PODOFICEREM BYĆ

Ze starszymi chorążymi sztabowymi: Markiem Cabajem, Krzysztofem Gadowskim, Waldemarem Malinowskim, Zbigniewem Michalakiem i Markiem Kajką rozmawiamy o roli pomocników do spraw podoficerów, krętej ścieżce rozwoju podoficerskiego i problemach szkolenia.

 

Najpierw chcielibyśmy się uporać z pogłoską, jakoby to podoficerowie, w efekcie zamachu stanu, usiłowali przejąć władzę, wyprzeć oficerów z ich pozycji i stanowisk. Przypomnijmy, iż podoficerów starszych w dowództwach wymyślili właśnie oficerowie…

 

Krzysztof Gadowski: Wymyśliło nas życie, praktyka bojowa. W wypracowanym przez kilkadziesiąt lat modelu amerykańskim podoficer zajmuje się szkoleniem żołnierzy, prowadzi ich do boju i za nich odpowiada. Oficer ma znacznie szerszy horyzont działania. Dowodząc plutonem i kompanią, rozwija swoje zdolności, żeby rozumieć wojsko i wojnę, gdy już zostanie generałem. 

 

Etaty pomocników dowódców do spraw podoficerów zostały wprowadzone w lipcu 2004 roku. W modelu amerykańskim podoficer do najwyższego stanowiska dochodzi latami, my byliśmy w punkcie zerowym, w którym ludzi trzeba było pozyskać natychmiast. Wkrótce też mówiono, że podoficerowie nadmiernie zachłysnęli się wzorem amerykańskim, że nie jesteśmy jeszcze na to gotowi...

 

Krzysztof Gadowski: Praktyka pokazała, że faktycznie na początku nie zawsze i nie wszędzie układało się to tak, jak należy.

 

Marek Kajko: Pomocnikiem zostałem jako bardzo młody żołnierz, w 2004 roku. Na szczęście dowódca jednostki gen. Włodzimierz Potasiński był oficerem światłym i wykształconym za granicą, więc w przeciwieństwie do mnie wiedział, po co jest mu potrzebny pomocnik.

 

Waldemar Malinowski: Początkowo było nam naprawdę ciężko. Po kursie w Elblągu, naładowany wiedzą przez kolegów z armii amerykańskiej, zostałem etatowym pomocnikiem w samodzielnym batalionie. Większość służbowego czasu pochłaniała mi jednak nieetatowa funkcja pełnomocnika do spraw ochrony informacji niejawnych oraz sprawy dotyczące ochrony jednostki. Odpowiadałem za trzy obiekty i miałem ogromny budżet. To było naprawdę duże wyzwanie.

 

Krzysztof Gadowski: Również dobrze pamiętam początki. Jako młody żołnierz, z dziesięcioletnią wysługą, zostałem pierwszym pomocnikiem dowódcy do spraw podoficerów w Centrum Operacji Powietrznych. Dowódca postawił wymagania, że jego pierwszy podoficer powinien znać język angielski, mieć doświadczenie służby za granicą. Jako jedyny spełniałem te warunki. Podjąłem więc wyzwanie.

 

Minęło ponad dziesięć lat. Czy dziś pomocnik dowódcy do spraw podoficerów stoi po prawicy swego dowódcy, czy za jego plecami?

 

Krzysztof Gadowski: Potrzeba znacznego dorobku i ciężkiej pracy, żeby być godnym tego partnerstwa, zostać prawą ręką dowódcy, a tym samym wpływać na podoficerów swoją postawą, zachowaniem, autorytetem. Bywa, że na te stanowiska trafiają ludzie przypadkowi, którzy z własnej woli pozostają za plecami przełożonego. Wiele zależy też od samego dowódcy. Tu bywa różnie. Jedni wykorzystują podoficerski potencjał, inni potrzebują miesięcy albo i lat, żeby się przekonać o niezbędności starszego podoficera stojącego po jego prawicy.

 

Zbigniew Michalak: Na etacie pomocnika jestem od 2011 roku, a od 2007 zastępowałem pomocnika, który był na misji. Dziś stoję obok swojego dowódcy i to samo wywalczyłem w podległych bazach, gdzie wcześniej nie do końca było tak, jak być powinno. Dowódcy nie czuli tego, po prostu pomocnik był kimś, kto nie przeszkadza, ale i nie pomaga.

 

Marek Cabaj: W marynarce wojennej w 2007 roku zostało utworzone tylko stanowisko pomocnika dowódcy marynarki wojennej do spraw podoficerów. Pozostałe – w wybranych, samodzielnych dywizjonach, na szczeblu pułku, w komendach portu wojennego oraz na szczeblu flotylli – dwa lata później. Dzięki temu „opóźnieniu” udało się nam uniknąć wcześniejszych błędów, jakie się pojawiły w wojskach lądowych. Nikt nie mylił już pomocników z mężami zaufania, a dowódcy od początku traktowali nas jako partnerów do rozmowy. Dziś na 14 ogniw podległych dowódcy 3 Flotylli Okrętów jest tylko sześciu pomocników. Tam, gdzie ich nie ma, sam sprawuję nadzór merytoryczny nad jednostką. Jestem najważniejszym podoficerem, stoję obok dowódcy, jestem jego głosem i ramieniem.

 

Marek Kajko: Na początku, jako jedyny podoficer, stałem zawsze za sztabem dowódcy brygady. Pewnego dnia dowódca zaprosił mnie do szyku. Wszyscy widzieli, jak zmieniam miejsce. Było to dla mnie w pewien sposób zdarzenie symboliczne. Nic nie zrobiłem, ale odczułem, że nastąpiła jakaś zmiana w myśleniu. Powiem przewrotnie: dziś rolę pomocnika widać doskonale, patrząc na to, gdzie stoi on podczas tzw. rozprowadzenia, odprawy oraz na zdjęciu – czy jest obok dowódcy, czy stanowi jego cień.

 

Waldemar Malinowski: W ubiegłym roku brałem udział w uroczystościach awansowania podoficerów rezerwy. Stałem z boku trybuny. Gdy dowódca dywizji zorientował się, że nie ma mnie przy nim, wezwał mnie na trybunę i przedstawił jako generała wśród podoficerów… To bardzo nobilitujące dla całego środowiska.

 

Krzysztof Gadowski: Są dziś jednostki, w których system działa modelowo, m.in. w 6 Brygadzie Powietrznodesantowej, 25 Brygadzie Kawalerii Powietrznej, 17 Wielkopolskiej Brygadzie Zmechanizowanej. Starsi podoficerowie dowództw są tam odpowiednikami CSM [command sergeant major] i wspierają dowódców w większości spraw dotyczących podoficerów i szeregowych zawodowych.

 

Tymczasem na najwyższych szczeblach podoficerowie nie mają swej reprezentacji…

 

Krzysztof Gadowski: W tym roku, po raz pierwszy w historii, na konferencję szefów sztabów państw Europy Środkowej w Bukareszcie zaproszono również „pierwszych podoficerów”. Gen. Mieczysław Gocuł nie ma takiego podoficera, więc po dłuższych poszukiwaniach przez Konwent Dziekanów Korpusu Oficerów WP wreszcie dotarli do mnie. Ucieszyłem się niezmiernie, że mogę uczestniczyć w tak ważnym spotkaniu wraz z generałem. Przy okazji rozmawialiśmy o potrzebie ustanowienia funkcji starszego podoficera dowództwa/sztabu w Sztabie Generalnym, który mógłby doradzać w sprawach dotyczących korpusu podoficerskiego.

 

Jak przygotować żołnierza, który będzie pełnił godność podoficera starszego najwyższego szczebla?

 

Krzysztof Gadowski: W amerykańskiej US Army Sergeants Major Academy na zajęciach z przywództwa wojskowego uczą podoficerów starszych, jak być dobrym liderem, jak się zachowywać w różnych sytuacjach. Może w naszej armii przydałby się podobny kurs?

 

Nie wszystkiego można się wyuczyć…

 

Krzysztof Gadowski: Są też potrzebne charyzma, gen przywództwa i umiejętność budowania swojego autorytetu, a to wypracowuje się latami. Jeśli podoficer nie ma w sobie tego czegoś szczególnego, czego nie uwzględniono w karcie opisu stanowiska, to nie ma dla niego miejsca po prawicy. Ogromnie ważny jest też autorytet, którym dzieli się z nim dowódca.

 

A jak dowódca wysokiego szczebla spośród setek podoficerów ma znaleźć tego właściwego?

 

Krzysztof Gadowski: Może to my powinniśmy wychodzić z ofertą: proponujemy, panie generale, trzech kandydatów na stanowisko, mają takie i takie kwalifikacje, niech pan sobie wybierze.

 

Takich trzech, którzy przy okazji będą dobrze znali język angielski?

 

Waldemar Malinowski: Znajdziemy takich bez problemu. W ubiegłym roku żołnierze z amerykańskiej Gwardii Narodowej prowadzili w 16 Dywizji Zmechanizowanej szkolenie dla oficerów, a także szefów kompanii i pomocników dowódców plutonów, na temat relacji między oficerem a podoficerem. Na początku uczestnikom brakowało pewności siebie, ale po kilkunastu minutach rozgorzała dyskusja. Mówimy po angielsku, to nasza polska mentalność „niepopełniania” błędów często nas paraliżuje. 

 

Krzysztof Gadowski: Przyjeżdżają do nas m.in. dowódcy amerykańscy i kanadyjscy ze swoimi starszymi podoficerami, musimy więc znać język, by być dla nich partnerami. Dlatego jednym z moich priorytetów jest zwiększenie wymagań językowych na stanowiskach pomocników na szczeblu taktycznym – do co najmniej drugiego stopnia znajomości angielskiego.

 

Czyli jest z tym kłopot…

 

Krzysztof Gadowski: Młodsze pokolenie nie ma żadnych problemów, u starszych nie jest już tak dobrze. Musimy jednakże wpisać w kartę opisu stanowiska odpowiedni poziom znajomości języka.

 

Pomocnicy mogą funkcjonować znakomicie, ale w pojedynkę zdziałają niewiele. Jak ma się dziś podoficerski łańcuch dowodzenia?

 

Marek Kajko: Jako komendant szkoły podoficerskiej mam swoją listę pomocników z jednostek i jeśli zdarzają się trudne sytuacje, jeśli potrzebuję informacji w sprawie moich słuchaczy, to po prostu do nich dzwonię. Ostatnio żołnierzowi spaliło się mieszkanie, nieubezpieczone, wszystko poszło z dymem. Nie musiałem telefonować do dowódcy dywizji i mówić, że szeregowemu przydarzyło się nieszczęście.

 

A gdzie brakuje ogniw?

 

Waldemar Malinowski: Przykładowo, w 15 Brygadzie Zmechanizowanej mam świetnego pomocnika, ale brak mu etatowych pomocników na szczeblu batalionów. Luki są łatane przez nieetatowy łańcuch wsparcia. Szefowie kompanii w większości są świadomi, co powinien robić pierwszy podoficer pododdziału, pomocnicy dowódców plutonów wiedzą, że powinni wspierać podporuczników po szkole, i to się jakoś sprawdza. Działa również na etapie kwalifikowania szeregowych do szkół podoficerskich.

 

Krzysztof Gadowski: Struktura łańcucha wsparcia dowodzenia nie jest dziś jeszcze kompletna. Gdy opiniujemy wnioski podoficerów i szeregowych o skierowanie na kursy, dotyczące przeniesienia czy powołania do służby stałej, i mamy wątpliwości, to bywa, że nie ma do kogo zatelefonować. Mam na myśli kogoś, kto zna żołnierza i wie o nim wszystko. Aby łańcuch funkcjonował, struktura musi być pełna i zamknięta.

 

Czy nieetatowi pomocnicy batalionowi nie rozwiązują problemu?

 

 

Krzysztof Gadowski: To znakomite rozwiązanie, ale tymczasowe. W nieetatowości tkwi pułapka. Takiemu żołnierzowi wrzuca się na plecy więcej, niż jest on w stanie unieść. Gdy nieustannie odbywają się ćwiczenia, rozkwita współpraca międzynarodowa, okazuje się, że doba jest za krótka. 

 

Istotnym elementem łańcucha wsparcia miał być szef kompanii…

 

Krzysztof Gadowski: Zgodnie z propozycją chor. Jacka Dziedzica z 6 Brygady Powietrznodesantowej jest tam opracowywany program pilotażowy, w którym zadania pierwszego sierżanta przejmie szef kompanii, a gospodarką pododdziału zajmie się podoficer logistyczny w stopniu kaprala lub starszego kaprala. Jeśli eksperyment się powiedzie, chciałbym wystąpić do dowódcy generalnego z propozycją, żeby pilotażowo wprowadzić taką rolę szefów w którejś dywizji.

 

Do ubiegłego roku nie było żadnych przepisów normujących pracę pomocników. Obecnie rozkaz dowódcy generalnego precyzyjnie określa ich zadania.

 

Krzysztof Gadowski: To jedyny dokument mówiący o tym, w jaki sposób dowódcy mają współpracować z pomocnikami, jak również wskazujący pomocnikom, na czym mają się skupić. Prace nad nim trwały od września 2013 roku, wersji było kilkanaście i nadal nie jest idealny. Myślę jednak, że będzie ewoluował.

 

Zbigniew Michalak: Chcieliśmy, żeby pomocnicy byli w dużej mierze odpowiedzialni za kwestie szkoleniowe oraz te dotyczące rozwoju i doskonalenia zawodowego. Możemy na przykład wspierać dowódcę w dziedzinie dyscypliny i reagować na jej łamanie przez podoficerów i szeregowych zawodowych. Teraz mamy do tej działalności podstawę prawną.

 

Waldemar Malinowski: Wcześniej sytuacja była nieco kuriozalna. W dokumentach figuruje inspektor BHP, inspektor ppoż., a pomocnik był wyłącznie w książce etatowej. Nigdzie więcej go nie było. Brakowało nam tego rozkazu na początku, w 2004 roku, kiedy usiłowaliśmy tworzyć łańcuch wsparcia.

 

Marek Cabaj: Nadal wszyscy jesteśmy przecież łącznikami między dowódcą a żołnierzami. Naszym zadaniem jest m.in. informowanie dowódcy o tym, co się dzieje na dole. To działa także wtedy, gdy chcemy docenić podoficerów za ich ciężką służbę. W tym biegu przełożeni często zapominają o bosmanie czy marynarzu, który gdzieś tam po cichu rzetelnie wykonuje swoją pracę. I od tego jest również pomocnik, by o takich ludziach pamiętać.

Należałoby też pomyśleć o zmianie w regulaminie i ceremoniale wojskowym. Chodzi o to, aby pomocnik urósł w siłę, był podoficerem, który zawsze stoi przy dowódcy.

 

W polskim systemie podoficerskim nie brak akcentów amerykańskich. Jak kopiowanie gotowych już wzorców sprawdza się na naszym gruncie? Czy system jest dobry?

 

Krzysztof Gadowski: Na systemie amerykańskim opieramy się jedynie częściowo. Tylko niektóre gotowe rozwiązania armii Stanów Zjednoczonych adaptujemy do polskich warunków. W efekcie powstaje nasz własny system. W zespole ze starszymi chorążymi Krzysztofem Podkulińskim i Adamem Szczepanikiem sprawdzamy, jak on funkcjonuje, analizujemy m.in. ścieżkę awansu, miejsce pomocników, szkolenie podoficerów... i staramy się to doskonalić.

 

Marek Kajko: Czerpanie z gotowych wzorców nie jest niczym złym, a na pewno pozwoli uniknąć wielu błędów i zaoszczędzić kolejnych lat pracy. Wystarczy dopasować to do polskiej rzeczywistości, ulepszyć i pomalować w nasze barwy. Amerykanie budowali to, do czego doszli, od czasu wojny w Wietnamie. Stracili tam wielu oficerów i podoficerowie musieli przejmować dowodzenie. Nie mieliśmy dzięki Bogu takiej sytuacji, ale zdarzało się w ostatnich misjach, że podoficerowie niższych stopni w trudnych sytuacjach bojowych dawali sobie znakomicie radę.

 

Krzysztof Gadowski: Mimo że nasz system nie jest doskonały i na pewno potrzebuje modyfikacji, wiele krajów, na przykład Rumunia, próbuje na nim bazować. Sytuacja po wschodniej stronie granicy spowodowała, że także Ukraińcy zaczęli się nim interesować. 

 

Waldemar Malinowski: Wykorzystaliśmy dobrze czas i zmiana jest odczuwalna. Ten torcik jemy łyżeczką i cieszymy się każdym kęsem, każdym małym sukcesem.

 

Marek Kajko: Sukcesem jest na pewno przetrwanie instytucji pomocników. Mimo że byli tacy, którzy chcieli to stanowisko połączyć z komendantem ochrony, a niektórzy dowódcy świadomie wyzbyli się go, wykreślając etat. Jeszcze też nie wszyscy pomocnicy są godni tego stanowiska, sami mylą je z rolą mężów zaufania, organizują spływy kajakowe, zamiast interesować się właściwą robotą. A tu musi być profesjonalizm, przykład osobisty i człowiek wysokiej klasy, żeby wszyscy wiedzieli, że jest podoficerem najwyższej miary i trzeba się na nim wzorować.

 

Taki chodzący autorytet?

 

Krzysztof Gadowski: Kiedyś było wiadomo, że czterogwiazdkowy chorąży jest mistrzem świata i okolic. Od 1 stycznia, po likwidacji „martwych stopni” zrobiło się tylu starszych chorążych sztabowych, że zniknęliśmy w tłumie. Jeżeli ktoś awansował na starszego chorążego sztabowego, to nie widzi sensu dążenia do stanowiska pomocnika, które nie zawsze jest lubiane. Dostaje swoje pieniądze, dodatek kwalifikacyjny i stanowisko pomocnika mu się nie opłaca.

 

Zbigniew Michalak: Ewentualni następcy obawiają się tego stanowiska. Rozkaz dużo nam pomógł, z drugiej strony ludzie się przestraszyli zakresu odpowiedzialności. Bo obejmuje ona wszystko – sprawy wychowawcze, kadrowe, szkoleniowe, ogólnowojskowe. Co więcej, nie wiąże się z tym żadna motywacja finansowa, nawet na czas urlopu trudno znaleźć kogoś na zastępstwo.

 

Krzysztof Gadowski: Naszym zdaniem powinien być stworzony jakiś wyznacznik najbardziej prestiżowych stanowisk, takich, na których są potrzebne najwyższa odpowiedzialność i największe doświadczenie. A jeśli mamy mówić o docenianiu pomocników w brygadach i dywizjach, również komendantów szkół podoficerskich, to nie da się z pewnością pominąć kwestii finansowych.

 

Niby możecie awansować do korpusu oficerskiego...

 

Waldemar Malinowski: Pamiętam słowa jednego ze współautorów ustawy pragmatycznej w 2003 roku: „zawsze możecie zostać oficerami”. To było upokarzające.

 

Krzysztof Gadowski: Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby 80% podoficerów przechodziło do korpusu oficerskiego. I gdyby najstarszy podoficer, mający teraz pod sobą kilka tysięcy żołnierzy, został nagle dowódcą plutonu. Armia potrzebuje świetnie wyszkolonych podoficerów.

 

Marek Kajko: …Czemu nie zawsze daje wyraz.

Jestem komendantem szkoły podoficerskiej. Na moim stanowisku jest wymagana szkoła średnia i angielski na poziomie pierwszym. Osobiście uważam, że funkcję taką powinien pełnić co najmniej magister ze znajomością angielskiego na poziomie trzecim. A tak jestem komendantem szkoły, podobny stopień ma szef kompanii w centrum szkolenia. Zarabia więcej, ma mniej obowiązków i się ze mnie śmieje. 

 

Krzysztof Gadowski: Dlatego ścieżka rozwoju podoficerów wymaga zmian.

 

Przed laty mówiliśmy o drodze rozwoju, a teraz szukamy ścieżynki?

 

Marek Kajko: Jeżeli teraz kapralem zostaje żołnierz po pięciu latach służby, to choćby co trzy lata regularnie awansował, co się nigdy nie zdarzy, do stopnia starszego chorążego sztabowego dojdzie po 30 latach służby. Będzie miał wtedy 53 lata, a stanowisko z grupą uposażenia U-10 w brygadzie będzie tylko jedno. Trudno mówić o karierze, chyba że karierą jest zdobywanie wyższych stopni. 

Moi podwładni zadali mi ostatnio pytanie, czy zamierzam wysłać na kurs podoficerski kogoś z naszej szkoły. Z przykrością stwierdziłem, że nie widzę takiej potrzeby, bo nikt w ciągu kilku najbliższych lat nie zostanie podoficerem starszym. Może za kilka lat zwolni się jedno stanowisko, bo ktoś pójdzie na emeryturę. No, chyba że wcześniej ktoś odejdzie ze szkoły z innego powodu.

 

Ludzie odchodzą, bo nie mają szansy na awans?

 

Marek Kajko: Tak. Mimo protestów kierowników zespołów, że nie ma kto prowadzić szkoleń, staramy się inwestować w ludzi. Kończą kursy językowe, zdobywają wykształcenie i… przynoszą do mnie wniosek o przeniesienie służbowe. Bo w innej jednostce zaproponowano im wyższy stopień, a oni chcą się rozwijać, a nie stać w miejscu. Mam go nie puścić, stanąć mu na drodze kariery z argumentem, że jest mi potrzebny? To on się zapyta: dlaczego mam nie awansować?

 

To trochę błędne koło. Przecież wysyła go Pan z nadzieją, że inwestuje w kadrę szkoły podoficerskiej.

 

Marek Kajko: Chciałbym umożliwić drogę rozwoju w szkole, zmotywować ludzi do pozostania w niej przez podwyższenie stopnia na poszczególnych stanowiskach – żeby np. szef zespołu był podoficerem starszym. Dziś we wszystkich siedmiu zespołach nie mam żadnego podoficera starszego. Na niektórych stanowiskach z kolei chciałbym stopnie obniżyć, żeby np. dowódcą grupy był podoficer młodszy, którego sami wyszkolimy sobie na instruktora. Niech w szkole ma tę swoją ścieżkę rozwoju. 

 

Dla wielu etat instruktora nie jest stanowiskiem lukratywnym.

 

Marek Kajko: Przy obecnym obciążeniu szkolonymi – 2,5 tys. rocznie – to bardzo ciężka praca. Szkolenie żołnierzy odbywa się przez wiele godzin, w polu, na strzelnicy, w słońcu, na mrozie, w deszczu. Męczą się nie tylko fizycznie. Przychodzi też frustracja, wypalenie zawodowe.

 

A nowych na ich miejsca brakuje?

 

Marek Kajko: Szeregowi, których nauczamy, mają za sobą po pięć misji, a spośród moich instruktorów dwóch czy trzech jest po misjach. Taki wymarzony system to napływ instruktorów z jednostek bojowych, doświadczonych fachowców w swoich dziedzinach. Niestety, nie mamy czym zachęcić żołnierzy, aby zostali instruktorami w szkole.

 

Niedostatek kadry może się wkrótce odbić czkawką.

 

Marek Kajko: Jeśli byle jak wyszkolę dowódcę rosomaka, to on może stracić sprzęt, swoich ludzi i sam zginąć. Jeśli podoficerowie mają być kręgosłupem armii, to ten kręgosłup powinien być zdrowy. We wszystkich aspektach. To jest poważna sprawa, bo chodzi o tysiące ludzi szkolonych rocznie. Od tego, jak oni będą przygotowani, będzie zależała jakość naszego korpusu.

 

Zbigniew Michalak: W przypadku silowca [SIL – służba inżynieryjno-lotnicza] potrzeba ponad trzech, nawet pięciu lat, żeby się stał fachowcem. A dziś szeregowy strzelec, któremu kończy się „resurs”, 12 lat służby, musi zostać kapralem, bo inaczej będzie musiał zdjąć mundur. Ale że w swojej specjalności nie ma etatów, przychodzi do nas, bo są wakaty silowskie. Zostanie kapralem, ale przez kilka następnych lat będzie się musiał uczyć profesji.

 

Marek Kajko: To nie powinno mieć miejsca, bo inwestowano w człowieka przez dziesięć lat. A tu jedna ścieżka się kończy, więc wybiera drugą. Pieniądze, wysiłek ludzi, jego wysiłek idą na marne. Wszyscy się na to godzą, bo trzeba utrzymać szeregowego w służbie.

 

Waldemar Malinowski: …A założeniem tworzenia korpusu szeregowych zawodowych nie było to, że każdy z nich ma zostać podoficerem. Mowa była o najlepszych.

 

Marek Kajko: Marzyłbym, żeby na każdym szczeblu dowodzenia byli ludzie odpowiadający za szkolenie podoficerów. Ktoś, kto by to wszystko spinał. No i aby było tak, jak w armii amerykańskiej, że do stopnia sierżanta to się żołnierza szkoli, a potem to już się kształci podoficerów.

 

Oprac.: Paulina Glińska, Piotr Bernabiuk

 

 

St. chor. sztab. Krzysztof Gadowski jest starszym podoficerem w Dowództwie Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych.

St. chor. sztab. Waldemar Malinowski jest pomocnikiem dowódcy 16 Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej do spraw podoficerów w Elblągu.

St. chor. sztab. Zbigniew Michalak jest pomocnikiem dowódcy 1 Skrzydła Lotnictwa Taktycznego do spraw podoficerów w Świdwinie.

St. chor. sztab. Marek Kajko do niedawna był komendantem Szkoły Podoficerskiej Wojsk Lądowych w Poznaniu.

St. chor. sztab. mar. Marek Cabaj jest pomocnikiem dowódcy 3 Flotylli Okrętów do spraw podoficerów w Gdyni.

PZ

autor zdjęć: Jarosław Wiśniewski (6)





Ministerstwo Obrony Narodowej Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Żandarmeria Wojskowa Inspektorat Uzbrojenia Inspektorat Implementacji
Innowacyjnych Technologii Obronnych
Dowództwo Garnizonu Warszawa

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO