ERKAEM NA PARAPECIE

Z Juliuszem Kuleszą o radościach i trudach opisywania wojny rozmawia Andrzej Fąfara.

Można żyć wojną prawie 70 lat po jej zakończeniu?

Można. Odwiedził mnie niedawno kolega z czasów okupacji. Był u mnie pierwszy raz. Wszedł, rozejrzał się i powiedział: „Masz bardzo piękne mieszkanie”. A ja na to: „Co w nim pięknego? Zwykłe dwa pokoje z kuchnią”. Kolega odparł: „W tym oknie można by ustawić erkaem i miałoby się pod kontrolą całą ulicę”.

Co Pan robił w czasie okupacji?

W dniu rozpoczęcia wojny byłem za młody, żeby walczyć. Miałem zaledwie 11 lat. Ale w powstaniu warszawskim już mogłem wziąć udział. Mieszkałem z rodzicami na terenie Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych, która znajdowała się w tym samym miejscu co dziś, czyli na Nowym Mieście. Gdy wybuchło powstanie, zgłosiłem się do drużyny „Roma” [nazwa od pseudonimu dowódcy – przyp. A.F.], która uczestniczyła w obronie wytwórni. Po kapitulacji trafiłem do obozu w Pruszkowie, skąd uciekłem. 

Czy powstanie miało sens? Jak Pan widział tę kwestię wtedy, jako nastolatek, i jak Pan patrzy na to teraz?

Napisałem wiele książek o powstaniu. To jest chyba najlepsza odpowiedź na pańskie pytanie. Przysłuchuję się powracającym wciąż dyskusjom na ten temat i odnoszę wrażenie, że obie strony nie biorą pod uwagę jednej kwestii. Tego mianowicie, że dziś wiemy, co się wydarzyło po wybuchu powstania. Wiemy o wielkiej tragedii mieszkańców i miasta, o przerażającej liczbie ofiar. Dowódcy przecież nie byli jasnowidzami. Ktoś powie, że skutki powstania powinni przewidzieć. Nie przewidzieli. Tocząca się dyskusja jest jałowa, bo argumenty wciąż się powtarzają i nie pojawia się nic nowego. Dlatego ja w tym nie uczestniczę, nie wdaję się w politykę. Interesuje mnie wyłącznie przebieg powstania. Na tym polu wciąż można znaleźć nowe szczegóły.

Zaraz po wojnie, kiedy akowców nazywano zaplutymi karłami reakcji, powstanie nie było chyba dobrym tematem do publikacji?

Pierwsza moja książka wyszła dopiero w 1979 roku. Nosiła tytuł „Z Tasiemką na czołgi”. Tasiemka pisana wielką literą, bo taki pseudonim miał jeden z bohaterów. To były, mówiąc najogólniej, moje wspomnienia z powstania. Podparłem je solidną faktografią, dbałością o szczegóły. Prawdę powiedziawszy, na tej pierwszej książce chciałem poprzestać. Miałem swój zawód, ukończyłem Akademię Sztuk Pięknych, dyplom robiłem u Tadeusza Kulisiewicza. Pracowałem jako projektant grafiki książkowej. Ale ten mój debiut okazał się na tyle udany, że znajomi zaczęli mnie namawiać, żebym znów coś napisał. Nie trzeba było mnie specjalnie prosić, bo rozsmakowałem się w tej robocie. Spodobało mi się zbieranie materiałów, rozmowy z ludźmi. Szybko więc zaczęły powstawać następne książki.

Dwie z nich o piłce nożnej.

Ściślej mówiąc, o piłce nożnej w czasie okupacji [„Podziemny futbol” i „Zakazane gole”]. Miałem sporo informacji na ten temat, gdyż sam grałem w piłkę podczas wojny. Po wojnie zresztą też, ale krótko. Występowałem na lewym skrzydle albo lewej pomocy, bo jestem lewonożny. Grałem w jednej z żoliborskich drużyn. Animatorem piłkarstwa na Żoliborzu był starszy ode mnie o pięć lat kolega, Olgierd Budrewicz, uczestnik powstania, a po wojnie znany dziennikarz.

Mnie zafascynowała Pańska książka o oddziale 993/W, który zajmował się wykonywaniem wyroków na zdrajcach i Niemcach, „Przeciw konfidentom”. Czytałem ją jak powieść sensacyjną. To byłby znakomity scenariusz na film.

Ciężko byłoby taki film nakręcić. Mało kto z tego legendarnego oddziału żyje. Tylko cztery osoby.

Ale ja mam na myśli nie film dokumentalny, ale fabularny. W pańskiej książce jest sporo scen bardzo efektownych, pełnych dramaturgii. Takich jak ta opowiadająca o tragicznym końcu byłego boksera Józefa Fabisiaka.

Nie wymyśliłem tego, naprawdę tak było. Fabisiak pewnego dnia przenosił broń. Szedł ulicą Chmielną w Warszawie, kiedy rozwiązało się mu sznurowadło. Schylił się i wtedy z hukiem wypadł mu jeden z pistoletów, które miał poupychane w kieszeniach. Na Chmielnej był zawsze duży ruch, więc zdarzenie dostrzegło sporo osób, wśród nich uzbrojeni Niemcy, którzy akurat znajdowali się w pobliżu. Fabisiak zaczął uciekać, ale pechowo wpadł na podwórko, przez które nie było przejścia. Wbiegł na klatkę schodową i tam został osaczony przez Niemców. Bronił się jeszcze granatami, ale w końcu zginął. Przez głupi przypadek – rozwiązane sznurowadło.

Bohaterowie książki o 993/W chcieli z Panem rozmawiać? Nie obawiali się złej sławy wykonawców wyroków?

Złej sławy? O tym w ogóle nie może być mowy. Oni byli bohaterami, podejmowali się zadań o najwyższym stopniu ryzyka. Każda akcja była następstwem wyroków wojskowych i cywilnych sądów specjalnych. Nie było tu żadnej dowolności, żadnych samosądów. W 1992 roku, kiedy zacząłem zbierać materiały do książki, żyło jeszcze około 20 żołnierzy oddziału 993/W. Nikt mi nie odmówił spotkania. Miałem też to szczęście, że mogłem skorzystać z pisemnych wspomnień niektórych członków 993/W. Na przykład autorstwa jednego z braci Bąków.

To moi ulubieni bohaterowie, zwłaszcza ten o pseudonimie „Doktur”.

Braci Bąków było czterech. „Doktur” miał na imię Leon. Nieprawidłową pisownię swojego pseudonimu wyjaśniał w zabawny sposób: „Bo doktór leczy ludzi, a ja wręcz przeciwnie”. Bracia Bąkowie byli nadzwyczaj dzielni i waleczni, brali udział w licznych akcjach, uczestniczyli w powstaniu. Trzej zostali odznaczeni Virtuti Militari.

Wspomniał Pan na wstępie o koledze, który chciał ustawiać erkaem w oknie Pańskiego mieszkania. Często spotykacie się w gronie dawnych powstańców?

W miarę możliwości. Jest nas coraz mniej, nie wszyscy czują się tak dobrze, żeby uczestniczyć w życiu towarzyskim. Organizacje kombatanckie wykorzystują mnie od czasu do czasu jako ostatnią instancję w sprawach wątpliwych. Wtedy, gdy nie mają pewności, czy ktoś rzeczywiście był w danym oddziale albo uczestniczył w powstaniu. Przysyłają do mnie tych ludzi i proszą, żebym ich sprawdził.

Jak Pan to robi?

Rozmawiam z nimi, zadaję im różne szczegółowe pytania. Zachowuję się jak śledczy, ale w wielu wypadkach to moje śledztwo niczego nie przesądza. Ja też bardzo często mam wątpliwości. Zdarza się jednak, że mogę z czystym sumieniem świadczyć na korzyść delikwenta. Albo przeciw niemu. Zgłosiła się raz kobieta, która twierdziła, że była łączniczką przy komendzie obrony Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Czyli tam, gdzie ja walczyłem. Zadałem jej proste pytanie: czy dowódca, major „Pełka”, chodził w polskim czy w niemieckim mundurze? Odparła, że w polskim. Tymczasem major używał wyłącznie cywilnego garnituru. Innym razem przysłali do mnie człowieka, który twierdził, że był w kompanii „Osy”, stanowiącej część załogi PWPW. Nikt z tego oddziału go nie pamiętał. Gdy go zobaczyłem, od razu wydało mi się, że go kiedyś widziałem, bo miał bardzo charakterystyczny profil. Tylko gdzie? I w pewnym momencie przypomniałem sobie. To był chłopak, który rozpłakał się w chwili, kiedy rozpoczęło się bombardowanie. Mogłem więc ze stuprocentową pewnością potwierdzić, że był w kompanii „Osy”. O płaczu oczywiście nie wspomniałem.

Są jeszcze jakieś białe plamy w historii powstania warszawskiego. Coś, co jeszcze nie zostało opisane?

Niektóre oddziały nie mają jeszcze swojej monografii. Chyba zgrupowanie „Żmija” nie ma, „Żaglowiec” też nie.

Będzie pan o tym pisał?

Mnie chodzi po głowie wywiad rzeka z samym sobą. To byłby taki alfabet całej mojej działalności.

Andrzej Fąfara

autor zdjęć: Krzysztof Wojciewski





Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Inspektorat Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO