do wysokości 12 tys. m. Sprawdziliśmy reakcję naszych organizmów na ekspozycję niskiego ciśnienia oraz potwierdziliśmy, ile tak naprawdę będziemy potrzebować tlenu. Próby przechodziliśmy pod okiem mjr. Roberta Drozdowskiego, lekarza z Wojskowego Instytutu Medycznego. Z kolei w komorze niskich temperatur chcieliśmy sprawdzić, czy nasze ubrania zapewnią komfort i czy nie zamarznie nam aparatura tlenowa. Spędziliśmy więc ponad godzinę w temperaturze poniżej minus 20oC. Dobrze, że to zrobiliśmy, bo postanowiliśmy dokupić jeszcze specjalne buty puchowe.

Nie skoczyliście w tradycyjnych kombinezonach…

Garderobę trzeba było dopasować do warunków atmosferycznych. Żeby przeżyć w minus 55oC, mieliśmy na sobie aż cztery warstwy ubrań. Pierwsza to bielizna termoaktywna, którą można kupić w każdym sklepie. Z kolejnymi rzeczami nie było tak prosto – bielizna elektryczna, cztery obwody: skarpetki, dolna część bielizny, bluza i rękawiczki. Ta bielizna oryginalnie została zaprojektowana dla motocyklistów i nurków, a my ją nieco udoskonaliliśmy, tak by spełniała nasze wymagania. To była druga warstwa. Trzecia to kombinezon puchowy. Czwarta – kombinezon wierzchni, bardzo duży, tak aby mógł pomieścić wszystko, co mieliśmy na sobie. Niełatwo było nauczyć się sterować ciałem w tak wielkim kombinezonie. Przy dobieraniu ubrania przydało się wcześniejsze doświadczenie himalaistyczne jednego z uczestników projektu oraz moje z GROM-u.

Ubrania to jedno, ale bez odpowiedniego sprzętu nie da się tam przecież oddychać?

Potrzebowaliśmy sprzętu tlenowego. Korzystaliśmy z trzech różnych instalacji. Z pierwszej jeszcze na ziemi, przed skokiem.

Dlaczego?

Musieliśmy się pozbyć z organizmu azotu, żeby zapobiec chorobie dekompresyjnej. Oddychać czystym tlenem przez 75 min do wysokości 3050 m. Większość saturacji odbyła się na ziemi, ostatnia część już w czasie wznoszenia w balonie, żeby nie tracić czasu, bo o tej porze roku dzień jest krótki. Druga aparatura tlenowa była w koszu balonowym. Musieliśmy tak naprawdę zbudować ją sami, bo żadna z istniejących nie dawała możliwości oddychania przez tak długi czas: dwie godziny podczas wznoszenia dla całej załogi i godzina dla pilotów balonowych. Przecież my wyskoczyliśmy, a oni musieli jeszcze wylądować, co przy takiej wielkości balonu nie było prostym zadaniem. Trzeci układ aparatury tlenowej to osobiste wyposażenie – butla i maska, które pozwalały nam przetrwać po wyskoczeniu z balonu. Korzystaliśmy z doświadczeń osób, które biły wcześniejsze rekordy, oraz himalaistów. To oni podpowiedzieli nam, żeby okleić miejsca połączeń maski tlenowej z twarzą taśmami stosowanymi u osób przechodzących rehabilitację, chroniącymi między innymi przed bólem i leczącymi stany zapalne. Dzięki temu mieliśmy tylko drobne odmrożenia na twarzy, które zniknęły po kilku dniach.

Baliście się czegoś?

Do 8000 m występuje tzw. tolerancja tlenowa. Jeśli wysiądzie ci aparatura, masz trochę czasu, żeby wykonać skok i znów znaleźć się w strefie bezpiecznej. Powyżej 8000 m człowiek jest w stanie wytrwać tyle, ile może wytrzymać na bezdechu. Było więc ryzyko, że gdy pójdzie coś nie tak z aparaturą tlenową, to może być duży problem… Zdawaliśmy sobie sprawę z większości niebezpieczeństw. Chociażby ryzyka choroby dekompresyjnej. Jeśli pojawi się ból w stawach czy kościach, nie można lecieć wyżej. Trzeba skoczyć. Życie i bezpieczeństwo są najważniejsze, nie rekord. Założyliśmy, że jeśli ktoś z nas będzie miał objawy choroby dekompresyjnej – skacze. Reszta leci dalej i rekordu już nie bije. Jedynym celem byłoby wówczas dotarcie do stratosfery.

Czego jeszcze spodziewaliście się już na dole?

Niskiego ciśnienia. Na wysokości 11 tys. m wynosi ono około 200 hPa. Ale i na to się przygotowaliśmy. Nad naszym zdrowiem czuwał mjr Robert Drozdowski, również zapalony spadochroniarz. Powiedział, co nam grozi i ustalił granice, których nie mogliśmy przekroczyć. Kiedy byłem w stratosferze, wszystko się sprawdziło. Pierwszy raz w życiu czułem, że nie mogę pobrać tyle tlenu, ile chcę. Nawet pytałem chłopaków, czy na pewno mamy wszystko odkręcone na maksa (śmiech).

Skok musiał wyglądać w określony sposób?

Biliśmy dwa rekordy wysokościowe skoku ze spadochronem formacją. Musieliśmy mieć jeden chwyt od samego początku, od wyskoku do momentu rozejścia się formacji przed otwarciem spadochronów. Cała trudność polega na tym, że na wysokości 11 tys. m powietrze jest rzadsze, a prędkość opadania zdecydowanie większa, więc łatwiej o puszczenie chwytu albo inne komplikacje, które nie pozwoliłyby pobić rekordu. Nie sprzyja też to, że skok z balonu to skok w tzw. studnię. Nie ma strug powietrza, wytwarzanych przez lecący samolot, na których, jak mawiają skoczkowie, można się oprzeć. My nie mieliśmy tego „podparcia”. Ustaliliśmy, że będziemy skakać w sposób, w jaki to robią instruktorzy AFF z uczniami-skoczkami, ponieważ jest to najbardziej stabilna formacja. Uczeń znajduje się w środku, dwóch instruktorów po prawej i lewej stronie. Wydaje się proste? Ale nie na wysokości stratosfery!

W standardowym skoku jest tak, że skoczek po opuszczeniu statku powietrznego rozpędza się i po około 10 s osiąga tzw. prędkość graniczną
(siła ciężkości skoczka zrównuje się z siłą oporu czołowego), jest ona stała i wynosi około 50 m/s, czyli mniej więcej 180 km/h. Gdy powietrze jest tak rzadkie, jak na wysokości 11 tys. m, tę prędkość osiąga się szybciej, po około 7 s, i jest ona znacznie większa, wynosi ponad 300 km/h, co powoduje, że trudniej jest utrzymać chwyty. Ale zrobiliśmy wszystko, żeby się udało, dopilnowaliśmy szczegółów. Na przykład tych dotyczących naszej wagi. Przed skokiem bardzo się pilnowaliśmy, żeby nie przytyć, ani nie schudnąć. Każdy z nas ważył około 82 kg. Jeśli różnica między naszym ciężarem ciała byłaby zbyt duża, mielibyśmy większe trudności, żeby utrzymać rekordową formację.

Do skoku była wam potrzebna idealna pogoda.

Tak! Zresztą z tego powodu trzeba było przesunąć datę skoku. Pierwsza próba miała się odbyć w listopadzie, ale padał deszcz, wiał wiatr, a chmury były zbyt nisko. Musieliśmy mieć bardzo dokładną prognozę pogody. Korzystaliśmy ze specjalistycznych analiz. Mieliśmy pomiar wiatrów ze wszystkich warstw – co 100 m, aż do wysokości 11 tys. m. Mieliśmy również program komputerowy, który symulował lot balonu w określonych warunkach pogodowych. Po skoku porównywaliśmy dane rzeczywiste z tymi z programu – niewiele się różniły.

Z kim jeszcze musieliście współpracować, żeby się udało?

Z Polską Agencją Żeglugi Powietrznej, bez niej to przedsięwzięcie nie mogłoby się odbyć. Ponieważ znajdowaliśmy się na wysokości lotów samolotów pasażerskich, trzeba było wydzielić nam przestrzeń powietrzną. Bardzo ściśle współpracowaliśmy też z Wojskowym Instytutem Medycyny Lotniczej – tylko tam mogliśmy przetestować nasze organizmy w warunkach, w których mieliśmy się wkrótce znaleźć.

Co przeżywa ktoś, kto skacze z 11 tys. m? Przekracza granice i wyznacza nowe?

Zdziwisz się, ale wielkich emocji nie odczuwałem. Byłem bardziej ciekawy niż zestresowany. Do tej pory granicę troposfery i stratosfery mogłem oglądać z okna samolotu pasażerskiego. Była więc we mnie ciekawość, jak tam jest. Czy rzeczywiście tak zimno? Czy wieją tam silne wiatry, które będą na przykład bardzo bujać balonem? Jak odczuję ciśnienie? My, skoczkowie, troszkę inaczej patrzymy na to wszystko niż piloci czy pasażerowie. Oni bezpiecznie czują się w samolotach, my natomiast – gdy wyskoczymy. I to, co się działo po wyskoku, było niezwykłe, dlatego że swobodne spadanie było zdecydowanie dłuższe niż zazwyczaj. Mój przyrząd zarejestrował opóźnienie 2 min i 38 s, tak więc to jest prawdopodobnie najdłuższe zarejestrowane w Polsce swobodne spadanie. Właściwie to było jak latanie. Z zamkniętym spadochronem przeleciałem prawie 10 km. Gdybym nie miał na twarzy maski, na pewno byłoby widać, jak bardzo się cieszyłem.

Ale dla mnie nie była to tylko próba ustanowienia rekordu, ale także skok doświadczalny z dużej wysokości, możliwość przetestowania ubiorów, maksymalnego pułapu sprzętu tlenowego i oczywiście organizmu w warunkach ekstremalnych.

Skakanie ze stratosfery kojarzy się z szaleństwem. Tymczasem jesteś człowiekiem niezwykle opanowanym.

Można powiedzieć, że jestem doświadczonym skoczkiem. To doświadczenie przychodzi z liczbą skoków. Szaleństwo nie. Nie porywam się na coś, jeśli wiem, że nie dam rady tego zrobić. Lubię ryzyko, ale kontrolowane. Chodzi o dojrzałe, odpowiedzialne podejście. Ale jeśli chcesz mieć element szaleństwa, to powiem tak: kiedy spadochrony od dawna są twoim sposobem na życie, a tak jest w moim wypadku, to decyzja o wzięciu udziału w takim przedsięwzięciu staje się nie problemem, lecz wyzwaniem, któremu musisz sprostać.

Twoja rola była w tym projekcie szczególnie ważna.

Tak. W naszym teamie miałem największe doświadczenie spadochronowe, byłem odpowiedzialny za przygotowanie treningów i metodykę skoku. Ponadto już w czasie rekordu to ja otwierałem spadochron najniżej z naszej trójki i decydowałem o tym, gdzie lądujemy. To było niezwykle trudne, bo kiedy skaczę ze standardowych wysokości, nawet przy pełnym zachmurzeniu, bez widoczności ziemi, nie mam problemu z określeniem, gdzie wyląduję – oczywiście używam nawigacji GPS – i w 99% udaje mi się trafić tam, gdzie zamierzałem. Tutaj było inaczej. Nie było wyznaczonego punktu, do którego miałem nawigować i nie do końca mogłem przewidzieć, czy wylądujemy na jakiejś łące, polanie, czy w lesie. Ale wszystko poszło okej. Po wylądowaniu – olbrzymia satysfakcja, że się udało. Bo nie zawiedliśmy nie tylko osób, które sporo zainwestowały, by nam pomóc, lecz także samych siebie. No i pobiliśmy dwa wysokościowe rekordy Europy. Zapisaliśmy się w historii światowej aeronautyki!

Kiedy oficjalnie zostanie to ogłoszone?

Rekordy czekają na zatwierdzenie – Międzynarodowa Federacja Lotnicza ma na to 120 dni. Skok obserwowało pięciu niezależnych międzynarodowych sędziów – obserwatorów, przedstawicieli Aeroklubu Polskiego i FAI (trzech spadochronowych, dwóch balonowych). Byliśmy wyposażeni w rejestratory parametrów skoku i pięć kamer typu GoPro. Wszystkie wskaźniki, takie jak: wysokość skoku, prędkości maksymalna, minimalna i średnia, wysokość otwarcia spadochronu itp., zostały zapisane przez komputer za pomocą specjalnych programów. Musieliśmy przekazać też nagrania z naszych kamer umieszczonych na kaskach.

Zdradzisz, czy podczas lotu i skoku coś poszło nie tak?

Jedną z trudności bicia rekordu było to, że skakaliśmy z balonu na ogrzane powietrze. W skrócie działa to tak, że musi być płomień, który nagrzewa powietrze znajdujące się wewnątrz powłoki balonu i dzięki różnicy gęstości powietrza balon leci do góry. Ale żeby był płomień – musi być tlen. Ciężko jednak o tlen w stratosferze. Zwykłe palniki zaczynają szwankować na wysokości około 8000 m. Kupiliśmy więc palnik do lotów wysokościowych. To była nasza tajna broń! (Śmiech) Tylko że wówczas był to drugi taki planik wyprodukowany na świecie. Pierwszy został wypróbowany do wysokości 7000 m. Producent zapewniał, że jest przeznaczony do zastosowania w locie nad Mount Everestem. My zdecydowaliśmy użyć go wyżej.

Było wyjście awaryjne?

Coś tam planowaliśmy. Na szczęście palnik zadziałał bardzo dobrze i wyniósł nas na wysokość ponad 11 tys. m, i to w czasie o połowę krótszym, niż zakładały obliczenia inżynierów. Ale zgasł na wysokości 11 125 m. Było zagrożenie, że nie będzie rekordów. Padł sygnał do skoku, ale potrzebowaliśmy chwili, żeby odpiąć się od aparatury tlenowej, która znajdowała się w koszu balonowym, wyjść na zewnątrz, ustawić się i skoczyć. Straciliśmy ponad 400 m i ostatecznie skoczyliśmy z 10 600 m nad gruntem. Ale do rekordu wpisuje się wysokość nad poziomem morza, czyli ostatecznie skok odbył się z 10 735 m. I to jest to, co poszło nie tak. Tak naprawdę podczas prób przygotowywaliśmy się do wszystkiego. Mieliśmy procedury awaryjne na każdą ewentualność. Wiedzieliśmy jak postępować. Wcześniejsze próby dały nam odpowiedz na 90% pytań, które nas nurtowały na początku projektu. Ale zawsze coś się może zdarzyć. Te pozostałe 10% to był ten palnik!

Komu dedykowaliście rekord?

Cichociemnym, patronom Jednostki Wojskowej GROM. Nie mogło być inaczej, bo to od nich wszystko się zaczęło. Ale chcę też podziękować dowództwu GROM-u za zaufanie i wsparcie oraz kolegom z jednostki za pomoc w przygotowaniach do rekordu, a także w czasie samego skoku.

 

Ewa Korsak

autor zdjęć: Bartek Syta





Ministerstwo Obrony Narodowej Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Żandarmeria Wojskowa Inspektorat Uzbrojenia Inspektorat Implementacji
Innowacyjnych Technologii Obronnych
Dowództwo Garnizonu Warszawa

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO