Wojskowe igrzyska w Szwajcarii za nami. Po raz piąty miałem przyjemność obserwować zmagania reprezentantów Wojska Polskiego na tego typu sportowej imprezie. Trzy razy towarzyszyłem polskim sportowcom na letnich zawodach pod patronatem Międzynarodowej Rady Sportu Wojskowego i teraz w Szwajcarii po raz drugi – na zimowych igrzyskach. Choć zapamiętam z nich głównie sukcesy Biało-Czerwonych – zdobyli pięć medali, w tym jeden złoty – to trudno mi było przymknąć oko na pewien chaos i wpadki organizacyjne gospodarzy.
Na wojskowe igrzyska zimowe polska reprezentacja – a ja wraz z nią – wróciła po 12 latach. Wtedy gospodarzem zmagań byli Francuzi. W Annecy i innych kurortach zorganizowali zawody z dużym rozmachem, a na biatlon magia nazwiska słynnego sierż. Martina Fourcade’a przyciągnęła na trybuny setki widzów. Przybyli dopingować najlepszego na świecie biatlonistę oraz jego kolegów i koleżanki, bo ich start był odpowiednio nagłośniony. Annecy żyło tymi igrzyskami. W mieście było sporo plakatów, flag z logo imprezy. Ceremonię otwarcia nad brzegiem jeziora oglądało prawie 15 tys. widzów. A w centrum miasta rozbrzmiewały różne hymny i łopotały flagi narodowe zawodników, którzy zajmowali czołowe trzy miejsca.
Tyle historia. W Szwajcarii tej atmosfery niestety zabrakło. Ceremonie nagradzania medalistów odbywały się na terenie jednostek wojskowych. W tych, w których uczestniczyłem, nawet nie wciągano flag medalistów na maszt. Choć we Francji nie dane mi było usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego, to w Szwajcarii polski hymn narodowy odegrano w sali klubowej jednostki wojskowej w Emmen, gdzie biało-czerwoną flagę można było jedynie zobaczyć na… telebimie.
W Lucernie, na ulicach centrum miasta nie udało mi się dostrzec żadnego akcentu związanego z igrzyskami. Tego, jak słabo wypromowano te igrzyska, dowodziły miny zdziwionych mieszkańców, którzy widząc grupy sportowców w dresach z ciekawością pytali, na jakież to zawody przyjechali. Podobnie jak Polka pracująca w barze przy stacji kolejowej w Andermatt, która bardzo żałowała, że nic nie wiedziała o imprezie tej rangi. – Chętnie bym pokibicowała naszym – deklarowała. Choć przez Andermatt i znajdujący się tam dworzec przewijały się ekipy z wielu państw, aby pociągami w różnych kierunkach udać się do miejsc rozgrywania zawodów i tu również na próżno było szukać jakichkolwiek informacji, plakatów czy zaproszeń na igrzyska. Były, owszem, ale tylko w jednostkach, w których… zakwaterowano żołnierzy-sportowców.
To o tyle dziwne, że Szwajcarzy na oficjalnej stronie internetowej igrzysk zapraszali widzów na ceremonię otwarcia i zamknięcia imprezy oraz na wszystkie areny sportowe – zastrzegając, że są otwarte dla publiczności i bezpłatne.
Rozczarował także program ceremonii otwarcia i zamknięcia igrzysk. W Lucernie obie uroczystości były bowiem niemal identyczne: ci sami wykonawcy i w większości ten sam repertuar. Jedynie podczas zakończenia zamiast utworu „Recycling”, wykonanego przez orkiestrę dętą z Centralnej Orkiestry Szwajcarskich Sił Zbrojnych, rozbrzmiał przebój „We Are the World”.
To potknięcia dotyczące oprawy, ale były też wpadki poważniejsze – związane bezpośrednio z rozgrywkami. Porównując igrzyska w Annecy i Lucernie trzeba zaznaczyć, że organizatorzy obu musieli sobie poradzić z mgłą utrudniającą przeprowadzenie rywalizacji. I w tym aspekcie także lepiej wypadli Francuzi. Mimo słabej widoczności nie odwołali narciarskiego biegu na orientację, nawet nie przełożyli na inny termin. Im co prawda – w przeciwieństwie do Szwajcarów, którym mgła uniemożliwiła przeprowadzenie zawodów w snowboardzie – było łatwiej. Wtedy w narciarskim biegu nawet na zjazdach szybkości były znacznie mniejsze niż podczas rywalizacji na stoku, więc mgła nie stanowiła takiego zagrożenia dla zawodników. Szwajcarzy z obawy o bezpieczeństwo sportowców całkiem słusznie odwołali rywalizację. Wszystkich wprawili jednak w zdziwienie, że ich nie przełożyli lub nie przenieśli w inne miejsce. Przecież infrastrukturę po temu mieli. Tym samym pozbawili szans na medal m.in. polską brązową medalistkę mistrzostw świata w snowboardzie.
Polska reprezentacja zakończyła rywalizację z pięcioma krążkami. Gdyby ktoś opierał się jedynie na oficjalnej tabeli medalowej opublikowanej na oficjalnej stronie igrzysk, mógłby się zdziwić. Została ona, po poprawkach, ostatecznie zaktualizowała dopiero kilkadziesiąt godzin po przeprowadzeniu ostatniej konkurencji, ale na próżno szukać na niej pięciu medali reprezentacji Wojska Polskiego. Są cztery, choć na ceremoniach medalowych wręczono Polakom pięć! Niestety, srebra w klasyfikacji drużynowej biatlonowego biegu sprinterskiego kobiet nie wzięto pod uwagę. Dlaczego? Któż to wie! Mało tego, podanie klasyfikacji drużynowej tego biegu na oficjalnej stronie zabrało organizatorom… kilkanaście godzin!
Sportowcy wracając z wielkich imprez poza wynikami wspominają także warunki, w jakich przyszło im rywalizować, ale też mieszkać przez ten czas, czyli m.in. bazę noclegową czy wyżywienie. Zwłaszcza w tej ostatniej kwestii trudno zarzucić organizatorom, że nie sprostali zadaniu. Dania były wyszukane i wykwintnie podane. Ale czy to poprawi ogólne wrażenie o przygotowaniu szwajcarskich igrzysk? Nie jestem pewien.
autor zdjęć: Highlights

komentarze