Otwarte bramy Europy

Jakie są największe zagrożenia związane z obecnym kryzysem imigracyjnym na Starym Kontynencie?

 

Gdy pod koniec sierpnia i na początku września 2015 roku na greckich i włoskich plażach gwałtownie zaczęła rosnąć liczba codziennie przypływających tam łodzi i pontonów z tysiącami migrantów na pokładach, wydało się jasne, że Europa stanęła przed największym kryzysem imigracyjnym, a być może i humanitarnym, w ostatnich 70 latach. Dane statystyczne opublikowane pod koniec września tego roku nie pozostawiają zresztą złudzeń – w ciągu dziewięciu miesięcy 2015 roku do Europy napłynęło ok. 450 tys. osób, a więc niemal dwa razy więcej niż w całym roku poprzednim. Jeśli spojrzeć na to w kontekście geografii, to wyłania się aż nazbyt klarowny obraz głównych źródeł imigracji. Przoduje tu Bliski Wschód, skąd rzesza migrantów dociera, via Turcja, do Grecji, aby później przedzierać się przez Bałkany na zachód i północ Europy. Na drugim miejscu plasuje się Afryka Północna – tamtejsi migranci obierają za cel głównie Włochy, rzadziej Hiszpanię.

Uważni i krytyczni obserwatorzy rzeczywistości międzynarodowej od razu zaczęli podejrzewać, że ten nagły i całkowicie niespodziewany napływ tysięcy ludzi, trochę na wyrost określonych zbiorowo mianem uchodźców, nie może być dziełem przypadku. Przekonanie to rosło zresztą wprost proporcjonalnie do upływu czasu i pojawiania się nowych faktów na temat tych mas ludzi, wlewających się niczym rzeki rwącymi nurtami w granice Unii Europejskiej. Pominąwszy takie kwestie „techniczne”, jak wyjątkowo jednorodny pod względem płci, wieku i wyznania profil statystyczny większości tych imigrantów (w aż 70% są to młodzi mężczyźni, wyznający sunnicki islam) czy doskonałą wewnętrzną samoorganizację, warto się zastanowić, co faktycznie wywołało tę współczesną wędrówkę ludów do serca Starego Kontynentu.

 

Możliwe powody

Z całą pewnością za tak masowym i nagłym pojawieniem się imigrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu (MENA) nie stało żadne gwałtowne zaostrzenie trwających tam od kilku lat konfliktów zbrojnych. Co więcej, właśnie ten element aktualnej sytuacji w kontekście problemu imigrantów wzbudził najwięcej kontrowersji – wszak wojny, takie jak w Libii czy Syrii, trwają już piąty rok, a nigdy przez ten czas Europa nie doświadczyła aż tak olbrzymiego szturmu uciekinierów z tych krajów. Dzisiaj jedynie migracja z Libii, ale tylko z tego kraju, bo już nie z Maghrebu czy Sahelu jako całości, może być jeszcze do pewnego stopnia uzasadniana tamtejszą wojną domową, która zdaje się właśnie przeżywać swoje apogeum. Nie sposób już jednak powiedzieć tego samego o Syrii czy Iraku. Paradoksalnie, wiosną i latem tego roku sytuacja w tych krajach należała raczej do stabilnych – owszem, trwały walki, dochodziło do zamachów, ginęli ludzie (w Syrii zwłaszcza cywile), ale działania wojenne miały zasięg lokalny i ograniczony charakter. Nie odnotowano też w tym czasie zwiększonego napływu uciekinierów z Syrii i Iraku do krajów ościennych – Turcji, Libanu czy Jordanii.

Skoro zatem te bezprecedensowe migracje do Europy nie zostały wywołane wyłącznie sytuacją wewnętrzną w objętych konfliktami państwach MENA, to co może być ich przyczyną? Wiele wskazuje na to, że mamy tu do czynienia ze współistnieniem kilku – w większości niezależnych od siebie – czynników, które dość niefortunnie zadziałały w jednym czasie, wzajemnie się uzupełniając i potęgując masową imigrację do Europy. Ostatecznie Unia Europejska stanęła w obliczu największego w swych dziejach kryzysu politycznego, który osłabia dodatkowo, i tak niezbyt solidną ostatnio, konstrukcję całego europejskiego projektu integracyjnego.

 

Oblężona Turcja

Jednym z najistotniejszych elementów, wpływających na obecny kryzys imigracyjny w Europie, są oczywiście sami uchodźcy, szczególnie ci z Lewantu. W pierwszych dwóch latach wojny domowej w Syrii, a więc między rokiem 2011 a 2013, uciekły stamtąd niemal 3 mln ludzi. Ponad milion uchodźców opuściło syryjskie terytorium w latach 2014–2015. Spośród tej rzeszy migrantów najwięcej osób (oficjalnie prawie 2 mln, nieoficjalnie niemal 2,5 mln) znalazło się w Turcji. Warto w tym miejscu przypomnieć, że według oficjalnych danych sprzed wojny (2010 rok), w Syrii żyło ok. 23 mln ludzi. Tak olbrzymia liczba uchodźców z tego kraju oznacza zatem, że aż co piąty jego mieszkaniec uciekł za granicę przed wojną, przemocą i biedą.

Wielu Syryjczyków (ale także Irakijczyków czy Afgańczyków, których tułacze losy zawiodły aż nad Bosfor) korzysta z tureckiej gościnności już od wielu lat. Co jednak istotne, w obozach dla uchodźców, zorganizowanych przez tureckie władze przy wsparciu wyspecjalizowanej agendy Organizacji Narodów Zjednoczonych (UNHCR), zamieszkało zaledwie ok. 260 tys. osób. Oznacza to, że zdecydowana większość spośród arabskich uchodźców z ogarniętych wojnami państw Bliskiego Wschodu przebywa w Turcji niejako „poza systemem” i, co ciekawe, na własne życzenie. Oznacza to jednak, że ci ludzie są pozbawieni zorganizowanej, stałej pomocy zarówno ze strony tureckich agend rządowych, jak i organizacji humanitarnych. W miastach i miasteczkach wielu regionów Turcji, głównie na południu i zachodzie Anatolii, czymś powszednim stał się widok koczujących pod gołym niebem, na ulicach lub w parkach, setek Arabów. Nic dziwnego, że w takich miejscach zmalał poziom bezpieczeństwa publicznego, wzrosła liczba przestępstw i wykroczeń, umocniły się również najróżniejsze patologie, takie jak narkomania czy prostytucja, w tym dziecięca. Uchodźcy tacy de facto żyją w Turcji „na czarno”. Utrzymują się, żebrząc, kradnąc lub znajdując dorywcze zatrudnienie głównie w rolnictwie, przetwórstwie spożywczym, drobnym handlu i rzemiośle. A że są znacznie tańszą siłą roboczą niż miejscowi pracownicy, w wielu sektorach tureckiej gospodarki płace realne, zwłaszcza niewykwalifikowanych pracowników, spadły w ostatnich latach nawet o kilkanaście procent, bezrobocie zaś znacznie wzrosło.

Do tego dochodzą olbrzymie koszty, ponoszone przez Ankarę na utrzymywanie obozów oraz pomoc dla uciekinierów wojennych. Według oficjalnych danych, od 2011 roku Turcja przeznaczyła na ten cel już niemal 6 mld dolarów, z zagranicy (głównie z UE i ONZ) otrzymała w tym samym czasie wsparcie w wysokości zaledwie 300 mln dolarów. Jeśli dodać do tego problem szybko rosnącego niezadowolenia społeczeństwa tureckiego z powodu długotrwałego (i jak na razie bez szans na rychłe zakończenie) utrzymywania „nieproszonych arabskich gości” oraz coraz częstszych animozji, a nawet jawnych aktów o podłożu rasistowskim, na tym tle, to otrzymamy wyjątkowo mało ciekawy obraz sytuacji wewnętrznej Turcji, wywołanej wojną w sąsiednim kraju. Czy można się zatem dziwić, że Turcy nie zrobili praktycznie nic, aby powstrzymać tysiące uchodźców przed próbami przedostania się do Europy?

 

Krótkowzroczna Unia

Owa Europa zaś – szczególnie Unia Europejska – jest niestety w dużym stopniu sama sobie winna, wziąwszy pod uwagę obecną dramatyczną sytuację wokół imigracji. I nie chodzi tu tylko o odpowiedzialność polityczną czy wręcz moralną za załamanie się bezpieczeństwa w regionie MENA – czyli pamiętne europejskie bezwarunkowe poparcie dla Arabskiej Wiosny w 2011 roku, udział (pośredni lub bezpośredni) w obalaniu niedemokratycznych, ale za to, niestety, skutecznych i silnych, rządów w Libii, Egipcie czy Tunezji. Główną winą Europy jest jej krótkowzroczność i brak zdolności przewidywania możliwych skutków niekorzystnego dla niej pod każdym względem rozwoju sytuacji w Afryce Północnej i Lewancie. Gdy po 2011 roku regiony te stoczyły się w odmęty rewolucyjnego lub wojennego chaosu i anarchii, a liczbę państw względnie stabilnych można było policzyć tam na palcach jednej ręki, ani sama Unia Europejska, ani poszczególni jej członkowie nie zrobili nic, aby zabezpieczyć się przed potencjalnymi negatywnymi następstwami wydarzeń na obszarze MENA. Przez cztery minione lata UE nie podjęła więc żadnych poważniejszych kroków, mogących np. umocnić zewnętrzne granice wspólnoty czy też choćby zaostrzających reguły przyznawania statusu uchodźcy w jej krajach członkowskich. Nie zwiększono też humanitarnego i finansowego wsparcia dla krajów takich jak Turcja, borykających się na co dzień z problemem uchodźców wojennych. A przecież można (i trzeba) było się spodziewać, że te miliony ludzi, uciekających przed wojnami w Syrii, Iraku czy Libii, kiedyś mogą zechcieć zapukać do bram Starego Kontynentu.

Co gorsza, przekaz, jaki świat, zwłaszcza bliskowschodni, w rzeczywistości odbierał ostatnio z Europy, brzmiał mniej więcej tak: „jesteśmy otwarci, solidarni z ofiarami wojen, ze względów humanitarnych przyjmiemy każdego uchodźcę”; „jeśli kogoś wyłowimy z Morza Śródziemnego, nie odstawimy go z powrotem, lecz zaprosimy do siebie” itd. I dzisiaj nie ma już znaczenia to, czy zaszło tu jakieś monstrualne nieporozumienie, czy też raczej mieszkańcy MENA usłyszeli i zrozumieli to, co sami chcieli usłyszeć i zrozumieć.

 

Gościnne progi?

Efekt jest taki, że dziesiątki tysięcy uchodźców wojennych z Syrii, miesiącami i latami koczujących w Turcji, teraz zapragnęło nagle zamienić się w imigrantów ekonomicznych, szukających lepszego życia i perspektyw w bogatej i bezpiecznej Europie. Wiele wskazuje na to, że władze tureckie najwyraźniej postanowiły wykorzystać tę sposobność do zmniejszenia odczuwanych przez społeczeństwo i gospodarkę Turcji niedogodności związanych z „goszczeniem” arabskich uchodźców. Ankara nie zrobiła bowiem w istocie nic, co mogłoby powstrzymać wzbierającą niczym tsunami ludzką falę w jej pędzie ku Staremu Kontynentowi. Już w sierpniu tego roku tureckie służby graniczne de facto zaprzestały blokowania granic morskich z Grecją, a policja – pilnowania obozów. Wyjść z nich, dotrzeć do któregoś z portowych miast (np. Izmiru) i wypłynąć w morze, ku odległym o kilka albo kilkanaście kilometrów greckim wyspom, mógł więc w zasadzie każdy, kto chciał.

Co więcej, część pracowników ONZ, zatrudnionych w tych obozach, już latem tego roku donosiła, że Turcy zaczęli wprost zachęcać uchodźców do podejmowania prób przedostania się do Europy, oferując im m.in. swoistą finansową „wyprawkę” na pokrycie kosztów podroży. Trudno ocenić wiarygodność tych doniesień, fakty wskazują jednak na zadziwiająco wysoki poziom tureckiego désintéressement wobec tego, co zaczęło się dziać latem tego roku – bądź co bądź na terytorium Republiki Tureckiej – głównie z arabskimi uchodźcami. Turków nie zaalarmował ani nie zdziwił np. nagły wzrost popytu w ich kraju na pontony, kamizelki ratunkowe i kapoki. Wzrost tak duży, że rodzime firmy nie nadążają już z realizacją zamówień. Służby tureckie nie zauważyły też niczego niezwykłego czy podejrzanego w masowej wędrówce arabskich uchodźców, przemieszczających się (w krótkim czasie) z całego kraju w kierunku zachodnich wybrzeży Anatolii.

Najgorsze jest to, że Turcy patrzyli też przez palce na rozkwitającą w ich kraju w zawrotnym tempie aktywność grup przemytniczych, w większości – jak się później okazało – powiązanych z gangami i strukturami mafijnymi różnej maści i proweniencji. Niezwykle intratnym procederem przewozu migrantów z Turcji do Europy (Grecji) zajęły się chyba wszystkie bliskowschodnie, śródziemnomorskie, czarnomorskie, w tym ukraińskie i rosyjskie, oraz kaukaskie „rodziny” i struktury przestępcze. Wśród operujących z zachodniotureckich wybrzeży przemytników można spotkać przedstawicieli najróżniejszych nacji. Są tam Arabowie, Turcy, Kurdowie, cypryjscy Grecy, Bułgarzy, Gruzini, Azerowie, Rosjanie, a nawet Ormianie i Ukraińcy. Istna „międzynarodówka” typów spod ciemnej gwiazdy (co ciekawe, zgodnie ze sobą współdziałających), dla których liczy się tylko szybki zysk. Do tego relatywnie łatwy, od kiedy turecka straż przybrzeżna przestała ścigać przemytników, a jej grecki odpowiednik ogranicza się wyłącznie do odholowywania do swoich portów napotkanych łodzi pełnych „uchodźców” lub wyławiania z morza tych, których przeciążone łodzie nie wytrzymały trudów podróży.

 

Korzyści migracji

Cała ta skomplikowana sytuacja wokół problemu migracji do Europy ma też wymiar geopolityczny. Nie ulega bowiem wątpliwości, że masowy napływ islamskich imigrantów na Stary Kontynent niesie korzyści strategiczne wielu aktorom sceny międzynarodowej, zarówno regionalnym (z obszaru MENA), jak i mającym globalne aspiracje i interesy. Chodzi tu i o aktorów państwowych, i pozapaństwowych – głównie Państwo Islamskie.

W gronie tych pierwszych najwięcej korzyści geopolitycznych z zaistniałej sytuacji miała nadzieję osiągnąć Turcja. Ankara już w 2011 roku za jeden z głównych celów polityki regionalnej postawiła sobie odsunięcie Baszszara al-Asada od rządzenia w Syrii. Uporczywe trwanie u władzy w Damaszku syryjskiego prezydenta wywołuje więc w Turcji rosnącą irytację, zwłaszcza od 2013 roku, kiedy to nawet oskarżenie Al-Asada o użycie broni chemicznej nie doprowadziło do zachodniej interwencji przeciwko niemu. Kiedy ponadto okazało się, że ani syryjska opozycja, wspierana intensywnie przez Turków, ani nawet Państwo Islamskie, tolerowane przez Ankarę, nie są w stanie pokonać reżimu Al-Asada, turecki prezydent Recep Erdoğan – jak wiele na to wskazuje – postanowił wykorzystać uchodźców w roli swoistej „broni demograficznej”. Zezwalając (a jak twierdzą niektórzy, wręcz inspirując) dziesiątki tysięcy arabskich uchodźców do wyjazdu do Europy, Turcja chciała uświadomić Zachodowi, że bez rozwiązania kwestii syryjskiej (czytaj: odsunięcia od władzy Al-Asada), Stary Kontynent czeka „imigracyjny Armagedon”. Turcji nie udało się jednak skłonić krajów europejskich do przyjęcia takiego toku rozumowania. Zresztą wrześniowa interwencja rosyjska w Syrii po stronie władz w Damaszku skutecznie przekreśliła szanse na jakiekolwiek ostrzejsze działania zachodnie przeciwko Al-Asadowi.

Spośród mocarstw zainteresowanych rozwojem sytuacji w Lewancie i na Bliskim Wschodzie sporo korzyści z obecnego europejskiego kryzysu migracyjnego może odnieść także Rosja. Po pierwsze, problemy Unii Europejskiej z imigrantami i wywołany nimi kryzys w łonie wspólnoty skutecznie odciągają jej uwagę od tego, co dzieje się np. na Ukrainie. Kreml z pewnością z dużą satysfakcją przyjął też odnowiony z pełną mocą podział na „starą” i „nową” Europę, jaki ujawnił się w związku z kwestią „podziału kwotowego” tysięcy imigrantów. Jeszcze większą korzyścią Moskwy jest faktyczny rozpad Grupy Wyszehradzkiej i kryzys zaufania między państwami Europy Środkowej i Wschodniej. Wszystko to osłabia Unię Europejską i Zachód jako całość, grając na korzyść Rosji i jej interesów w regionie.

Po drugie, europejski kryzys migracyjny dał w pewnym stopniu Rosjanom legitymację do podjęcia otwartych działań militarnych w Syrii [o rozbudowie rosyjskich instalacji wojskowych w rejonie Latakii i Tartus pisaliśmy w „Polsce Zbrojnej” nr 10/2015]. Wykorzystując wspomnianą retorykę turecką, prezydent Putin otwarcie powiązał problem uchodźców z Syrii z brakiem stabilności w tym kraju i trwaniem tam wojny domowej. Jednak inaczej niż Ankara, Moskwa upatruje głównych źródeł syryjskiej niestabilności w istnieniu kalifatu i zagrożeń terrorystycznych (w co włącza się także działania antyrządowej rebelii). Tak czy inaczej, zakrojona na dużą skalę rosyjska operacja militarna w Syrii nie spotkała się z nadmiernie ostrą krytyką ze strony państw Unii Europejskiej.

Niewątpliwie jednym z większych beneficjentów europejskiego kryzysu związanego z imigrantami będzie również Państwo Islamskie. Choć wbrew podejrzeniom i twierdzeniom części komentatorów jest mało prawdopodobne, aby to kalifat stał za exodusem tysięcy migrantów lub też umieścił wśród nich setki swych uśpionych agentów, to bez wątpienia IS osiągnie z całej tej sytuacji wiele korzyści. Przede wszystkim zyska potencjalne rzesze nowych zwolenników, zwłaszcza gdy ludzie ci nie osiągną w Europie tego, co chcieli lub planowali. Rozminięcie się rzeczywistości z oczekiwaniami, najczęściej wygórowanymi, zrodzi u wielu imigrantów frustrację i podatność na radykalne hasła, co uczyni z nich dogodny „materiał do rekrutacji” przez komórki Państwa Islamskiego w krajach europejskich. Dla kalifatu, ale także dla Al-Kaidy, korzystne będzie również dalsze zwiększanie odsetka populacji islamskiej w Europie, czyli umacnianie potencjalnej bazy kadrowej dżihadu i stopniowa islamizacja Zachodu. I jak się wydaje, właśnie to jest jednym z największych zagrożeń związanych z obecnym kryzysem imigracyjnym.

Tomasz Otłowski

autor zdjęć: Maciej Moskwa/Testigo





Ministerstwo Obrony Narodowej Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Żandarmeria Wojskowa Inspektorat Uzbrojenia Inspektorat Implementacji
Innowacyjnych Technologii Obronnych
Dowództwo Garnizonu Warszawa

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO