moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

Tygrys nie do końca Królewski

Kultura popularna ugruntowała w świadomości swoich odbiorców obraz potężnych niemieckich ciężkich czołgów – Tygrysów – które rozbijają w proch amerykańskie Shermany czy sowieckie T-34 i prą niezwyciężone do przodu. Na szczęście to „do przodu” skończyło się klęską, a „niezniszczalność” Tygrysów była tylko częścią goebbelsowskiej propagandy.

Aby to udowodnić, warto może zacząć od analizy słabego punktu najsłynniejszej „zapalniczki” II wojny światowej – czołgu Sherman, który to miano zyskał z powodu łatwopalności po otrzymaniu trafienia. Temperatura wytwarzająca się przy zderzeniu pocisku przeciwpancernego przebijającego pancerz sięgała około 2000 stopni Celsjusza, następowało więc częściowe stopienie metalu. Jeżeli pocisk trafił w skrzynię biegów, olej wybuchał jasnym płomieniem, nie mówiąc już o eksplozjach znajdujących się w czołgu granatów, amunicji małokalibrowej, benzyny, płonących izolacjach kabli i farby pokrywającej wnętrze i urządzenia wozu. Paradoksem było, że dość „miękki” pancerz Shermana, palącego się po trafieniu jak pochodnia, powodował mniej raniących odprysków niż w innych, często potężniejszych typach czołgów. Dzięki temu wiele załóg zdołało się uratować z płonących maszyn, w odróżnieniu od czołgistów z Panter i Tygrysów. Większa liczba uratowanych decydowała o dalszej przydatności jednostek pancernych w boju. U aliantów pod koniec wojny szybkie zastępowanie zniszczonych maszyn nowymi nie nastręczało problemu, inaczej niż u Niemców, którzy nie byli już w stanie nadążyć z produkcją swych doskonałych, ale kosztownych i skomplikowanych Panter i Tygrysów.

Podobnie było na froncie wschodnim, gdzie na bezkresnych stepach czynnikiem decydującym prócz siły ognia czołgowej armaty była mobilność. Początkowo organizacja i wyposażenie niemieckich jednostek pancernych biły na głowę ich sowieckie odpowiedniki, ale z chwilą pojawienia się coraz większej liczby T-34, wyposażanych w coraz potężniejsze działa przewaga ta zaczęła szybko topnieć. T-34 miał też tę zaletę, że w odróżnieniu od swych niemieckich odpowiedników, był prostą konstrukcją, którą można było dosłownie montować pod gołym niebem na zamarzniętej ziemi, jak to często bywało na początku wojny niemiecko-sowieckiej, po ewakuacji większości fabryk za Ural. Po bitwie na Łuku Kurskim w 1943 roku niemieccy pancerniacy, nawet ze swoimi działami „88”, nie mogli już dać rady nawale T-34 wzmocnionej przez działa samobieżne i potężne IS-y, które parły na zachód na podobieństwo mongolskiej armii Czyngis-chana.

 

REKLAMA

Ruchome bunkry Hitlera

Niemieccy pancerniacy mieli także problem z… gigantomanią swego führera, który od 1942 roku nakazywał inżynierom projektować coraz potężniejsze typy czołgów. A im bardziej szala zwycięstwa przechylała się na stronę aliantów, tym wyższe i śmielsze, a co za tym idzie coraz bardziej nierealne były oczekiwania Hitlera w tej mierze. Potężny, niezniszczalny czołg miał być jednym z elementów „cudownej broni” – Wunderwaffe. Niemieccy konstruktorzy, nie bacząc na rosnące problemy materiałowe i często nie biorąc nawet pod uwagę warunków pola walki i transportu (że na przykład dla tysiąctonowego kolosa trzeba budować specjalne mosty i drogi!), projektowali takie monstra jak między innymi dziewięćdziesięciotonowy Panzer VII Löwe, tysiąctonowy Landkreuzer P-1000 Ratte lub 1500-tonowy Landkreuzer P-1500 Monster! Co więcej, pod niepozorną nazwą Maus zdołano zbudować latem 1943 roku dwa 188-tonowe prototypy czołgu, który określano mianem „ruchomego bunkra”. Konstrukcja ta, mimo swej potęgi, obnażyła też słabości tego projektu: niedostateczną moc napędu oraz ogromny nacisk jednostkowy na grunt (rosyjskie błota). „Korzyścią” dla aliantów było to, że praca nad „pancernymi potworami” odciągała specjalistyczny personel od bieżącej produkcji na potrzeby armii. Właśnie „dzięki” Mausowi pracownicy firmy Adler we Frankfurcie nad Menem nie mogli w pełni skupić się na produkcji samochodów ciężarowych dla armii.

Wbrew pozorom, także największy i najcięższy czołg, jaki udało się Niemcom wdrożyć do produkcji i wysłać na pole walki, nie spełnił do końca ich oczekiwań. Pz.Kpfw. VI Königstiger, nazywany popularnie Tygrysem Królewskim (choć prawidłowo powinno być: Tygrys Bengalski) na pierwszy rzut oka miał imponujące parametry techniczne. Ponad sześćdziesięciotonowy kolos ze śmiercionośnym dla wszystkich alianckich czołgów działem 88 mm miał zatrzymać sowiecki walec na wschodzie i wyprzeć aliantów zachodnich z Francji. Nie udało się ani jedno, ani drugie.

Podobnie jak w wypadku debiutu bojowego Tygrysa I, Tygrys Królewski raczej rozczarował, a w odróżnieniu od swego poprzednika nie było już czasu ani możliwości, aby do końca poprawić niedociągnięcia techniczne i opracować dla niego odpowiednią taktykę walki. Zresztą Tygrys II od początku był pomyślany jako czołg, który będzie królował na stepie rosyjskim i szachował tam Armię Czerwoną swym 88-milimetrowym działem na odległość, a przyszło mu walczyć na zachodnich, bardziej zurbanizowanych ziemiach ZSRS, w Polsce oraz Europie Zachodniej, gdzie stał się łatwym łupem dla panującego niepodzielnie na niebie lotnictwa alianckiego. Stawał się tam naprawdę groźny dopiero wtedy, gdy pogoda nie pozwalała samolotom na start z lotniska (na przykład w czasie ofensywy w Ardenach). Także kłopoty z surowcami powodowały, że wykonanie czołgu odbiegało od pierwotnych założeń (między innymi gorszej jakości stal), problemem były części zamienne, nie wspominając już o benzynie (Niemcy w swych czołgach nie montowali silników Diesla, gdyż ropę w pierwszej kolejności otrzymywały U-booty). Z tego powodu alianci zmierzający do „serca III Rzeszy” coraz częściej natykali się na porzucone Tygrysy Królewskie, z którymi zwłaszcza amerykańscy oficerowie i żołnierze bardzo lubili się fotografować (od razu nasuwa się słynne zdjęcie gen. Eisenhowera stojącego na tle wywróconego podmuchem bomby lotniczej gąsienicami do góry Tygrysa II, które czasami tytułowane jest „Dawid i Goliat”).

Diabeł tkwi w szczegółach

Badania zdobycznych egzemplarzy Tygrysa Królewskiego, zarówno przez Amerykanów, jak i Sowietów, potwierdziły powyższe wady czołgu, ale też pokazały, że w innych warunkach bojowych byłaby to o wiele groźniejsza broń. 12 sierpnia 1944 roku pod wsią Oględów (w rejonie sowieckiego przyczółka na Wiśle pod Sandomierzem) zamaskowany T-34 lejtnanta Aleksandra Oskina przy wsparciu plutonu piechoty zatrzymał atak jedenastu czołgów niemieckiego 501 Batalionu Czołgów Ciężkich (16 Dywizja Pancerna). Sowiecki czołg zniszczył trzy Tygrysy Królewskie, a czwarty uszkodził. Trzy zdobyte wtedy Tygrysy Królewskie zostały odesłane na tyły i poddane testom. Początkowo Rosjanie ze względu na podobieństwo wzięli je za zmodyfikowane i ulepszone Pantery. Ponadto stwierdzili, że jakość pancerza Tygrysa II jest znacznie gorsza od tego, który posiadają wcześniejsze Pantery i Tygrysy I. Wynikało to ze zmiany składu stali pancerza – zamiast molibdenu, do którego Niemcy już nie mieli dostępu, użyto wanadu. Wprawdzie trzy – cztery pociski przeciwpancerne nie przebijały pancerza, ale czyniły pęknięcia i niebezpieczne dla załogi odpryski wewnątrz czołgu, o których wspominano na początku.

Na zachodzie po niezbyt udanym debiucie w Normandii, gdy letnia pogoda sprzyjała wsparciu powietrznemu aliantów, Tygrysy Królewskie dopiero w czasie ofensywy w Ardenach ugruntowały swoją złą sławę wśród sprzymierzonych. Hitler zakładał, że potężne uderzenie pancerne w zimowych warunkach przełomu 1944/1945, zniweluje przewagę liczebną przeciwnika. Jednak tym razem – mimo początkowych sukcesów – nie było powtórki z blitzkriegu. Tygrysy Królewskie, Tygrysy i Pantery często blokowały oblodzone i zasypane śniegiem kręte leśne drogi i nie były w stanie przebić linii obronnych nieprzyjaciela, którego mogłaby dobić podążająca za czołgami piechota. Alianci wbrew oczekiwaniom Niemców unikali konfrontacji swych jednostek pancernych z groźnymi Tygrysami i wysyłali przeciwko nim piechotę, która z zasadzek minami i bazookami obezwładniała stalowe „drapieżniki”.

Gdy ofensywa Rundstedta została zahamowana i alianci polowali jedynie na dywersantów Skorzeny’ego, Amerykanie zebrali wszystkie zdobyte Tygrysy Królewskie i wysłali je na swoje poligony doświadczalne do USA. Amerykańscy specjaliści nie mogli pojąć, czym kierowali się Niemcy tworząc takiego kolosa, który „pożerał” ich ostatnie rezerwy materiałowe. Tygrys II był bardzo duży i ciężki, co zmniejszało jego mobilność i wystawiało jako łatwy cel dla samolotów szturmowych. Jego zawodny silnik spalał olbrzymie ilości paliwa, którego Niemcy mieli coraz mniej. Amerykanie, podobnie jak Sowieci zauważyli też wady pancerza. Wprawdzie pancerz czołowy o grubości 180 mm był praktycznie nie do przebicia dla alianckich dział, ale już płyty boczne o grubości 70–80 mm bez problemu rozrywały pociski kalibru 75 i 76 mm z odległości nie większej niż 400–500 m. Ponadto zauważono, że prędkość obrotu wieży jest bardzo niska, co także niekorzystnie wpływa na skuteczność maszyny na polu walki. Największym atutem Königstiger było jego działo 88 mm. To doskonałe rozwinięcie armaty Tygrysa I uzyskiwało trafienie celu oddalonego o 3500 m (przy maksymalnym zasięgu 3800 m). W czasie testu szybkostrzelności wystrzelono dziewięć pocisków w 35 s, a strzelając do celu ruchomego poruszającego się z prędkością 30 km/h w odległości 2700 m trzy pociski z pięciu wystrzelonych trafiły w cel. Przy tym wszystkim obsługa armaty była stosunkowo prosta i doświadczony czołgista mógł z niej prowadzić niezwykle śmiercionośny ogień, co niejednokrotnie udowodnili tak doświadczeni pancerniacy jak między innymi Michael Wittmann.

Amerykanie także doszli do wniosku, że pierwotnym przeznaczeniem Tygrysa Królewskiego były stepowe przestrzenie frontu wschodniego. Tam doskonałe działo 88 mm byłoby atutem, który rekompensowałby słabe punkty czołgu. Jednak w warunkach wojennych przełomu 1944/1945 górę brały jego niedociągnięcia konstrukcyjne i braki logistyczne. Dla aliantów o wiele groźniejsze okazałoby się rzucenie na front większej liczby średnich Panter.

Trzeba przy tym pamiętać, że także alianci pod koniec wojny wprowadzili czołgi ciężkie (Brytyjczycy raczej nieudanego Churchilla, Amerykanie Pershinga, a Rosjanie IS-a [czyli Stalina]), ale podstawowym wozem bojowym w ich formacjach pancernych pozostał czołg średni (Sherman, Cromwell, T-34) – z coraz potężniejszym działem, lecz przy tym niezbyt mocno opancerzony i szybki (choć tego warunku Sherman akurat nie spełniał dostatecznie), a co istotne – prosty w montażu. Jednym słowem, linia montażowa Forda święciła triumfy zarówno na wschodnim, jaki i zachodnim teatrze wojny.

Hitler (w odróżnieniu od Stalina) nie wyciągnął do końca wniosków z początku operacji „Barbarossa”, gdy sowieckie „ruchome bunkry”, jak KW-1 czy KW-2 nie zdołały zatrzymać pędzących do przodu, zsynchronizowanych jednostek pancernych i zmechanizowanych wspieranych z góry przez lotnictwo szturmowe. Te kolosy po przełamaniu efektu psychologicznego – szoku, który wywoływały u niemieckich żołnierzy swym wyglądem – okazywały się zadziwiająco „bezbronne” wobec przemyślanych ataków drużyn przeciwczołgowych. Wprawdzie załogi tych czołgów rzadko dorównywały wyszkoleniem załogom niemieckim, a i KW nie dorównywał technicznie późniejszym Panterom, Tygrysom i Tygrysom Królewskim, ale analogia błędnej koncepcji działań pancernych (lub spóźnionej, jak w wypadku Tygrysa II) jest wyraźna. Gigantomania führera na szczęście okazała się kolosem na glinianych nogach.

Bibliografia

S. Koszutski, Wspomnienia z różnych pobojowisk, Kraków 2013
R. Overy, Krew na śniegu. Rosja w II wojnie światowej, Gdańsk 1999
Encyklopedia czołgów i pojazdów bojowych, Poznań 2010

Piotr Korczyński , historyk, redaktor kwartalnika „Polska Zbrojna Historia”

dodaj komentarz

komentarze

~Scooby
1528457400
Michael Wittmann - znając słabość obrotu wieży , zdawał się na kierowcę który obracał czołg ruchem gąsienic.
DB-3F-9C-53
~bohun
1528050780
Fajny!
5E-40-8D-3F
~Jorgus
1528028340
"A na Tygrysy mamy Visy!" :). Ciekawie jak zwykle!
86-68-01-60

Szachiści najlepsi w mistrzostwach NATO
Eurosatory – królestwo militarnych pojazdów
Patrioty bronią nieba na „Saber Strike”
ORP „Piorun” w pogoni za „Bismarckiem”
Pomnik katyński w Jersey City. Prawda historyczna kontra polityczna poprawność
Francja inwestuje w obronność
Trzy medale strzelców na wojskowym czempionacie
Piloci i terytorialsi będą się szkolić nad Pilicą
Starcie pancernych plutonów
NATO utworzy nową strukturę dowodzenia
Zmiany w systemie dowodzenia armią ­
St. szer. Paweł Wojciechowski drugi w Rzymie
Wyjątkowa misja
1-15 czerwca 1918 – 1 Pułk Strzelców Polskich na pierwszej linii frontu
Na jakich zasadach powrót do armii?
„Saber Strike ’18” – decydujące starcie
Eurosatory 2018: Robotyzacja pola walki
IPN odnalazł szczątki kolejnego niezłomnego
W Radomiu o przygotowaniach do Air Show
Pierwsi mistrzowie kraju służb mundurowych w biatlonie
Polska na Eurosatory 2018
Legenda polskiej partyzantki
Polskie skrzydła w Afryce
Wojskowi lotnicy wrócili nad Pilicę
IPN szuka szczątków polskich żołnierzy na Litwie
Amerykańskie inwestycje w obronność krajów bałtyckich
Dzieci wyśpiewały i wytańczyły Niepodległą
Srebrny medal st. szer. Mateusza Polaczyka
Sąd zdecyduje o losach pomnika katyńskiego w Jersey City
Porady z paragrafem
Myśliwce MiG-29 polecą na Litwę
Egzamin „Kormorana” na Świnie
Bliski Wschód – definicja chaosu
Pomoc potrzebującym żołnierzom
Myśliwce F-16 dla Chorwacji
LOT Szkoły Orląt
Polityka fałszywego uśmiechu
Żandarmeria świętuje
Wojskowi judocy na tatami
Puma i Kuguar na Mazurach
Priorytetem bezpieczeństwo wewnętrzne
Ławka, która łączy tradycję z nowoczesnością
Eurosatory 2018 zakończone
Rozkaz brzmiał: pokonać rzekę
Minister obrony na spotkaniu w Rumunii
GROM, jak rodziła się legenda
Sukces Trumpa czy Kima?
„Bękarty wojny” w Dachau
Terytorialsi na kursie dla ratowników wodnych
15–30 czerwca 1918 – Błękitna Armia pod polskimi sztandarami
Więcej pieniędzy dla cywilów w wojsku
Trening z koktajlami Mołotowa
Co z kierowcami pojazdów uprzywilejowanych?
Naukowcy przypomnieli dorobek Wyższej Szkoły Wojennej
Akademia Wojsk Lądowych otwiera drzwi
Kierunek – wschodnia flanka
„Saber Strike 18”: pokonać Wisłę
Koszykarze z Czarnej Dywizji mistrzami Wojska Polskiego
Ustawa degradacyjna przyjęta przez rząd
Porządki w programach śmigłowcowych

Ministerstwo Obrony Narodowej Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Żandarmeria Wojskowa Inspektorat Uzbrojenia Inspektorat Implementacji
Innowacyjnych Technologii Obronnych
Dowództwo Garnizonu Warszawa

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO