moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

Desant, który się nie odbył

Moi chłopcy zgniotą RAF! – przechwalał się dowódca Luftwaffe Hermann Göring. W lipcu 1940 roku niemieckie myśliwce i bombowce ruszyły na Wielką Brytanię. Naloty na obiekty militarne, a potem cele cywilne miały złamać opór aliantów i otworzyć drogę morskiemu desantowi. Po raz pierwszy od rozpętania wojny Hitler nie osiągnął jednak założonego celu.

Formacja Defiantów z 264 Eskadry RAF-u (PS-V został zestrzelony 28 sierpnia 1940 nad Kentem przez Bf 109). Fot. Wikipedia

Półkoliste arkusze blachy falistej należy wkopać w ziemię, a potem obłożyć je kamieniami i przysypać piachem. Tak powstaje Anderson Shelter – prymitywny schron, w którym wraz z rodziną można przetrwać nalot. Pod warunkiem oczywiście, że bomba nie spadnie bezpośrednio na niego albo tuż obok, w mgnieniu oka zamieniając go w zbiorową mogiłę. Pół biedy, jeśli kryjówka zostanie „tylko” przysypana gruzem z walących się domów. Wraz z budulcem rząd dostarcza bowiem ulotki z instrukcją, jak bezpiecznie wydostać się z pobojowiska.

Na pomysł budowy przydomowych schronów wpadł brytyjski minister spraw wewnętrznych John Anderson. Jesienią 1940 roku mieszkańcy Londynu masowo stawiali je w swoich ogródkach. Inni ucieczki przed niemieckimi bombami szukali na stacjach metra. Tymczasem ponad ich głowami od kilku miesięcy trwała zażarta bitwa. „Wycie silników, grzechot broni maszynowej, rozwinięte grzyby białych spadochronów, palące się samoloty z ogonami czarnego dymu – musiało to bardzo efektownie wyglądać. Nie wiadomo było, kto do kogo strzela, linie pocisków zapalających i świetlnych krzyżowały się jak pajęczyna i trafiało się, że w ferworze walki piloci atakowali swoich kolegów” – wspominał Witold Urbanowicz, polski pilot i dowódca Dywizjonu 303. Tak oto ważyły się losy Wielkiej Brytanii, a w ślad za nią pewnie i także losy II wojny światowej.

Atak przed desantem

25 czerwca 1940 roku skapitulowała Francja. Pięć dni później Hitler zajął Jersey, Guernsey i Alderney – niewielkie brytyjskie wyspy na kanale La Manche. Dalej jednak pójść nie zamierzał, przynajmniej na razie. Zakładał, że Wielka Brytania oszołomiona sukcesami Wehrmachtu zdecyduje się na zawarcie pokoju, uzna niemieckie zdobycze terytorialne i zostawi mu wolną rękę na kontynencie. Winston Churchill jednak powiedział: „nie”.

Po odrzuceniu oferty Hitler rozpoczął przygotowania do kolejnej inwazji. Operacja otrzymała kryptonim „Lew morski”. Zakładała desant lotniczy, a potem morski z kilku portów okupowanej Francji i Belgii. Już pierwszego dnia w Wielkiej Brytanii miało wylądować od 70 do 90 tysięcy niemieckich żołnierzy. Łącznie dowództwo Wehrmachtu zamierzało przerzucić tam około 30 dywizji. Termin desantu został wyznaczony na połowę września. Hitler wiedział jednak, że kluczowym warunkiem jego powodzenia jest zniszczenie brytyjskiego lotnictwa i osłabienie floty. Zadanie zostało powierzone Luftwaffe. – Parametry techniczne samolotów, jakimi dysponowały obydwa państwa, były zbliżone. Myśliwce Spitfire czy Hurricane nie ustępowały Messerschmittom 109. Niemcy jednak mieli wyraźną przewagę, jeśli chodzi o liczbę maszyn – podkreśla dr Grzegorz Śliżewski, historyk i autor książek dotyczących historii polskiego lotnictwa w czasie II wojny światowej. Luftwaffe dowodzona przez Hermanna Göringa była w stanie wysłać prawie 2,7 tysiąca bombowców i myśliwców podzielonych na cztery floty. Operowały one z Francji, Belgii, Holandii, a także Norwegii i Danii. Brytyjczycy mogli im przeciwstawić około 1300 maszyn.

Za pierwszą odsłonę niemieckiej operacji „Adler” historycy skłonni są dziś przyjmować zmasowany atak na brytyjski konwój, który 8 sierpnia 1940 roku pojawił się na kanale La Manche. Niemcom udało się wówczas zatopić siedem jednostek i uszkodzić sześć kolejnych. Zestrzelili też kilkanaście samolotów RAF. Sami stracili ponad 30 maszyn. Trzy dni później piloci Luftwaffe zrzucili bomby na porty w Weymouth i Portland. Bitwa o Anglię rozpętała się na dobre.

Najpierw Niemcy postanowili atakować brytyjskie fabryki, porty i lotniska. Chcieli sparaliżować przemysł, przerwać dostawy sprzętu i amunicji dla armii, zniszczyć kluczową dla niej infrastrukturę, a przy tym unieszkodliwić jak największą liczbę samolotów RAF. Brytyjczycy na początku z trudem radzili sobie ze zmasowanym uderzeniem. Szybko jednak wyciągali wnioski. Dowodzący RAF marszałek Hugh Dowding nakazał między innymi wyprowadzić dowództwa poszczególnych jednostek poza bombardowane lotniska i przeorganizować pracę obsługi naziemnej tak, by brytyjskie samoloty były zdolne do startu w ciągu kilku minut. – Brytyjczycy umiejętnie korzystali też ze stacji radarowych, które wówczas dopiero wchodziły do użycia – tłumaczy dr Śliżewski.

Tymczasem nastała jesień. Mimo przechwałek Göringa, Niemcy nie zdołali przybliżyć się do zwycięstwa nawet na krok. Postanowili więc zmienić taktykę.

Lew w szufladzie

5 września Hitler wydał rozkaz: ciężar operacji „Adler” należy przerzucić na brytyjskie miasta. Bombowce Luftwaffe zaczęły atakować między innymi dzielnice mieszkaniowe Londynu. W ten właśnie sposób Niemcy chcieli sterroryzować Brytyjczyków i zmusić ich do złożenia broni. – Był to jednak błąd, który okazał się brzemienny w skutkach – uważa dr Śliżewski. – Luftwaffe, koncentrując się na bombardowaniu miast, traciła z oczu cele militarne. Brytyjskie fabryki miały czas, by wrócić do względnej równowagi. Produkowały amunicję i nowe samoloty. Dzięki wzmożonemu wysiłkowi RAF był w stanie znacznie szybciej niż Luftwaffe uzupełniać poniesione straty. Co więcej, rozbudowywał swój potencjał – podkreśla historyk.

Londyn po bombardowaniu. Fot. Wikipedia

15 września Hitler postawił niemal wszystko na jedną kartę. Na Londyn sunęły kolejne fale samolotów. Tego dnia niemieckie maszyny miały wykonać około tysiąca lotów bojowych. Witold Urbanowicz tak opisywał po latach atmosferę panującą wówczas w kwaterze głównej 11 Grupy Myśliwskiej w Uxbridge. „W rannych godzinach dostałem wezwanie. Kiedy startowały pierwsze samoloty, do operation room wszedł Churchill. W powietrze rzucono wszystkie dywizjony. Gdy Churchill zapytał Keitha Parka (oficer sztabu i taktyczny dowódca w czasie bitwy o Anglię – przyp. red.), jakie są rezerwy, usłyszał, że żadne”. Według historyków to był decydujący dzień lotniczej batalii o Wielką Brytanię. Wściekły atak Niemców nie zdołał złamać alianckiego oporu. Dwa dni później Hitler nakazał odłożyć rozpoczęcie operacji „Lew morski” na czas nieokreślony. Naloty co prawda trwały, ale Niemcy chyba sami przestawali powoli wierzyć, że przyniosą jakikolwiek skutek. Nie pomogło nawet włączenie się w nie lotnictwa włoskiego.

12 października Führer poprzez marszałka Wilhelma Keitla ogłosił przeniesienie inwazji na Wielką Brytanię na kolejny rok, a niebawem... rozpoczął przygotowania do wojny z ZSRR. Powoli stawało się jasne, że plany związane z „Lwem morskim” trafiły do szuflady na dłużej, a być może na zawsze.

– Za datę zakończenia bitwy o Anglię brytyjscy historycy zwykli uznawać 31 października 1940 roku. Jest to jednak cezura symboliczna. Właściwie trudno powiedzieć, co takiego się wówczas wydarzyło. Na pewno w tym czasie dzienne naloty na Wielką Brytanię zaczęły słabnąć, ale Niemcy nadal atakowali nocą. Wiosną kolejnego roku powrócili również do uderzeń przeprowadzanych w dzień – zaznacza dr Śliżewski. – Dla porównania, historycy z Niemiec za koniec batalii uznają czerwiec 1941 roku, kiedy to nastąpił atak na ZSRR w ramach planu „Barbarossa” – dodaje.

Piloci Dywizjonu 303. Fot. Wikipedia

Nie ma jednak żadnych wątpliwości: Hitler poniósł w tej bitwie porażkę. Stworzona przez niego machina wojenna, która do tej pory niczym walec przetaczała się po Europie, po raz pierwszy się zacięła. Batalia okazała się ogromnym sukcesem brytyjskiej armii, ale nie tylko. Ramię w ramię z Brytyjczykami walczyli lotnicy z kilku innych krajów, w tym Polski, którzy zebrani zostali w czterech dywizjonach – dwóch myśliwskich oraz dwóch bombowych. – Dywizjon 303 okazał się najskuteczniejszą z jednostek biorących udział w bitwie. Jego piloci strącili 126 nieprzyjacielskich maszyn. Był to niewątpliwie efekt ich umiejętności. Nie bez znaczenia był też jednak fakt, że dywizjon stacjonował w pobliżu Londynu, gdzie toczyły się ciężkie walki. Piloci mieli sporo okazji, by zaprezentować swój kunszt – podkreśla dr Śliżewski. – Kiedy w tamten rejon na pewien czas zostali przeniesieni lotnicy z Dywizjonu 302, zanotowali nie gorsze rezultaty – podsumowuje.

Podczas pisania korzystałem z publikacji: Witold Urbanowicz, „As. Wspomnienia legendarnego dowódcy Dywizjonu 303”, Kraków 2016; Stephen Bungay, „Bitwa o Anglię”, Kraków 2010; Michael Korda, „Bitwa o Anglię. Strategia zwycięstwa”, Warszawa 2010.

Łukasz Zalesiński

autor zdjęć: Wikipedia

dodaj komentarz

komentarze


Kolejni gunnerzy na horyzoncie
Polski pocisk 155 mm coraz bliżej
Jak przetrwać kryzys?
Geran-5. Rakieta w cenie drona?
Gotowi na wszystko
MSPO 2026 – serwis specjalny „Polski Zbrojnej”
Dron z Bałtyku był uzbrojony
Cios w plecy
„Nieustraszony orzeł”
Żołnierze z medalami w kurash
Koniec okularów w służbie?
Lockheed Martin o polskim programie dotyczącym F-35
Szkolenia „wGotowości” czyli warto się przygotować
Strażnicy lotniska
FPV po polsku
Białorusini ćwiczą przy granicy z Polską
Łzy na treningu to cena, jaką warto zapłacić za sukces
Belma na MSPO: tu rozmowy zamieniają się w projekty
Leopardy pokonały rzekę
Po medale na nartorolkach i w kajaku
Czołgi K2 będą naprawiane w Poznaniu
Saperzy wzmacniają granicę z Ukrainą
Wojskowe MMA dla terytorialsów
Jak Polska wykorzystuje unijne pożyczki
Polska a broń jądrowa – mity i fakty
Prawie 200 mld zł na zbrojenia w projekcie budżetu
Kolejna rosyjska prowokacja w powietrzu
Gorący lipiec PKW Łotwa
Lubelscy terytorialsi pomogli ofiarom wypadku
„Agat. Siła i ogień”. Album już w sprzedaży
„Horyzont” przedłużony
Agresja na Polskę nie była „spacerem”
„Czarny obrońca” na Bałtyku
Piechur, artylerzysta, lotnik i… hydraulik
Więcej Czarnych Panter w Braniewie
Defendery dla najlepszych z najlepszych
Medale w skokach na celność lądowania
Polska i Litwa wspólnie będą badać incydenty z dronami
Silniejsza Polska to silniejsze Włochy
Abordaż z polskim wsparciem
Pamięć o amerykańskim bohaterze
Program SAFE w pytaniach i odpowiedziach
Bezpieczeństwo wspólnym mianownikiem
Finowie o bezpieczeństwie w Europie do 2040 roku
Samorządy filarem odporności państwa
MON proponuje zmiany przepisów ubiorczych
Rój dronów wesprze walkę z okrętem podwodnym
Pancerniacy i spadochroniarze
„Czarny obrońca” zabytków
Flanka pod strażą
Drony i roboty na MSPO 2026
Polska w koalicji antybalistycznej
Czołgi, drony i... Francuzi
Coraz więcej Abramsów w Wojsku Polskim
W wojsku nie wszystkie butelki z kaucją?
PZL P.11c – Pościgowy taran!
Z prądem i pod prąd
Berlin: Rosja próbowała doprowadzić do zamachu na lotnisku
Medale kajakarki, wspinaczki i spadochroniarek

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO