moja polska zbrojna
Strona którą odwiedzasz korzysta z plików cookies. Ustawienia dotyczące tych plików można zmienić w opcjach przeglądarki używanej do przeglądania Internetu.
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o plikach cookies przeczytaj Politykę cookies.
Jeśli ustawienia cookies nie zostaną zmienione, podczas przeglądania strony informacje automatycznie zapisywane będą w pamięci Twojego urządzenia.
Nie pokazuj mi więcej tego komunikatu: kliknij tutaj

Patriotyzmu nie trzeba było nas uczyć

Nie jestem bohaterem, nigdy się za takiego nie uważałem. Rola cichociemnych, tych 316 młodych ludzi, którzy zostali przerzuceni na teren okupowanej Polski, była wyłącznie symboliczna. Dzięki nam Polacy mogli się dowiedzieć, że na Zachodzie o nich nie zapomniano – mówi kpt. Aleksander Tarnawski „Upłaz”, żołnierz Armii Krajowej, jeden z ostatnich żyjących cichociemnych.




Lubi Pan rozmawiać o przeszłości?

Nie bardzo. Na przeszłość nie mamy najmniejszego wpływu, a na przyszłość – tak. Oczywiście nie mówię, że duży, ale jednak jakiś wpływ mamy.

Ale Pana przeszłość jest dla nas ważna, bo to kawałek historii Polski.

Kiedy usłyszałem, że wywiad chcą ze mną przeprowadzić dwie kobiety, to nastawiłem się na najgorsze (śmiech). Proszę więc pytać!

Gdzie Pan był, gdy wybuchła wojna?

Na wakacjach w Rabce. Moje ciotki miały tam dom. O tym, że wybuchnie wojna, było wiadomo od jakiegoś czasu, każdy tylko czekał kiedy. Pewnego dnia, gdy zza wzgórza wyleciał niemiecki dwupłatowiec rozpoznawczy, byłem już pewien: jest wojna.

Nie został Pan jednak zmobilizowany. Nie złapał Pan za broń?

Jako wzorowy obywatel zrobiłem to, co mi nakazano. Ówczesne władze wzywały, by wszyscy mężczyźni wycofywali się na wschód. Tak też zrobiłem. Razem z ojcem i młodszym o dwa lata bratem ruszyliśmy w drogę. Ale ojciec z bratem szybko zawrócili do Rabki, uznali, że ta wędrówka nie ma sensu. Ja nie wróciłem. Poszedłem do Lwowa. Przed wojną zdążyłem ukończyć tam pierwszy rok studiów na Wydziale Chemii Uniwersytetu Lwowskiego. Miałem we Lwowie kwaterę, znałem miasto, więc tam się zatrzymałem. Niestety nie na długo. Wszyscy wiemy, co się wydarzyło 17 września 1939 roku.

REKLAMA

Wtedy rozpoczął Pan swoją wielką podróż?

Dowiedziałem się, że we Francji formowane jest wojsko polskie pod dowództwem generała Sikorskiego. Razem z dwoma kolegami postanowiliśmy dostać się do tej armii. Kupiliśmy wszystkie dostępne wówczas mapy pogranicza. Zrobiliśmy sobie marszrutę i ruszyliśmy w drogę.

Przedostał się Pan na Węgry, a później do Francji. To ogromna odległość!

E, nie przesadzajmy! Jaka to odległość? Proszę nie zapominać, że wówczas młodzi ludzie byli bardziej wysportowani niż dziś i przyzwyczajeni do wysiłku fizycznego. Nie było dla mnie żadnym wyzwaniem, by dziennie przejść 50 kilometrów. Część trasy pokonaliśmy pociągiem, część na piechotę. Droga minęła nam bezpiecznie.

Dotarliście do Francji...

Trafiłem do obozu wojskowego Camp de Coëtquidan, który władze francuskie udostępniły Polakom. Tam też rozpocząłem naukę w Szkole Podchorążych. Nie było to jednak moje pierwsze zetknięcie się z wojskowością. Jeszcze na studiach we Lwowie przeszedłem odpowiednie szkolenie, skończyłem też miesięczny obóz wojskowy dla studentów. Kształcenie w szkole podchorążych nie trwało jednak zbyt długo, bo Niemcy uderzyli od północy i wkroczyli do Francji. Francja skapitulowała, musiałem więc jechać dalej. Na szczęście mieliśmy dobrego dowódcę plutonu, który zebrał kilku chłopaków i ruszyliśmy piechotą na południe kraju, aż dotarliśmy do granicy francusko-hiszpańskiej. Tam wsiedliśmy na pokład norweskiego rudowęglowca i popłynęliśmy do Wielkiej Brytanii. Ostatecznie trafiłem na wschodnie wybrzeże Szkocji, gdzie formowała się 1 Dywizja Pancerna. Mieliśmy tam bardzo dobre warunki, ale muszę przyznać, że trochę się nudziłem. Na całym świecie szalała wojna, a my prowadziliśmy zwykłe garnizonowe życie.

Propozycja powrotu do kraju tę nudę przerwała?

Pewnego dnia poproszono mnie do kancelarii, gdzie czekał pułkownik ze sztabu Naczelnego Wodza w Londynie. Zapytał, czy nie miałbym ochoty polecieć do Polski. Zgodziłem się bez wahania. Ale prawda jest taka, że wówczas, gdyby zaproponował mi wyjazd do Nigerii czy Egiptu, też bym się zgodził. Chciałem przerwać tę bezczynność. Oczywiście wiedziałem, że nie chodziło o wycieczkę krajoznawczą, tylko o przystąpienie do walki. Kilka tygodni później zostałem odwołany z jednostki pancernej i rozpocząłem nowe szkolenie.

Czy przeniesienie do innego oddziału trzymano w jednostce w tajemnicy?

Nie! Pamiętam, jak po kilku dniach znajomy z mojej kompanii zaczepił mnie słowami: „Co u pana, panie paraszuto”. Myślę, że to nie była taka wielka tajemnica. W każdym razie nie w moim przypadku.

Rozpoczął Pan szkolenie na cichociemnego. Jak ono wyglądało?

Przede wszystkim podzielone było na kilka etapów. Na początku szkoliliśmy się w Szkocji. Byliśmy na bezludziu, pośród przepięknej przyrody. Do dziś wspominam góry, czyste jeziora, potoki, które kaskadami płynęły przez skały i plażę wprost do oceanu. Naprawdę piękna okolica. Przeszedłem tam trwający kilka tygodni tak zwany Physical Training. To było typowe szkolenie sprawnościowe: biegi, marsze, walka wręcz. Codziennie przygotowywaliśmy się także do skoków spadochronowych. Ćwiczyliśmy działanie na wysokościach, na przykład skok z wysokości pierwszego piętra, wspinaczkę na skały i zjazd na linie na plażę. To wcale nie było takie wymagające, jak się wszystkim wydaje. Ale jak się ma 20 lat, to nic nie jest trudne!
Po treningu fizycznym w Szkocji przeszedłem szkolenie spadochronowe. To było ciekawe, bo nigdy wcześniej nie leciałem samolotem. Pamiętam, że w kadłubie był otwór przypominający studzienkę. Trzeba było usiąść na brzegu, później odepchnąć się i wyskoczyć. Na początek instruktorzy chcieli nas oswoić z samolotem i wysokością. Patrząc na ziemię przez tę dziurę w kadłubie z wysokości 200 metrów, pomyślałem, że nie skoczę. Ale następnego dnia poszło bez problemu.

Ile było skoków ćwiczebnych?

Zrobiłem sześć skoków, pięć w dzień i jeden w nocy. To było niezwykle przyjemne, euforyczne przeżycie. Spadochron się otwiera, człowiek wisi w powietrzu, a jak samolot odleci, to jest przyjemna cisza. Później szybko przybliża się ziemia. Lądowanie i już!

Potem szkolił się Pan w okolicach Londynu?

Tak. Tam było zorganizowane specjalistyczne szkolenie, między innymi minerskie i strzeleckie. Przedstawiono nam także sytuację w kraju, tworzyliśmy dla siebie fałszywe życiorysy. Pod koniec 1943 roku przeniesiono mnie do bazy w Brindisi we Włoszech, skąd kilka miesięcy później wystartowałem do Polski.

Do kraju ruszył Pan z 16 na 17 kwietnia 1944 roku. Bał się Pan?

Człowiek był młody, to się niczego nie bał. Nie było wielkich emocji. Skoro się zdecydowałem na to szkolenie, to wiadomo było, że którejś nocy ten skok trzeba będzie wykonać.

Myślał Pan wtedy, że leci walczyć za ojczyznę?

Skończmy już z tym patosem. Kierowała mną przede wszystkim chęć przygody. Wielką ideologię dopowiedziały kolejne pokolenia. Oczywiście byłem patriotą. Ale to było coś naturalnego. Bez wielkich haseł, bez podniosłości i egzaltacji.

W ramach operacji „Weller 12” wylądował Pan pod Warszawą.

Tak, wylądowałem we wsi Baniocha pod Górą Kalwarią. Od razu oddałem pas z pieniędzmi, broń, kombinezon i spadochron. A wiecie panie, że podobno z naszych spadochronów kobiety szyły sobie bieliznę? Następnego ranka wsiadłem w kolejkę wąskotorową i ruszyłem do Warszawy, by zameldować się w punkcie kontaktowym.

Udało się bez problemu?

Oczywiście! Poruszałem się po Warszawie swobodnie, choć nigdy wcześniej nie byłem w stolicy. Miałem doskonale opanowaną topografię miasta, a patrole niemieckie nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Pamiętam nawet, że jak wyszedłem ze stacji na ulicę, to aż sobie podskakiwałem – czułem się i zachowywałem zupełnie normalnie. Nikt też mnie nie kontrolował. Cała tajemnica w tym, aby poruszać się na tyle swobodnie, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Trzeba więc było sobie podgwizdywać, oglądać się za kobietami. Po prostu, normalnie żyć!

A propos kobiet. Czy na wojnie jest czas na miłość?

Dużo go nie było... W oddziale partyzanckim „Lwa” była taka sanitariuszka Katarzyna (Elżbieta Nowocień – przyp. red.). Zbliżyliśmy się do siebie, a po wojnie wzięliśmy ślub.

Jakie miał Pan zadania w Polsce?

Jeśli wyczytały panie, że byłem odpowiedzialny za szkolenie innych żołnierzy – to nieprawda. Nie byłem instruktorem dywersji ani sabotażu. Do kraju przyleciałem jako specjalista od broni pancernej, co od początku było pewną iluzją. Bo kogo ja w partyzantce mogłem szkolić z broni pancernej? Po zameldowaniu się w Polsce byłem do dyspozycji dowództwa Armii Krajowej, które decydowało o moim dalszym przydziale. Po aklimatyzacji skierowano mnie do Zgrupowania Zachód Okręgu Nowogródek AK, pod rozkazy Jana Wasiewicza „Lwa”. Ale przyznam, że nie był to człowiek, którego darzyłem sympatią.

Jak kończy się wojna dla Pana?

W momencie, gdy Armia Czerwona rozpoczęła aresztowania żołnierzy Armii Krajowej. Poszliśmy wówczas z kolegami z kompanii w rejon Grodna. Później zostaliśmy zwolnieni ze służby i po prostu się rozeszliśmy. Każdy na własną rękę decydował, co robi. Chciałem iść do Warszawy, ale Rosjanie mnie zatrzymali, więc poszedłem do Lublina.
Wojna to straszna rzecz. Gdy się skończyła, to wszyscy byli szczęśliwi. Nieważne było, co się działo późnej, jaki ustrój zapanował, pod jakimi wpływami się znaleźliśmy. Nie było wojny, a to zawsze była jakaś poprawa.

Ale wspomnienia z wojny pozostają…

W pamięci utkwiło mi na przykład to z 17 stycznia 1945 roku. Znalazłem się wtedy na terenach prawobrzeżnej Warszawy. Pomyślałem, że zobaczę, jak wygląda stolica. Był bardzo duży mróz, Wisła zamarzła, więc przeszedłem po lodzie na drugi brzeg. Na wale zobaczyłem wystającą ze zmarzniętej ziemi nogę w onucach. Prawdopodobnie była to noga jednego z berlingowców, którzy próbowali nieść pomoc Warszawie. Ale nie tylko ta noga była straszna. Wszedłem do Warszawy pustej, bezludnej, zrujnowanej, to było wstrząsające nawet dla najbardziej wytrzymałego człowieka. Pomyślałem, że decyzja o powstaniu warszawskim była zbrodnią i tyle. Co tu dużo mówić. Ciekaw jestem, dlaczego wszyscy podziwiają powstańców, ale nikt nie wspomni o ludności cywilnej, a zwłaszcza o dzieciach, które ginęły, które się bały. Dlaczego nikt choćby patyka nie wbił w ziemię z napisem „Pamięci dzieciom, które bały się podczas powstania warszawskiego”? To dla mnie były największe ofiary. Powstańcy wiedzieli, że jest wojna, a na wojnie ludzie giną. Ale co mogły wiedzieć te przestraszone dzieci?

Czy w Pana pamięci jest miejsce na jakieś dobre, ciepłe wspomnienia z wojny?

Jest jedna historia, do której lubię wracać. Przed wyjazdem na wschód, byłem pod Warszawą, niedaleko Otwocka. I tam zakwaterowali mnie w domu, w którym ukrywała się młoda Żydówka. Ona bardzo bała się wychodzić z domu, bo w okolicy krążyło od cholery szmalcowników. Gdy ja tam przyjechałem, to chodziłem z nią na spacery. Dzięki temu przez chwilę czuła się jak wolny człowiek, to dawało jej wiele szczęścia. Potem dowiedziałem się, że przeżyła wojnę, ale nie znam jej dalszych losów. Cieszę się, że mogłem jej wówczas sprawić radość...

Takie gesty były wtedy potrzebne wszystkim…

Oczywiście. Według wyobrażeń niektórych ludzi, rola cichociemnego, ale też i innych żołnierzy, polegała tylko na strzelaniu. To absurd. Pamiętam taki epizod pod Wilnem. Rosjanie rozrzucali ulotki z informacją, że partyzanci we wsi Gudełki mogą złożyć broń i iść do domu. Zgłosiłem się na ochotnika, żeby ich tam odprowadzić. Za pomoc dostałem od partyzantów konia. Ja wprawdzie nigdy konno nie jeździłem, ale przecież na tor przeszkód się nie wybierałem. Odprowadziłem więc tych ludzi i gdy wracałem, zobaczyłem, że na polanie wylądował samolot radziecki. Jego pilot jadł borówki, których nazbierał mu pastuszek. To postanowiłem, że też tam podjadę i poproszę tego pastuszka o trochę borówek. No i taka sytuacja: on mnie mógł kropnąć, ja go mogłem kropnąć, ale zamiast tego usiedliśmy razem i zjedliśmy borówki. Jak normalni ludzie.

Długo utrzymywał Pan tajemnicę o cichociemnych?

Nikt nie wiedział, no może poza moim tatą. Nawet moi współpracownicy z zakładów chemicznych w Gliwicach. Stara prawda jest taka: im mniej mówi się o sobie, tym lepiej. Bo skąd Gestapo, NKWD, UB mogło o kimś wiedzieć? Tylko to, co sami o sobie powiemy, lub życzliwi sąsiedzi doniosą. Ja nie byłem prześladowany, bo się nie ujawniałem z przeszłością.

A na wypadek, gdyby coś jednak się wydało, miał Pan wymyśloną legendę?

Miałem, ale po prostu już nie pamiętam. Później jeszcze w Polsce tworzyłem nowe legendy. To wszystko się już zatarło.

Czy w PRL włączył się Pan w działania konspiracyjne?

Nie. Uznałem, że straciłem na wojnie tyle lat, iż już wystarczy. Trzeba było trochę pomyśleć o sobie.

Zamieszkał Pan w Gliwicach, ponownie się ożenił. Ale przeszłość jednak od czasu do czasu się odzywała. Przychodziły do Pana zaproszenia na zjazdy cichociemnych.

No tak, na przykład z jednostki GROM, której patronami są właśnie cichociemni. W izbie pamięci jednostki wiszą wszystkie nasze fotografie. Żołnierze zapraszali mnie do siebie, ale ja długo jakoś nie miałem ochoty. Ale w końcu zaczęliśmy się spotykać, także z innymi cichociemnymi.

Z GROM-em łączy Pana szczególna więź. Żołnierze wypowiadają się o Panu z podziwem, Pan również darzy ich sympatią.

Ilekroć przyjeżdżałem do jednostki, czułem się jakby to była moja druga rodzina. Ci ludzie są wspaniali, począwszy od pułkownika Gąstała, który do niedawna był dowódcą jednostki, po szeregowych żołnierzy. To specjalna kategoria ludzi, z którymi łatwo mi się porozumieć.



Strzelał Pan z nimi, a żołnierze mówią, że posługuje się Pan bronią jak zawodowiec.

No przecież trochę się w tym szkoliłem (śmiech). Ja bardzo lubię strzelać. Takich nawyków ze szkolenia cichociemnych zostało mi więcej. Na przykład wpajali nam, żeby zawsze przy lądowaniu (podczas skoku ze spadochronem) brodę docisnąć do mostka. Zapamiętałem to na zawsze, co więcej, ta zasada sprawdza się na co dzień. Raz czy dwa, gdy poślizgnąłem się idąc chodnikiem, niemal automatycznie chroniłem w ten sposób głowę podczas upadku.

W 2014 roku, gdy miał Pan 94 lata, skoczył Pan ze spadochronem. Tym razem w tandemie z żołnierzem GROM-u. Oni Pana namówili? Czy może Pan ich?

Nawet do głowy by mi nie przyszło, że mogę jeszcze coś takiego zrobić. Ale żołnierze mi zaproponowali, a ja z chęcią się zgodziłem. To była wspaniałe rzecz. Skakałem z 2 tysięcy metrów, pogoda była wyśmienita. Nie bałem się. Pewnie żołnierz, który skakał ze mną, bardziej się denerwował niż ja. Zrobiłbym to raz jeszcze, ale to już raczej niemożliwe.

Chciał Pan coś sobie udowodnić?

Panuje przekonanie, że jak człowiek jest starym, za przeproszeniem, pierdołą, to się wszystkiego boi. No to się chciałem przekonać, czy tak jest. I się przekonałem, ku mojemu zdumieniu, że to nieprawda.



A kiedy ostatnio był Pan na strzelnicy?

W lecie ubiegłego roku. Strzelanie z pistoletu niewiele się zmieniło od czasu, kiedy ja nosiłem broń. Ale jeśli chodzi o broń długolufową, to tutaj jest zupełnie inaczej. Celownik jest teraz elektroniczny, więc chyba trudno dziś nie trafić do celu.

Strzelanie, skakanie ze spadochronem... Co jeszcze zostało Panu z cichociemnego?

Zasada, aby niewiele o sobie mówić.

Ale mimo to czasami bierze Pan udział w różnych uroczystościach, spotyka się z młodzieżą.

Nie lubię celebry, ale z młodymi chętnie rozmawiam.

Pytają, jak to jest być bohaterem?

Nie jestem bohaterem, nigdy się za takiego nie uważałem. Ot, taki zwykły szmondak, któremu się akurat to w życiu zdarzyło. Takich jak ja podczas ostatniej wojny było tysiące na wszystkich frontach.

Czuł Pan kiedykolwiek wyjątkowość swojej formacji?

Nie. Tych 316 ludzi nie miało żadnego wpływu na jakiekolwiek działania wojenne. Nie mogłoby mieć, nawet gdyby to była zwarta jednostka. Wobec tych sił, które się tutaj zmagały, wobec tych mas ludzi, które się tu potykały, cóż mogliśmy znaczyć? Moim zdaniem rola cichociemnych była symboliczna. Ludzie, którzy w kraju przyjmowali zrzuty, opowiadali o tym swoim krewnym czy znajomym. Mimo konspiracji, takie wieści się roznosiły. I to była pozytywna rola cichociemnych. Dzięki nam ludzie mogli się dowiedzieć, że na Zachodzie o nich nie zapomniano. To podnosiło morale.

Drażnią Pana górnolotne słowa, patos...

Ależ oczywiście. To jest nudne. Poza tym takie słowa odbieram jako nieszczere i nieprawdziwe.

Ordery? Odznaczenia?

Nie. Nawet o tym jakoś nie myślę. Noszę tylko oznakę GROM-u.

Jak uczyć młodych ludzi mądrego patriotyzmu?

Ja nie wiem, czy to jest w ogóle fortunne określenie „uczyć patriotyzmu”... Żyłem w okresie międzywojennym, kiedy to patriotyzm był rzeczą naturalną. Po wielu latach niewoli powstało nowe państwo, ale ja nie pamiętam, żeby ktoś mnie uczył patriotyzmu.

Tak, ale Polska wówczas odzyskała niepodległość, wolność była świeża, a wspomnienia o niewoli jeszcze żywe. Dziś to wygląda zupełnie inaczej. Młodzi o tym, co zdarzyło się 70 lat temu, dowiadują się od starszych. Jak im o tym opowiadać i czy w ogóle mówić?

Na pewno. Ale bez tej egzaltacji, normalnie, szczerze. Pamiętać o elemencie przygody. Na każdego młodego człowieka to działa. Nie głosić szumnych frazesów, nie cukrować przy każdej okazji.

Czy Pana córka poznała historię „Upłaza”?

Nie, ja nigdy raczej o tym nie mówiłem. Dopiero gdzieś później się dowiedziała. Ona nawet się tym specjalnie nie interesowała. I słusznie. Przeszłość się nie liczy, liczy się tylko przyszłość.

To porozmawiajmy o przyszłości. Co Pan będzie dzisiaj robił?

Pewnie coś sobie poczytam. Dużo czytam od zawsze. Znam literaturę światową. Uczyłem się angielskiego, czytając amerykańskie i angielskie książki w oryginale. Najpierw co drugie słowo sprawdzałem w słowniku, a potem jakoś poszło. Aż przeczytałem "Komu bije dzwon" Hemingwaya.

A inne pasje? Podobno ma Pan w domu małe laboratorium...

Mam, ku niezadowoleniu żony. Proszę tak na mnie nie patrzeć, przecież nie robię materiałów wybuchowych. Moją pasją jest chemia, współpracowałem z firmą, która robi pigmenty antykorozyjne, czyli elementy farb podkładowych chroniących przed korozją. I tak sobie próbuję to robić w tym laboratorium… (śmiech)

Proszę wyjaśnić nam jeszcze swój pseudonim. Skąd właściwie wziął się „Upłaz”?

W młodych latach, przedmaturalnych, bardzo lubiłem chodzić po Tatrach. I ten sentyment do gór mi został. A upłaz w gwarze góralskiej to taka lekko pochyła łączka. I tak mi to przyszło do głowy. „Lew”, „Tygrys” czy inny zwierz – takie pseudonimy jakoś nigdy do mnie nie pasowały.

Kapitan Aleksander Tarnawski urodził się 8 stycznia 1921 roku w Słocinie w powiecie rzeszowskim. Zanim wybuchła wojna, studiował na Wydziale Chemicznym we Lwowie. Gdy Niemcy napadły na Polskę, wraz z ojcem i bratem ruszył na wschód. Jego podróż zakończyła się jednak dopiero w Wielkiej Brytanii. Tam został jednym z 316 cichociemnych – skoczków Armii Krajowej. Skok do Polski wykonał z 16 na 17 kwietnia 1944 r. w ramach operacji „Weller 12”. Wylądował koło wsi Baniocha pod Warszawą. Po wojnie zawodowo związał się z branżą chemiczną. Pracował m.in. w Katedrze Chemii Fizycznej Politechniki Śląskiej, w Instytucie Metali Nieżelaznych, Instytucie Przemysłu Tworzyw i Farb w Gliwicach. Został czterokrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i Srebrnym Krzyżem Zasługi.

rozmawiały Ewa Korsak , Magdalena Kowalska-Sendek

autor zdjęć: Magdalena Kowalska-Sendek, Michał Niwicz, arch. JW GROM

dodaj komentarz

komentarze

~Sporase
1483430100
http://www.1944.pl/powstancze-biogramy/michal-tarnawski,45712.html w końcu wyjawił, że brał udział w wzniecaniu Powstania Warszawskiego w grupie ppłk. Janusza Prawdzica-Szlaskiego. Losy grupy oficerów 3 i 7 batalionów 77 Pułku Piechoty AK do października 1944 roku są jaśniejsze...
28-84-63-2E

Wojownicy w turbanach
Polsko-niemieckie strzelanie
Proobronni walczyli w Orzyszu
Pieniądze dla żołnierzy WOT
Żołnierz prezesem polskich sztangistów
„Kusy” – mistrz i dobry człowiek
Mazury pamiętają o swoich bohaterach
Siła pancernego wsparcia
Plut. Piotr Małachowski trzecim sportowcem w kraju
Pensje żołnierzy w 2017 roku wzrosną średnio o 380 zł
Szef MON podsumował rok i wskazał priorytety
Biegowe pożegnanie i powitanie roku
W Sejmie o ustawie powołującej WOT
Żołnierska Wigilia w afgańską zimę stulecia
WOT rozpoczynają działanie
To szkolenie może uratować życie
Pociąg do historii
Wielonarodowa Brygada osiągnęła pełną gotowość bojową
Czernicki okrętem flagowym zespołu NATO
Zmiana pokoleniowa w siłach powietrznych Izraela
Symbol amerykańskich wojsk pancernych – model zmodernizowany
Podchorążowie na poligonie
Nieudane „Polowanie”
„Ostatnich gryzą psy”. Najnowsza książka Navala
Sprawdzanie urządzeń i systemów ORP „Kormoran”
Żołnierze – piłkarze walczą o puchar świata
Wojskowe szkolenie przyszłych leśników
Holenderska lista przebojów słuchanych podczas misji
Minister Macierewicz podsumował rok w MON
Plany Centrum Szkolenia NATO w Bydgoszczy
Pirat coraz bliżej
Kolejni żołnierze lecą do Kuwejtu
Wigilia na misji u wybrzeży Zatoki Perskiej
Bitwa o Ławicę
Saudyjczycy uczą się we wrocławskiej szkole oficerskiej
Jens Stoltenberg: Wdrażamy postanowienia z Warszawy zgodnie z planem
Rozbudowa południowokoreańskiej floty
AGM-154C JSOW – bomba szybująca dużego zasięgu
Na wojnie informacyjnej
Superagent trzech narodów
Powołanie do WOT krok po kroku
Górskie wyzwania naukowców i żołnierzy
Polska bardziej bezpieczna
Najmłodszy kawaler Virtuti Militari
Amerykanie przekroczyli granicę Polski
Studenci pomagają kombatantom
Byli powstańcy na światowych frontach
Redaktor Bogdan Tuszyński – bard z helikoptera
Ustawa o powołaniu WOT uchwalona przez Sejm
Policyjni antyterroryści na niszczycielu min
Patriotyzmu nie trzeba było nas uczyć
Argentyna się zbroi
Siła pancernego wsparcia - 2. część
Witamy w Polsce!
Pikniki „Bezpieczna Polska” – co, gdzie, kiedy?

Ministerstwo Obrony Narodowej Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Żandarmeria Wojskowa Inspektorat Uzbrojenia Inspektorat Implementacji
Innowacyjnych Technologii Obronnych
Dowództwo Garnizonu Warszawa

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO