IRAŃSKI SEN O POTĘDZE

Teheran jest chyba największym beneficjentem burzliwych wydarzeń na Bliskim Wschodzie.

W cieniu dramatycznych wydarzeń, rozgrywających się od kilku lat na obszarze Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, uwadze większości obserwatorów umyka fakt, że narastający w tej części świata chaos staje się dla niektórych położonych tam krajów prawdziwym darem niebios. Jednym z takich państw jest bez wątpienia Islamska Republika Iranu (IRI), która znakomicie wykorzystała wydarzenia w regionie dla wzmocnienia swej pozycji geopolitycznej i znaczącego zwiększenia swoich wpływów, ograniczających się dotychczas niemal wyłącznie do Libanu, Strefy Gazy i pojedynczych ugrupowań szyickich, rozsianych po całym Bliskim Wschodzie. Dzięki umiejętnemu prowadzeniu polityki i skutecznej realizacji założonych celów, Teheran znalazł się dzisiaj u szczytu swej potęgi strategicznej w regionie.

Iran – 11 lat od obalenia w Iraku rządów Saddama Husajna (największego wroga Teheranu w regionie), pięć lat po wybuchu Arabskiej Wiosny i rok po rozpoczęciu przez międzynarodową koalicję wojny z kalifatem – jest chyba największym beneficjentem burzliwych wydarzeń, toczących się na Bliskim Wschodzie. Nigdy wcześniej Islamska Republika Iranu nie miała bezpośredniego wpływu (lub, jak chcą inni – faktycznej kontroli politycznej) na władze aż czterech państw bliskowschodnich: Libanu, Syrii, Iraku i Jemenu. Na naszych oczach ziszcza się nie tylko irański sen o „szyickim półksiężycu” (czyli strefie geopolitycznego oddziaływania Iranu, rozciągającej się od Hindukuszu na wschodzie po Morze Śródziemne na zachodzie), ale też marzenie o strategicznym „okrążeniu” wrogich sunnickich reżimów arabskich regionu Zatoki Perskiej. Jeśli dodać do tego władzę nad licznymi społecznościami szyickimi, rozsianymi od Arabii Saudyjskiej, przez Kuwejt, po Bahrajn czy nawet Pakistan – to otrzymamy obraz mocarstwa konsekwentnie i skutecznie budującego swą pozycję międzynarodową. A można być pewnym, że to jeszcze nie koniec irańskich dążeń do uzyskania pełnej hegemonii na Bliskim Wschodzie.

Arena iracka

Gdy w 2003 roku amerykańska operacja militarna w Iraku błyskawicznie doprowadziła do upadku reżimu Saddama Husajna – uważanego przez ówczesną administrację USA za największe zagrożenie dla ładu i bezpieczeństwa regionu bliskowschodniego – mało kto słuchał opinii nielicznych ekspertów, przestrzegających przed naruszeniem kruchej równowagi sił między Iranem a państwami arabskimi (a szerzej: między szyitami a sunnitami). Niestety, już wkrótce się okazało, że te przestrogi były jak najbardziej zasadne. Względny spokój w Iraku trwał zaledwie kilka miesięcy, po czym uaktywnili się proirańscy szyici, domagający się opuszczenia ich kraju przez Amerykanów.

Już rok po zajęciu Iraku szyickie bojówki – szkolone, wyposażane i finansowane przez Iran – stały się dla sił koalicyjnych równie dużym problemem militarnym, jak sunniccy pogrobowcy dawnego reżimu Husajna i – nieco później – islamiści z Al-Kaidy. Na własnej skórze doświadczyli tego także polscy żołnierze, pełniący służbę w Wielonarodowej Dywizji Centrum-Południe, już od samego początku zmuszeni do stawiania czoła szyickim bojówkom. Wtedy można się było tego tylko domyślać, ale dzisiaj, po upływie ponad dekady, nie ulega już wątpliwości, że
wybuch gwałtownego i krwawego powstania As-Sadra w 2004 roku był efektem knowań irańskich i elementem szerszego planu Irańczyków. Jego celem było jak największe utrudnienie życia siłom międzynarodowym. Zresztą, Irak bardzo szybko stał się polem toczonej na pełną skalę wojny zastępczej (proxy war), rozgrywanej między arabskimi sunnitami, pod wodzą Arabii Saudyjskiej z jednej strony, a szyickim Iranem i jego irackimi sojusznikami z drugiej.

Teheranowi sprzyjał też fakt, że po obaleniu dyktatorskich i opartych na sunnitach rządów Husajna, Amerykanie rozpoczęli wprowadzanie w Iraku – nieco na siłę – systemu demokratycznego. Tymczasem profil demograficzny społeczeństwa tego kraju (bezwzględna przewaga liczebna ludności szyickiej) sprawiał, że w warunkach ustroju opartego na wybieralnym systemie rządów, to właśnie szyici siłą rzeczy musieli zdominować wszelkie szczeble władzy. Dekady opresji ze strony sunnitów sprawiły zaś, że szyici iraccy potraktowali tę okoliczność jako okazję do uzasadnionej zemsty, widząc przy tym w Iranie swego naturalnego sojusznika i patrona. Teheran zyskał tym samym dogodną okazję do umocnienia nad Tygrysem i Eufratem swych wpływów i rozciągnięcia politycznej kontroli nad władzami w Bagdadzie.

Irańczycy postrzegali to zresztą jako szansę na osiągnięcie celów postawionych już trzy dekady wcześniej przez ojca rewolucji islamskiej, ajatollaha Chomeiniego, a dotyczących konieczności eksportu irańskiej, szyickiej wizji islamu. Celu, którego nie udało się zrealizować 30 lat temu podczas ośmioletniej wojny z Irakiem. Teraz hasło z czasów tamtego krwawego konfliktu – głoszące, że droga do Jerozolimy wiedzie przez Karbalę – zyskało nagle nowy wymiar i nabrało realnych kształtów, skoro zarówno sama Karbala, jak i cały Irak stanęły otworem przed Irańczykami. W pełni uwidoczniło się to zwłaszcza po 2011 roku, gdy z Iraku wycofali się ostatni żołnierze amerykańscy – od tej chwili nic już nie stało na przeszkodzie irańskim planom i zamiarom wobec tego kraju. Co więcej, irańskie wpływy sięgnęły już w zasadzie całego Lewantu, a Jerozolima wydaje się dzisiaj bliższa niż kiedykolwiek w dziejach Islamskiej Republiki Iranu.

Regionalny rozgrywający

Jednocześnie z korzystnym dla Teheranu przebiegiem wydarzeń w Iraku, przed Iranem otworzyły się nowe, obiecujące perspektywy także w innych częściach regionu bliskowschodniego. Gdy w 2011 roku wybuchła w Syrii wojna domowa, Iran natychmiast pospieszył z pomocą rządowi prezydenta Baszszara al-Asada, stając się jednym z największych sojuszników Damaszku. Choć rządząca w Syrii mniejszość alawicka jeszcze dekadę temu nie była w Teheranie traktowana serio jako część żywiołu szyickiego, obecnie stała się naturalnym sojusznikiem Iranu wobec narastającej radykalizacji społeczności sunnickich Bliskiego Wschodu i polityki Zachodu, zmierzającej do „demokratyzacji” państw bliskowschodnich. Sami alawici, skupieni wokół Baszszara al-Asada, skwapliwie skorzystali z irańskiej pomocy, upatrując w niej, jeśli nie nadziei na utrzymanie się u władzy na części dawnej Syrii, to z pewnością szansy na własne przetrwanie. Dzisiaj, po czterech latach syryjskiej wojny, nie ulega już wątpliwości, że bez tego irańskiego wsparcia reżim Al-Asada dawno przeszedłby do historii.

Polityczne i militarne znaczenie Iranu w regionie zdecydowanie wzrosło po pojawieniu się na bliskowschodniej scenie nowego aktora: Państwa Islamskiego (IS) i jego kalifatu. Paradoksalnie, to nowe i znacznie bardziej niebezpieczne zagrożenie dla ładu regionalnego stało się kolejnym czynnikiem, który wspomógł realizację mocarstwowych aspiracji i ambicji Teheranu. Choć kalifat jest śmiertelnym zagrożeniem dla wszystkich, którzy nie wyznają czystej sunnickiej wersji islamu (a więc także dla muzułmanów – szyitów), to jego powstanie i szybki rozwój terytorialny w Syrii i Iraku dały Irańczykom okazję do pokazania ich przydatności i dalszej intensyfikacji wsparcia dla władz w Damaszku i Bagdadzie. Szczególnie w wypadku Iraku irańska pomoc okazała się dosłownie na wagę życia – gdyby nie zakrojona na szeroką skalę asysta militarna Irańczyków, w tym bezpośrednie zaangażowanie sił zbrojnych islamskiej republiki, to iracka stolica padłaby latem 2014 roku łupem zagonów Państwa Islamskiego.

Irańczycy (wraz ze sprzymierzeńcami z libańskiego Hezbollahu) są do dzisiaj głównymi podporami irackich paramilitarnych formacji samoobrony (Al-Hashd al-Shaabi). Bez nich Irakijczycy nie tylko nie są w stanie poprowadzić żadnej większej ofensywnej operacji militarnej (jak choćby niedawne odbicie Tikritu z rąk IS), ale nawet nie potrafią zmontować skutecznej obrony swego terytorium. Ten fakt musieli uznać nawet Amerykanie, przymykając oko na skalę irańskiego zaangażowania w zwalczanie zagrożenia ze strony kalifatu na terytorium Iraku i godząc się na faktyczny, choć absolutnie nieformalny i niejawny, sojusz z Teheranem w tej sprawie. W efekcie doprowadziło to do kuriozalnej wręcz sytuacji, która jeszcze rok temu była po prostu nie do wyobrażenia – oto amerykańskie samoloty bojowe, działając w ramach koalicyjnej operacji „Inherent Resolve”, wspierają operujące na ziemi formacje irackich szyitów, dowodzone w istocie przez oficerów z irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji, a bardzo często także w dużym stopniu złożone z Irańczyków.

Ta zupełnie nowa rzeczywistość, jaka dość nieoczekiwanie powstała wokół irańskiego zaangażowania w wojnę z kalifatem, ma już jednak bezpośrednie przełożenie na realia wielkiej polityki międzynarodowej. Iran po mistrzowsku wykorzystał bowiem swą rolę niezastąpionego w zwalczaniu Państwa Islamskiego na terenie Iraku, przekuwając ją w atuty negocjacyjne podczas rozmów z mocarstwami na temat uregulowania kwestii własnego programu nuklearnego. Choć nikt nigdy wprost nie powiązał tych dwóch pozornie odległych tematycznie spraw, to jednak było widać, jak – uznana nawet przez Zachód – rola Iranu w powstrzymywaniu dżihadystów z kalifatu wpływała „kojąco” na atmosferę toczących się w Genewie rokowań, ułatwiając Irańczykom przeforsowanie wielu ich postulatów.

Dla pełni obrazu irańskiego sukcesu geopolitycznego na Bliskim Wschodzie nie można pominąć wydarzeń w Jemenie. Ten odległy kraj, położony na samym krańcu obszaru blisko-
wschodniego, ma wbrew pozorom niezwykle istotne znaczenie dla sytuacji w całym regionie. Zamieszkany niemal w połowie przez szyitów, od dawna stanowił ważną część skomplikowanej sieci wpływów i strategicznego oddziaływania Teheranu. Jemeński szyicki ruch „Ansar Allah” (Zwolennicy Boga), skupiony wokół wpływowego rodu Hutih, już od dekady korzysta z wszechstronnej (także militarnej) pomocy Iranu. Bez tego wsparcia – i bez sojuszu z byłym prezydentem kraju, Alim Abd Allahem Salihem (również szyitą) – rebelia Hutih, wznowiona rok temu, nie miałaby szans na powodzenie. Jednakże tym razem, dzięki sprzyjającym okolicznościom, szyiccy partyzanci zdołali nie tylko w krótkim czasie podbić cały północny Jemen (włącznie ze stolicą kraju – Saną), lecz także zająć sporą część południa, oblegając nawet Aden – dawną metropolię Jemenu Południowego. Powołana przez szyitów namiastka rządu w Sanie – choć nieuznawana w świecie – faktycznie kontroluje ponad dwie trzecie powierzchni kraju i cieszy się poparciem nie tylko Iranu, ale także Iraku, libańskiego Hezbollahu i proirańskiej ostatnio Etiopii. A to w zupełności wystarczy, aby skutecznie rządzić w Sanie i rościć sobie prawa do pełni władzy w całym Jemenie.

Jest to niezwykle ważne z punktu widzenia irańskich interesów strategicznych, dlatego że Jemen stanowi „miękkie podbrzusze” Arabii Saudyjskiej – największego rywala Teheranu w regionie i jego głównego adwersarza w walce o rząd dusz w świecie islamu. To właśnie z tego powodu Rijad tak gwałtownie zareagował na sukcesy Hutih za swoją południową granicą, organizując koalicyjną sunnicką operację militarną o większej skali niż trwająca równolegle wymierzona w kalifat akcja pod wodzą USA.

Z perspektywy Saudów gwałtowny wzrost pozycji Iranu w regionie jest bowiem znacznie poważniejszym geopolitycznym zagrożeniem i wyzwaniem dla interesów królestwa, niż Państwo Islamskie i jego kalifat. Z tego też względu w wymierzonej w kalifat operacji „Inherent Resolve” bierze udział (i to rotacyjnie) zaledwie kilkanaście saudyjskich samolotów bojowych, podczas gdy w akcji przeciwko jemeńskim szyickim Hutim – aż około 100 maszyn naraz. To najdobitniej pokazuje, gdzie znajdują się priorytety saudyjskiej polityki wobec regionu.

Coraz bliżej celu

Irańczycy od wielu lat w sposób planowy realizują strategię stopniowego umacniania pozycji międzynarodowej swego państwa. Stosują w tym celu cały wachlarz środków i działań, skutecznie wykorzystując też na swoją rzecz pozornie negatywne wydarzenia w regionie (jak chaos Arabskiej Wiosny czy powstanie kalifatu). Realizację irańskiej polityki ułatwia oparcie jej na wspólnotowości w ramach jednego wyznania – szyizmu, w obiektywnym sensie zagrożonego dzisiaj przez radykalizację dominującego żywiołu sunnickiego.

To świadome wykorzystywanie przez Teheran aspektów religijnych – skutkujące między innymi przekształceniem się wielu lokalnych konfliktów (Syria, Jemen, Irak) w wojny wyznaniowe między szyitami a sunnitami – jest chyba najbardziej efektywnym orężem w geopolitycznym arsenale Iranu. Sprawia bowiem, że Islamska Republika Iranu stała się dla większości szyickich społeczności na Bliskim Wschodzie naturalnym, a do tego w istocie jedynym, obrońcą ich interesów i gwarantem bezpieczeństwa w szybko destabilizującym się środowisku międzynarodowym. Teheran doskonale zdaje sobie z tego sprawę i skutecznie wykorzystuje tę sytuację dla umacniania własnej pozycji strategicznej, także w kontekście dążeń do uzyskania broni jądrowej. Ostatecznym celem tych irańskich działań jest osiągnięcie statusu regionalnego hegemona – mocarstwa o wpływach sięgających najdalszych zakątków regionu, dysponującego skutecznymi narzędziami militarnymi (broń nuklearna i efektywne środki jej przenoszenia) oraz politycznymi i ideologicznymi. W 36 lat po wybuchu rewolucji islamskiej, Iran jest dzisiaj bliższy osiągnięcia tych celów niż kiedykolwiek wcześniej. 

Tomasz Otłowski

autor zdjęć: us army





Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO