DEKADA DRAPIEŻNIKA

Mija dziesięć lat od momentu, gdy nasza armia odebrała pierwsze rosomaki. Przez ten czas transporter przeszedł daleką drogę – od niesprawdzonej, krytykowanej konstrukcji po dumę sił zbrojnych i symbol modernizacji technicznej.

 

Lato 2007 roku. Od kilku miesięcy w Afganistanie służyli polscy żołnierze pierwszej zmiany nowego, silnego kontyngentu w ramach natowskich ISAF, które przejęły odpowiedzialność za zrujnowane wojnami państwo islamskie. Jeden z oficerów czasowo został wówczas wezwany do kraju w dość nietypowej sprawie – miał przedstawić swym zwierzchnikom opinie żołnierzy na temat rosomaków, które od wiosny wykorzystywali na patrolach, a w razie potrzeby także w walce.

Jego opinia miała mieć duże znaczenie, gdyż kilka miesięcy wcześniej medialna nagonka, sugerująca niską jakość transporterów – pierwszy raz w swej historii kierowanych na misję – i niezapewnienie w nich bezpieczeństwa, zmusiła Ministerstwo Obrony Narodowej do serii spektakularnych decyzji. Przeprowadzono nowe testy rosomaków, strzelano do nich i detonowano pod nimi miny. Zamówiono dodatkowe opancerzenie. Złożono też publiczne deklaracje – jeśli wozy zawiodą, żołnierze nie będą ich używać w Afganistanie. Wprawdzie wiosną 2007 roku wysłano tam pierwsze 24 rosomaki, ale gdyby zawiodły, jako dublerzy miały im służyć leciwe BRDM-2 Szakal, które również załadowano na statki płynące do Azji. Opinie, które przywiózł do kraju wezwany oficer, były jednak jednoznaczne – rosomak to najlepszy wóz, jaki do tej pory Wojsko Polskie dostało na misję. A szakale? Postały trochę na parkingu, a potem cichaczem wycofano je z PKW Afganistan.

 

Dziesiątka z przypadku?

Rosomak, nazywany oficjalnie, choć niepoprawnie, kołowym transporterem opancerzonym, wszedł do wyposażenia Sił Zbrojnych RP wraz z końcem 2004 roku, a pierwsze dziewięć sztuk armia odebrała uroczyście na terenie Wojskowych Zakładów Mechanicznych w Siemianowicach Śląskich w styczniu 2005 roku. Wszyscy ci, którzy po dziesięciu latach od tamtych wydarzeń mogą wskazać rosomaka jako sukces modernizacji technicznej wojsk lądowych, muszą też pamiętać, że to jednak sukces dość niejednoznaczny, w jakiś też sposób przypadkowy, choć jednocześnie bardzo symboliczny. Symboliczny, gdyż to, że dziś w wyposażeniu Wojska Polskiego znajdują się te wozy, jest ściśle związane z naszym wejścia do NATO w 1999 roku.

Panowało bowiem wówczas przekonanie, że w przyszłości czeka nas stabilizacja pozimnowojennego świata, w którym armie państw możnych i bogatych będą wysyłane w zapalne, biedne rejony globu w celu doprowadzenia do normalizacji. Aby jednak żołnierze nie zamienili się tylko w policjantów, wojska ekspedycyjne miały opierać się na tak zwanych siłach średnich – niemających w swoim wyposażeniu ciężkich czołgów czy samobieżnych haubic o trakcji gąsienicowej, ale jednak lepiej uzbrojonych niż jednostki lekkie, dysponujące tylko samochodami terenowymi i szczątkowym wsparciem artylerii. Siły średnie miały zostać wyposażone w transportery opancerzone o trakcji kołowej. Takie pojazdy dają ochronę przed bronią ręczną piechoty, mogą wspierać ogniem broni pokładowej desant, a dzięki wysokiej mobilności pokonują szybko duże przestrzenie lub służą do żmudnych patroli. Można też przewozić je w dalekie rejony na pokładach dużych samolotów transportowych. Są doskonałym narzędziem działań manewrowych, pod warunkiem jednak, że wprzęgnie się je w szerszy system zintegrowanego pola walki.

Gdy Polska przystąpiła do NATO, sojusznicy poprosili nas o wkład w tak rozumiane siły ekspedycyjne. Odpowiedzią było przyjęcie celu Sił Zbrojnych NATO oznaczonego kodem EL 0858, czyli wdrożenie odpowiednich pojazdów bojowych. Zakup kołowych transporterów opancerzonych (KTO) został wpisany do „Programu przebudowy i modernizacji technicznej Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej na lata 2001–2006” jako priorytet.

Przetarg, początkowo tylko na jedną brygadę z 215 wozami, ostatecznie rozstrzygnięty w listopadzie 2002 roku, opiewał aż na 690 pojazdów dla trzech brygad, w tym odmianę 6x6 (formalne podpisanie kontraktu nastąpiło w 2003 roku, później, w wyniku kryzysu finansowego w 2008 roku, obniżono pulę zamówienia do 570 pojazdów dostarczonych w latach 2004–2013). Jego szybkie zorganizowanie i rozstrzygnięcie było, jak na nasze standardy, czymś niezwykłym i faktycznie oznaczało sukces. Tym większy, że zamiast jednego związku taktycznego, przeznaczonego na misje zagraniczne, większa liczba transporterów pozwalała na wyposażenie aż kilku brygad. Była to zatem inwestycja, którą określa się dziś mianem komina inwestycyjnego. Przetarg, który ma wpływ na struktury i efektywność całej armii. Wówczas wielkim zaskoczeniem okazał się natomiast sam obiekt wyboru – Armoured Modular Vehicle (AMV) z fińskiej firmy Patria, której rodzimym partnerem zostały siemianowickie WZM. To bowiem WZM sprzedawały formalnie licencyjny pojazd wojsku – kontrakt miał pozwolić polskim zakładom i kooperantom na rozwój.

Oczywiście wygrała oferta formalnie najtańsza (4,9 mld zł), do tego w momencie wyboru istniejąca właściwie w postaci jednego prototypu. Tyle że od początku AMV był konstrukcją przemyślaną i, wbrew pozorom, dopracowaną – sprawdzony silnik, podzespoły od najlepszych firm na rynku, projektowanie z użyciem komputerów i ogromne doświadczenie fińskiej firmy Sisu (mającej już na koncie rodzinę transporterów XA-180/XA-203, a wówczas współpracującą z Patrią nad nowym projektem) gwarantowały jakość wyrobu. Wtedy jednak w Polsce nie wszyscy dawali wiarę temu, że oferta najtańsza, chociaż przecież nie tania, może być jednocześnie najlepsza. Dlatego jeszcze przez kilka lat w różnych mediach można było natknąć się na bezzasadne merytorycznie, tendencyjne artykuły i komentarze, przedstawiające AMV w jak najgorszym świetle. Pojazd miał tonąć, mieć pancerz niemal z papieru i wiele wad konstrukcyjnych, nie spełniać polskich oczekiwań, a zakład w Siemianowicach Śląskich przedstawiano jako dziewiętnastowieczną manufakturę zdolną tylko do przekształcenia w muzeum. Z powodu nagonki medialnej przez pewien czas WZM nie mogły znaleźć banku, który skredytowałby uruchomienie produkcji, mimo deklaracji MON o zamiarze kupowania transporterów.

 

Koślawy program

Problemem programu „Rosomak” od początku był nie sam pojazd, lecz koślawy system jego wdrażania do służby w Wojsku Polskim. Już nazwa programu: „Kołowy transporter opancerzony”, raziła brakiem precyzji. W naszej armii obowiązują normy, które dokładnie klasyfikują sprzęt wojskowy. Czegoś takiego jak KTO w nich nie ma. Regulaminy wojsk lądowych i międzynarodowe traktaty, takie jak CFE, także precyzują definicje systemów uzbrojenia – mamy w nich czołgi, bojowe wozy piechoty, transportery opancerzone, natomiast próżno w nich szukać kołowych transporterów opancerzonych.

Niuanse związane z nazewnictwem to jednak tylko specjalistyczna semantyka. To co od początku budziło najwięcej trosk w związku z programem „Rosomak”, było znacznie bardziej namacalne. Pierwotny kontrakt obejmował bowiem tylko wersje bojową i bazową. Ta ostatnia miała być w kolejnych latach podstawą odmian specjalistycznych, w tym wozów rozpoznawczych, dowodzenia, technicznych i medycznych. Dopiero wszystkie razem tworzyłby one system – brygadę zmechanizowaną wyposażoną w wozy bojowe i pomocnicze o jednolitej trakcji, zdolne do jednoczesnego manewru.

Niestety, większość z odmian specjalistycznych zanotowała olbrzymie opóźnienia i dziś – dziesięć lat od chwili, gdy mury siemianowickich zakładów opuściły pierwsze rosomaki – wiele z nich wciąż czeka na wdrożenie. W armii teraz znajdują się: bojowy wóz piechoty w odmianach Rosomak, Rosomak M-1 i M-1M (dwie ostatnie to wersje afgańskie), transporter opancerzony M-3, KTO-S (przewozi obsługi i wyrzutnie ppk Spike, zwany spajkowozem), wóz wsparcia dowodzenia WSRiD, pojazd do nauki jazdy (NJ) oraz WEM – wóz ewakuacji medycznej. Wdrażany jest WPT. Nadal jednak czekamy na takie odmiany jak moździerz 120 mm Rak, dowódczy BMS (WD 3), serię wozów dowodzenia (WD, WD OPL Łowcza, WD OPL Rega), wóz rozpoznania technicznego (WRT) i rozpoznania skażeń – RSK – czy też szczególnie interesujące, choć kontrowersyjne, wozy R-1/R-2 dla pododdziałów rozpoznawczych. Nie wolno też zapominać, że dopiero na etapie prototypu jest ZSSW (zdalnie sterowany system wieżowy) dla następnej odmiany uzbrojonej w armatę kalibru 30 mm, a jego wdrożenie determinuje nie tylko uzbrajanie w rosomaki kolejnych batalionów piechoty, lecz także części brygadowych kompanii rozpoznawczych. Pełne ukompletowanie choć jednej brygady do poziomu 300 rosomaków zatem jeszcze trochę potrwa. W optymistycznym wariancie będzie to rok 2016, w realnym prawdopodobnie 2018.

Inercja z wdrażaniem wersji specjalistycznych przekłada się na możliwości bojowe związków taktycznych używających wozów. Przywołany już system jest tak silny, jak mocne jest jego najsłabsze ogniwo. Sieć łączności dowodzenia oparta na samochodach Honker za rosomakami jeszcze nadąży, przynajmniej do czasu, aż przyjdzie pododdziałom działać w trudnym terenie. Jak jednak za rozpędzającymi się na szosie do ponad 100 km/h „rośkami” mają sprawnie się poruszać gąsienicowe wozy zabezpieczenia technicznego, projektowane do współdziałania z czołgami i z czołgów się wywodzące? Zresztą nawet pododdziały bojowe doborowych brygad, czyli 17 i 12 Brygady Zmechanizowanej, wciąż nie są jednorodne – część kompanii i batalionów piechoty zmotoryzowanej nadal używa gąsienicowych BWP-1, choć minęło dziesięć lat od decyzji, że te brygady mają przesiąść się na koła.

 

Musi pływać?

Problemy nie ominęły też i samego rosomaka. Pierwotnie miał pływać, być przenoszony w ładowni C-130, uzbrojony w ppk, a w wersji rozpoznawczej mieć tylko sześć kół. Z tych wszystkich wymogów jedynie oczekiwanie uzbrojenia w przeciwpancerne pociski kierowane można uznać za pozbawione kontrowersji. Polski wymóg pływalności został spełniony, ale za cenę gorszego opancerzenia, które jest słabsze niż w oryginalnych AMV (fińskie wozy, tak jak szwedzkie, chorwackie, słoweńskie czy te budowane dla RPA, nie pływają). Ze względu na konieczność zachowania odpowiedniej wyporności, nie można za to zamontować dodatkowych sensorów. A zatem rosomaki pływają kosztem poziomu ochrony balistycznej, siły ognia i możliwości rozpoznawczych.

 

Czekając na ostrze

Siła ognia jest zresztą niepełna. Niestety, nadal nie ma w linii odmiany rosomaka uzbrojonej w ppk. I to pomimo że w tym samym czasie co KTO realizowano wielki program zakupu pocisków Spike. To czyni wóz niepełnym narzędziem walki. Doskonała armata kalibru 30 mm może być postrachem dla lżej opancerzonych wozów przeciwnika, ale gdy pojawią się czołgi, trzeba będzie „odskoczyć”. Mając ppk, można by się bronić. Oczywiście plany cały czas uwzględniają uzbrojenie pojazdu w taką właśnie broń i pod żadnym pozorem nie można z nich rezygnować.

W rosomaku widać jak na dłoni też coś, co można określić jako brak tożsamości na czas pokoju i wojny w naszej armii. Rosomak z Afganistanu i rosomak z Polski wyglądają jak bogaty i biedny brat. Wersje afgańskie, zwłaszcza M-1M, użytkowane w odległej i niebezpiecznej misji, były silniej opancerzone (nie pływały), doposażono je w środki łączności, obserwacji i pozycjonowania o większym spektrum. Podobno nawet paliwo lano do nich inne niż w kraju, bardziej wydajne. Żołnierze, jak nigdy wcześniej na poligonie, mogli wykorzystywać wozy do maksimum, a dzięki temu poznawać ich realne możliwości i ograniczenia. Serwis i dostawy części zamiennych były znacznie szybsze niż w Polsce. Można oczywiście powiedzieć, że „tamte” rosomaki zostały dopasowane do misji, ale to tylko część prawdy. Żołnierze desantu w Afganistanie zostali wyposażeni w dodatkowe kamery, aby lepiej widzieć z wnętrza wozu, dowódcy dostali więcej sprzętu łączności do sprawnej komunikacji, działonowi – duże przydziały amunicji, logistycy – sporo części i stałą pomoc fachowców z przemysłu. Czyli coś, co jest potrzebne zawsze i wszędzie. Chyba że się założy, że w ojczyźnie sprzęt nie służy do efektywnej walki, lecz do szkolenia. Wtedy niedociągnięcia, braki, paraliżująca biurokracja, gorsze lub niepełne wyposażenie nie mają takiego znaczenia. Nabierają go dopiero na wojnie. Afganistan obnażył tę prawdę także w wypadku rosomaków.    

 

A jednak sukces

To właśnie misja w Afganistanie uczyniła z rosomaka symbol sukcesu, namacalny dowód postępującej modernizacji technicznej sił zbrojnych. Ani F-16 Jastrząb, ani ppk Spike nie zostały wysłane na operacje zagraniczne. Rosomaki – tak. Jednocześnie służyły w azjatyckim Afganistanie i afrykańskim Czadzie. Przez ponad dwa lata nosiły miano „szczęśliwych”. Aż tyle czasu potrzebowali talibowie, aby skonstruować ładunek wystarczająco silny, żeby spowodować śmierć żołnierza jadącego tym pojazdem. Partyzanci długo „badali” nasze wozy, coraz bardziej zdesperowani ich żywotnością. Załogi „rośków” na ogół były krok albo i dwa przed przeciwnikiem. Wyposażone w nocne kamery termowizyjne, same w afgańskich ciemnościach były niewidoczne. Miały „doskonały wzrok” i bardzo „długie ręce” w postaci armat szybkostrzelnych zdolnych wypluć z siebie 200 pocisków w ciągu minuty. A każdy z nich, kalibru 30 mm, może rozszarpać człowieka na strzępy albo zamienić samochód terenowy lub ciężarówkę w dymiącą kupę złomu. Rosomaki zyskały przydomek „zielone diabły” (od koloru pancerza), ponieważ budziły strach u przeciwnika, a u sojuszników zainteresowanie, a potem nawet i zazdrość.

Wciąż ulepszane były doskonałą wizytówką naszej armii, która dostała pojazd idealnie odpowiadający celowi sił zbrojnych NATO wskazanemu przed dekadą. Na misjach takich jak Afganistan duże gabaryty i wysokość były wręcz zaletą, bo oznaczały wystarczająco dużo miejsca w środku, także na bagaż, wodę i wspomniane dodatkowe wyposażenie pokładowe. Rozmiary umożliwiały też dobrą obserwację otoczenia. Jako rasowe wozy bojowe rosomaki miały i niezłą siłę ognia, i znaczną mobilność. Nawet Amerykanie zaczęli bacznie się im przyglądać. Gigant zbrojeniowy Lockheed Martin nawiązał współpracę z Patrią, promując wóz nazwany za oceanem Havoc jako nowy transporter dla marines. Trudno o lepszą rekomendację.

 

Flagowy sprzęt

Na krajowym podwórku program „Rosomak” przyniósł wiele pozytywnych doświadczeń. W wymiarze przemysłowym WZM Siemianowice Śląskie (dziś Rosomak SA) stały się modelowym przykładem udanego zaabsorbowania licencji i rozwoju firmy dzięki stabilnie prowadzonej produkcji oraz świadczeniu usług związanych z produktem (szkolenia, naprawy). Program w ogóle przyniósł sporo korzyści dla przemysłu, ponieważ polonizacja rosomaka dała pracę setkom podwykonawców w Polsce. Dziś już nawet pancerze są produkowane u nas w kraju, a taka umiejętność to rzadkość, nawet w wysoko rozwiniętych przemysłowo krajach Europy.

Dla wojskowych księgowych program KTO, rok w rok generujący ponad pół miliarda złotych, oznaczał systematyczną realizację dużego kontraktu wieloletniego – a zatem realizację modelu uznawanego za optymalny dla modernizacji technicznej. Generałowie i planiści dostali sprzęt, który z marszu mogą zgłaszać do różnych misji zagranicznych wykonywanych pod flagami NATO lub Unii Europejskiej. Rosomaki pozwoliły nadać konkretny kierunek w rozwoju kilku brygad zmechanizowanych, zaliczanych do wojsk wysokiej gotowości. Wobec porażek i opóźnień programów takich jak „Krab” czy „Głuszec”, stały się wizytówką modernizacji wojsk lądowych. Żołnierze z linii odczuli satysfakcję, gdy dostali nowy, powszechnie podziwiany sprzęt. Ministerstwo Obrony Narodowej uznało program za perspektywiczny i w 2013 roku podpisano kolejny kontrakt na rosomaki, które w Siemianowicach Śląskich będą produkowane co najmniej do 2019 roku.

Po dziesięciu latach można stwierdzić, że program „Rosomak” trafił w swój czas i przyniósł naszej armii olbrzymie korzyści. Wóz się sprawdził. Sposób zaś jego wdrażania to już zupełnie inna historia. Powinniśmy wyciągnąć z niej wnioski na przyszłość.

 

Norbert Bączyk

autor zdjęć: US Army, Artur Weber





Ministerstwo Obrony Narodowej Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Żandarmeria Wojskowa Inspektorat Uzbrojenia Inspektorat Implementacji
Innowacyjnych Technologii Obronnych
Dowództwo Garnizonu Warszawa

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO