EKSPANSJA CZARNYCH SZTANDARÓW

Wprawdzie zmniejsza się działalność ofensywna sił Państwa Islamskiego w samym Lewancie, ale za to zwiększa jego aktywność w innych częściach świata.

Sojusznicza operacja militarna o kryptonimie „Inherent Resolve” (Nieodzowna determinacja), rozpoczęta w sierpniu 2014 roku przeciwko Państwu Islamskiemu (Islamic State – IS) i jego kalifatowi przez „koalicję chętnych” pod wodzą Stanów Zjednoczonych, już po kilku pierwszych tygodniach okazała się wyjątkowo niemrawa, wziąwszy pod uwagę dotychczasowe standardy tego typu kampanii. Działania koalicyjnych sił powietrznych – o niewielkiej intensywności i skali – były prowadzone w taki sposób, jakby państwa zaangażowane w tę walkę nie bardzo wierzyły w szansę powodzenia całego przedsięwzięcia lub też niezbyt zależało im na sukcesie.

Potrzeba resetu

Tymczasem Państwo Islamskie nie tylko nie zniknęło z mapy regionu pod wpływem pierwszej fali anemicznych ataków sojuszniczych, lecz wręcz przeciwnie – kontynuowało, choć w nieco mniej spektakularny sposób, swą ofensywę w Iraku i Syrii. Postępy wysoce mobilnych, zmotoryzowanych zagonów IS zostały zatrzymane dopiero na przedpolach Aleppo, Homs, Bagdadu, Kirkuku i niewielkiego Kobane (które niespodziewanie urosło do rangi symbolu bohaterskiego oporu syryjskich Kurdów przeciwko przeważającym siłom bezwzględnego najeźdźcy, zyskując nawet w regionie miano „kurdyjskiego Stalingradu”).

Zatrzymanie formacji Państwa Islamskiego stało się możliwe głównie dzięki nieugiętej postawie syryjskich sił rządowych, kurdyjskich peszmergów oraz irackich szyickich milicji ochotniczych, wspieranych intensywnie przez Iran. Rola lotniczych działań koalicji, choć bez wątpienia ważna, nie miała tu jednak przesądzającego znaczenia. Co gorsza, te sojusznicze operacje powietrzne były prowadzone faktycznie obok równoległych działań militarnych, podejmowanych na lądzie przez rządowe formacje syryjskie czy irańskich „ochotników” z Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (operujących zarówno w Syrii, jak i Iraku). Pomimo upływu kilku miesięcy i ewidentnych dowodów na przydatność operacyjną sił syryjskich i irańskich w walce z kalifatem, Zachód wciąż nie uznaje ich roli i nie zamierza nawiązać współpracy operacyjnej na szerszą skalę, zarówno z Damaszkiem, jak i Teheranem. Prowadzona w ten sposób „dziwna wojna” z kalifatem może ciągnąć się więc jeszcze bardzo długo, bez większych szans na zdecydowane rozstrzygnięcie strategiczne, o zwycięstwie nie wspominając.

Wielu analityków i ekspertów już latem 2014 roku ostrzegało, że tylko szybkie i zdecydowane zlikwidowanie zbrodniczego tworu, jakim jest kalifat, zapobiegnie jego umocnieniu się i rozprzestrzenieniu poza region Lewantu. Argumentowano, że skoro cel uświęca środki, to może warto rozważyć opcję jakiegoś „resetu” już nie tylko względem Iranu, ale nawet reżimu Baszara al-Assada – będącego od ponad roku jedyną przeszkodą dla Państwa Islamskiego na drodze do całkowitego opanowania terenów dawnej Syrii.

Ścieżki wpływów

Tak się niestety nie stało. Zachód – zarówno USA, jak i Europa – nie zmienił swej polityki i strategii wobec regionu bliskowschodniego, nie zintensyfikował też tempa działań operacyjnych przeciwko Państwu Islamskiemu (przynajmniej aż do stycznia tego roku). Kalifat zaś przetrwał pierwsze, najtrudniejsze miesiące swojego istnienia, utrwalił i umocnił swą obecność i władzę na zajętych terenach (a przypomnijmy, że jest to ok. 40% powierzchni Iraku i niemal 60% terytorium dawnej Syrii, łącznie obszar ok. 240 tys. km2). I choć od późnej jesieni 2014 roku kalifat już nie rozrasta się terytorialnie (a nawet stracił część zajętego wcześniej terenu), to wciąż trwa niewzruszenie w samym sercu Bliskiego Wschodu, żelazną ręką rządząc swymi 24 wilajetami (prowincjami) zamieszkanymi przez 10 mln ludzi i inspirując rzesze radykalnych sunnickich muzułmanów na całym świecie. Atrakcyjność idei kalifatu jako państwa islamskiego, rządzącego się surowymi, „czystymi” zasadami islamu, okazała się tak duża i nośna w sensie ideologiczno-religijnym, że już wczesną jesienią 2014 roku oficjalne „kolonie” kalifatu powstały w Libii (wilajet Barqa w Darnie) i na egipskim Synaju.

Równolegle swą wierność wobec kalifa Ibrahima zaczęły deklarować organizacje i ugrupowania islamistyczne z różnych zakątków świata muzułmańskiego, w tym wiele dotychczas blisko związanych z Al-Kaidą, główną rywalką Państwa Islamskiego do miana wiodącej siły globalnego dżihadu. Wśród tych ostatnich najważniejsze są Islamski Ruch Uzbekistanu (Islamic Movement of Uzbekistan – IMU), działający w Afganistanie i na pakistańskich terenach plemiennych, i tam mający swą centralę, a także duża część struktur terenowych Ruchu Talibów Pakistanu (Tehrik-e-Taliban Pakistan – TTP).

Z miesiąca na miesiąc oddziaływanie ideologiczne, duchowe (religijne) i organizacyjne kalifatu rosło, sięgając coraz to nowych regionów globu. Na przełomie lat 2014 i 2015 wpływy organizacyjne Państwa Islamskiego sięgały już od północnej Afryki (Maghreb), przez Nigerię (gdzie wierność kalifowi ogłosiła zbrodnicza Boko Haram) i Bliski Wschód, aż po Azję Południową. I to właśnie w tym ostatnim regionie żywiołowo rosnąca obecność IS ma, jak się wydaje, wszelkie szanse najbardziej wpłynąć na sytuację strategiczną w tzw. wojnie z islamskim terroryzmem, prowadzonej nie tylko przeciwko Państwu Islamskiemu, ale też Al-Kaidzie.

Azja Południowa – Afganistan, Pakistan, zwłaszcza osławiony region AfPak, czyli afgańsko-pakistańskiego pogranicza, zamieszkanego przez dumnych i wojowniczych Pasztunów – to faktyczna kolebka współczesnego wcielenia Al-Kaidy. Miejsce, gdzie w latach dziewięćdziesiątych XX wieku organizacja ta umocniła się i nabrała obecnego charakteru ugrupowania o globalnym zasięgu oraz uzyskała pozycję lidera światowego dżihadu (niekwestionowaną aż do momentu pojawienia się IS w Lewancie). AfPak to zatem swoisty matecznik Al-Kaidy, region, gdzie jej wpływy i pozycja nie miały sobie równych od dwóch dekad. To tam od 2001 roku ukrywa się większość najwyższych rangą liderów i komendantów Al-Kaidy, korzystając z hojnej (acz nie do końca bezinteresownej) gościnności i pomocy lokalnych plemion i klanów pasztuńskich (a także zapewne parasola ochronnego pakistańskiego wywiadu wojskowego). Wreszcie to tam znajduje się osławiona, mityczna centrala Al-Kaidy, kierowana obecnie przez emira Ajmana az-Zawahiriego, zawiadująca strategicznymi i operacyjnymi aspektami działań całej globalnej siatki założonej onegdaj przez Osamę bin Ladena.

Nowe przyczółki

Gdy zatem w styczniu 2015 roku władze afgańskie (a w chwilę później także pakistańskie) oficjalnie potwierdziły krążące już od kilku tygodni pogłoski o pojawieniu się pod Hindukuszem i w Pakistanie emisariuszy i agentów Państwa Islamskiego – stało się jasne, że mamy do czynienia z faktem o przełomowym znaczeniu dla dalszego rozwoju sytuacji w regionie. Tym bardziej że tempo działań IS w Afganistanie i Pakistanie może budzić podziw. Po zaledwie trzech miesiącach od pierwszych, niepewnych i często sprzecznych informacji o „desancie” wysłanników kalifa Ibrahima w regionie AfPak, jest już pewne, że komórki Państwa Islamskiego są obecne w kilku południowych i południowo-wschodnich prowincjach Afganistanu (szczególnie w Helmand i Zabol).

Na stronę kalifatu przeszło tam wiele lokalnych struktur afgańskich talibów (łącznie może być to nawet kilka tysięcy bojowników), co w efekcie umożliwiło tym świeżo powołanym przyczółkom Państwa Islamskiego kontrolowanie całych połaci poszczególnych dystryktów. Białe flagi talibskiego Islamskiego Emiratu Afganistanu – powiewające dumnie w Helmandzie nieprzerwanie od 14 lat, pomimo obecności i wysiłków militarnych sił NATO coraz częściej są zastępowane charakterystycznymi czarnymi sztandarami Państwa Islamskiego. W południowym Afganistanie dochodzi już także do starć oddziałów talibanu, wiernych dotychczasowemu kierownictwu ruchu (z mułłą Omarem na czele) z tymi strukturami, które zmieniły barwy sztandarów i przeszły pod rozkazy kalifa, rezydującego w jakże odległej syryjskiej Ar-Rakce. Jeszcze kilka miesięcy temu coś takiego byłoby wprost nie do wyobrażenia...

W świecie islamu

Dzisiaj nie ulega już wątpliwości, że kluczowe znaczenie dla tak szybkiego i efektywnego rozwoju afgańsko-pakistańskiego przyczółku kalifatu miało wspomniane przejście jesienią 2014 roku na stronę Państwa Islamskiego zarówno IMU, jak i większości struktur pakistańskich talibów z TTP. Organizacje te kontrolują dużą część obszaru tzw. pasa plemiennego na pograniczu Pakistanu z Afganistanem, gdzie dotychczas niepodzielnie rządziła – w wymiarze ideologiczno-politycznym – Al-Kaida. Pojawienie się w tym samym miejscu struktur i ludzi powiązanych z wrogim kalifatem wywróciło do góry nogami dotychczasowe lokalne relacje klanowe i plemienne.

Obecność wysłanników kalifatu w tak odległym zakątku „świata islamu” (Dar al-Islam), jak obszar AfPak, nie jest jednak w żadnej mierze przypadkiem. To bez wątpienia efekt celowych działań Państwa Islamskiego, wypadkowa wielu różnych czynników, składających się jednak na całościową, dobrze przemyślaną i zaplanowaną oraz skrupulatnie realizowaną jego strategię. Obejmuje ona takie aspekty, jak rywalizacja z „konkurencyjną” Al-Kaidą, uwarunkowania teologiczno-religijne (rola regionu AfPak w muzułmańskich wierzeniach profetycznych) oraz chłodna kalkulacja strategiczna IS, dotycząca Pakistanu i jego arsenałów nuklearnych. Warto przyjrzeć się bliżej tym kwestiom, wiele bowiem wskazuje, iż w nadchodzących miesiącach będą one mieć coraz większe znaczenie dla rozwoju sytuacji wokół kalifatu.

Od początku swego istnienia Islamskie Państwo Iraku i Lewantu/Syrii (ISIL/ISIS), przemianowane latem 2014 roku na Państwo Islamskie, świadomie i z premedytacją stawiało się we własnej propagandzie i przekazach medialnych w ostrej opozycji wobec Al-Kaidy. Spór ten, początkowo wyglądający na zwykłą rywalizację personalną między niezbyt lubiącymi się, ambitnymi liderami, szybko stał się zasadniczą osią budowania własnego wizerunku przez ISIL/IS. Świadomie, z pełną premedytacją liderzy ISIL/IS – z Abu Bakr al-Baghdadim (dzisiejszym kalifem Ibrahimem) na czele – tworzyli klimat ideologicznej, teologicznej i pokoleniowej wręcz konfrontacji z Al-Kaidą, mającej w założeniu pokazać milionom potencjalnych popleczników, że oto pojawiła się nowa, lepsza jakość w ruchu dżihadu. Kulminacją tej strategii ISIL/IS stało się powołanie w czerwcu 2014 roku kalifatu na zajętych terenach Syrii i Iraku – ruch tak prosty w swej wymowie i tak obfity w skutki propagandowe, duchowe i polityczne, że aż dziw, iż Al-Kaida sama nie zrobiła tego wcześniej. Ale tu właśnie widać najlepiej różnice pokoleniowe między działającą zachowawczo „starą gwardią” Osamy bin Ladena i Az-Zawahiriego a porywczymi „młodymi wilkami” pokroju Al-Baghdadiego.

Powołanie kalifatu przez ISIL oznaczało wypowiedzenie otwartej wojny między Państwem Islamskim a Al-Kaidą i jej sojusznikami w różnych częściach świata. Wojny o prestiż, prymat w światowym ruchu dżihadu, ale też o wpływy wśród potencjalnych sponsorów i donatorów, a więc o wiele całkiem konkretnych kwestii, takich jak fundusze, poparcie polityczne i napływ „rekruta”. Jak na razie, górą w tej rywalizacji wydaje się być IS, a jego obecność i rozwój w regionie AfPak – mateczniku Al-Kaidy – tylko umacnia to wrażenie. Kierownictwo Państwa Islamskiego ma zapewne pełną świadomość, że aby skutecznie zneutralizować dżihadystyczną konkurencję, należy uderzyć w jej fundamenty. Jeśli te ulegną zniszczeniu – lub choćby poważnemu osłabieniu – to pozostałe elementy całej konstrukcji (mocno szkodzący kalifatowi w Syrii Front Al-Nusra, oficjalna „odnoga” Al-Kaidy w Lewancie) stracą możliwości działania.

Wojownicy Mahdiego

Istotnym aspektem wzmożonej aktywności Państwa Islamskiego w regionie afgańsko-pakistańskim są także kwestie stricte religijne i teologiczne, związane ze specyficznymi elementami „duchowości islamskiej” w wydaniu sunnickich radykałów. Chodzi tu o Chorasan – historyczną (znaną już w VII w.) krainę, obejmującą obszary dzisiejszego Afganistanu, Pakistanu, części Iranu, Indii i Azji Centralnej – i jej specyficzną rolę w muzułmańskiej teologii. Oto bowiem według części tzw. hadisów (opowieści przytaczających wypowiedzi proroka Mahometa, także te profetyczne), na „końcu czasów” ma się pojawić niezwyciężona armia wojowników Mahdiego, maszerująca z Chorasanu pod czarnymi sztandarami dżihadu na Jerozolimę (arab. Al-Quds).

Koncepcja Chorasanu jako zalążka islamskiego nowego ładu światowego plasowała się w centrum ideologii Al-Kaidy od samego początku jej istnienia. Już w 1996 roku określenia „Chorasan” użył sam Osama bin Laden w swej programowej „deklaracji dżihadu przeciwko USA”. W oficjalnej nomenklaturze Al-Kaidy funkcjonują takie określenia, jak „Al-Kaida w Chorasanie” czy „bojownicy Chorasanu”. Niedawno, w 2014 roku, pojawiła się także grupa Chorasan – elitarna organizacja wysokich rangą, doświadczonych operatorów Al-Kaidy, stanowiąca ważną część działającego w Syrii Frontu Al-Nusra.

Warto zauważyć, że kwestia mitu Chorasanu – jego religijnego znaczenia i wpływu na obecną sytuację w wojnie z kalifatem – jest całkowicie bagatelizowana i pomijana w większości analiz zachodnich ośrodków badawczych i eksperckich. Tymczasem w radykalnym wydaniu islamu (zarówno tym związanym z wahhabizmem/salafizmem, prezentowanym przez IS, jak i z dominującym lokalnie w Azji Południowej deobandyzmem) aspekty te mają bardzo ważne, wręcz fundamentalne znaczenie, kształtując sposób myślenia i działania politycznego liderów poszczególnych ugrupowań. W tym sensie aktywizacja Państwa Islamskiego u podnóży Hindukuszu – a więc w samym sercu mitologicznego Chorasanu – jawi się jako próba sięgnięcia po zapisany (przepowiedziany?) w oficjalnej teologii islamskiej (hadisy) element zwycięskiego dzieła bojowników „świętej wojny” i ich tryumfalnego pochodu do Jerozolimy.

Czyż wobec tak potężnego ładunku duchowego i propagandowego, jaki niesie ze sobą mit o szczególnej roli ziem położonych u podnóży Hindukuszu, może dziwić fakt, że kalif Ibrahim, powołując w styczniu 2015 roku do życia kolejną „zamorską” prowincję kalifatu, nazwał ją oficjalnie „wilajet Chorasan”? Emirem tej prowincji został mianowany Hafiz
Sajid Chan, dawny lokalny lider TTP w pakistańskiej Agencji (dystrykcie) Orakzai w Federalnie Administrowanych Terytoriach Plemiennych (FATA), znany szerzej w AfPak jako mułła Said Orakzai.

Słabe ogniwo

Działania kalifatu wobec regionu afgańsko-pakistańskiego to jednak nie tylko kwestie bieżącej walki ideologiczno-politycznej z Al-Kaidą i sięganie po profetyczne mity z pierwszych wieków islamu. To także bardzo konkretny i realny element chłodnej kalkulacji strategicznej, dotyczącej pakistańskich arsenałów nuklearnych. Pakistan jest wciąż (oficjalnie) jedynym państwem muzułmańskim dysponującym bronią atomową i strategicznymi środkami jej przenoszenia (w postaci arsenału rakiet balistycznych). Równocześnie jest jednak bodajże najsłabszym (w sensie politycznym oraz bezpieczeństwa wewnętrznego) mocarstwem nuklearnym świata, państwem targanym coraz większymi konfliktami o podłożu politycznym, wyznaniowym i ekonomicznym. Tak słaby kraj, z żywiołowo rosnącymi wpływami i rolą ugrupowań skrajnie islamistycznych w polityce (a także w siłach zbrojnych), jest oczywiście łakomym kąskiem dla światowego dżihadu.

Gdy we wrześniu 2014 roku Ajman az-Zawahiri ogłosił powstanie Al-Kaidy Subkontynentu Indyjskiego (AQIS), czyli nowego regionalnego odgałęzienia Al-Kaidy, nie była to wyłącznie chęć odzyskania inicjatywy w rywalizacji z kalifatem i IS, a celem nowej grupy nie były wyłącznie Indie. Dziś jest niemal pewne, że była to raczej próba ubiegnięcia Państwa Islamskiego w strategicznym wyścigu po pakistańskie głowice nuklearne. Świadczą o tym już pierwsze (notabene bardzo spektakularne) operacje AQIS, które przeprowadzono właśnie na terenie Pakistanu. Co ważne, akcje te pokazały, że islamiści (przynajmniej ci powiązani z Al-Kaidą) mają już swych współpracowników w szeregach pakistańskich sił zbrojnych. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można zatem zakładać, że i kalifat ma swych zwolenników wśród oficerów i żołnierzy sił Pakistanu. Wszystko to bardzo źle rokuje na przyszłość. Jeśli bowiem islamistyczna infiltracja armii i służb specjalnych Pakistanu przekroczy pewien punkt krytyczny, w kraju dojdzie albo do dżihadystycznego przewrotu z udziałem części wojska, albo do islamskiej rewolucji, której zdemoralizowane i podzielone siły zbrojne nie będą w stanie stłumić. W obu wypadkach pakistańska broń jądrowa (lub jej część) znalazłaby się najpewniej w rękach islamskich fanatyków. To, jakie mogłyby być tego skutki, jest wręcz niewyobrażalne.

Długofalowa strategia

W miarę, jak zmniejsza się ofensywna działalność sił kalifatu w samym Lewancie, rośnie jego aktywność w innych częściach świata. Być może nie jest to przypadek, lecz element celowej, długofalowej strategii Państwa Islamskiego, obliczonej na szybkie rozprzestrzenienie płomienia dżihadystycznej rewolucji na cały glob. Region afgańsko-pakistański, a szerzej Azja Południowa i Centralna – jako historyczny, mityczny Chorasan – mają tu swoje poczesne miejsce. Podobnie jak kwestia pakistańskich arsenałów jądrowych, których ewentualne zdobycie przez kalifat mogłoby całkowicie zmienić obraz znanego nam świata.

Tomasz Otłowski

autor zdjęć: USAF





Ministerstwo Obrony Narodowej Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Żandarmeria Wojskowa Inspektorat Uzbrojenia Inspektorat Implementacji
Innowacyjnych Technologii Obronnych
Dowództwo Garnizonu Warszawa

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO