moja polska zbrojna
Strona którą odwiedzasz korzysta z plików cookies. Ustawienia dotyczące tych plików można zmienić w opcjach przeglądarki używanej do przeglądania Internetu.
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o plikach cookies przeczytaj Politykę cookies.
Jeśli ustawienia cookies nie zostaną zmienione, podczas przeglądania strony informacje automatycznie zapisywane będą w pamięci Twojego urządzenia.
Nie pokazuj mi więcej tego komunikatu: kliknij tutaj

Misyjna opowieść wigilijna

Mundury, zapachy domu, stół zastawiony niczym w Polsce – jak świąteczna bajka. Jedna komenda zmienia wszystko: „Naruszenie systemu ochrony bazy!”. Rozpoczyna się piekło, baza staje się twierdzą… Wszędzie groźna cisza. Naprawdę cicha noc. Święta noc. Ta Wigilia na misji w wysuniętej bazie operacyjnej Ghazni do niedawna była objęta tajemnicą.




Jesienny poranek nigdy nie zapowiada świąt w armii na drugim końcu świata i nawet nikt nie myśli tymi kategoriami. Ładujesz się do samolotu i siadasz, dzieląc pokład z walecznymi marines, którzy prą „na teatr działań” z siłą wodospadu, dzierżąc swój święty proporzec zwycięstwa.

Jedynie zapobiegliwy logistyk w niepozornej skrzyneczce ma zapas nietłukących się bombek lub baniek, a na dokładkę wiecznie zieloną choinkę z gałązkami dającymi się dowolnie konfigurować. To już niedługo.

Ale teraz: pasy, start, odlot. Łzy w gardle... Jakie łzy??? Naprzód, ku przygodzie!

Łzy jednak są. Największe w terminalu odlotów lub w zaciszu domowym. Szczególnie u tych kobiet, które mają ten dar, że wiedzą, jak ta gra się skończy, a nie umieją ochronić albo zatrzymać wojownika przy sobie.

Zresztą, co ma być, to będzie. Każdy wierzy w żołnierskie szczęście i siłę argumentów swojej najlepszej przyjaciółki, osobistej, bezwzględnej, posiadanej na wyłączność – broni.

Góry, góry, góry po horyzont. Piękne. Ale często bez śniegu. Ciepły wiatr zmiecie wszystko, a resztę rozjedzie wiecznie głodny Rosomak do spółki z MRAP-em. Pan i władca Highway One i okolic. Ziejący cukierkami dla dzieci i ogniem „Bushmastera” dla wszelkiego zła, które ośmieli się pokazać w zasięgu wzroku, o każdej porze dnia i nocy.

Wigilia. Dla kontyngentu to prawie zwyczajny dzień. Stołówka, służby, może rutynowy wyjazd. Gdzieś w oddali przemknie śmigłowiec. Zaburczy bezpilotowiec.

Misja już powoli wygasa, to już się czuje. I w kościach, i w oparach decyzji spływających na zawsze niecierpliwe, waleczne wojsko.

A na stołówce okazjonalny wystrój. Specjalne jedzenie na specjalny dzień, choć dziwnym trafem zawsze smakuje tak samo. Ale białe obrusy mylą zmysły i patrząc w okienko telewizora z krajowym, popularnym kanałem informacyjnym, jesteś – cytując Lema – tak na okamgnienie w domu. Nawet gdy nie chcesz.

Paczki rozdane. Oficjalne i nieoficjalne. Logistyk za pokwitowaniem wyda każdemu to, co mu się należy. A portal aukcyjny przyśle posiadaczowi karty kredytowej to, co sobie wymarzy. Oczywiście, o ile nie przekroczy zdroworozsądkowych wymiarów i nikt zza barykady nie wpadnie na pomysł strzelania do kontenera pocztowego lub wysadzenia go w powietrze. Najszczęśliwsi są tacy, którzy dostaną drobiazgi z domu.

Tak w skrócie wyglądało życie w wysuniętej bazie operacyjnej Ghazni (FOB GHAZNI). Wszędzie podobnie, każdego dnia tak samo. Można rzec: Dzień Świstaka. Od wydarzenia do wydarzenia. Dni i tygodnie płynące leniwe.

Podobnie, a jednak jakże inaczej, biegło życie w zgrupowaniu TF49. Po prostu czterdziestka dziewiątka. Nikt nie rozwijał magicznej nazwy GROM. Wiadomo pod skórą, że jak padnie nazwa GROM, to tak jakbyś wezwał predatora, a raczej cały ich oddział.

Do legendy FOB przeszła jedna z relacji żołnierza, który zobaczył na wyświetlaczu noktowizora operatorów uzbrojonych po zęby. Tuż przed wylotem na operację bojową, podchodząc do niego, prosili go o jakiś drobiazg. Porównał ich widok właśnie do filmowej postaci predatora. I tak już zostało.

Kiedy jednostka wyrusza do akcji, nie będzie taryfy ulgowej. Nie będzie rozmów i kompromisów. Zadanie, wykonanie, meldunek o wykonaniu zadania. To prawie jak puszka Pandory, z tym że pod kontrolą i na wyraźny rozkaz. Bez cienia samowoli.

Dzień jak co dzień. Ale od tygodnia każdy już wie, kto będzie na służbie w czasie Wigilii. Taki los. „Każdy wiedział, na co się pisze”, cytując jednego z naszych żołnierzy, którego wzrok nigdy nie pozostawia wątpliwości. Jedni spędzają więc Wigilię z opłatkiem, a drudzy z termowizorem na oczach. Jedno jest pewne – ktoś ich zmieni. Oporządzenie na wieszaku, broń w zasięgu ręki. Ciepłe środki transportu. To codzienność obecna nawet w tym szczególnym dniu.

Pomimo różnicy czasu komputery i komunikatory rozgrzane do czerwoności. A kolejka do telefonu służbowego wydaje się nie mieć końca.

Rytm dnia podporządkowany jest jednemu: zmrokowi. Wszyscy nieomal rytualnie czekają na jego nadejście. I każdy ukradkiem spogląda na pierwszą gwiazdkę.

Stół zastawiony jak w Polsce. Wszyscy na to pracowali. Jak? W jaki sposób, jakim cudem? Rzeczy niemożliwe robimy od ręki, a cuda umiemy sobie zorganizować.

Mundury, zapachy domu, wszystko jak w bajce. Już czas rozpocząć. Tradycja ponad wszystko. To nasza siła. Siła w tradycji. Atmosfera robi się niesamowita.

Jedna komenda zmienia wszystko: „Naruszenie systemu ochrony bazy!!!”. Kolejne słowa – klucze słyszane z megafonów i doskonale rozumiane przez wyszkolony zespół rozpoczynają piekło.

– Wiedziałem... – mówi w tym momencie Medyk. Nieomalże smerf Maruda. Zbyt dobrze się zapowiadał wieczór.

Procedura rzecz święta. Do boju. Wróg, przeciwnik, rebeliant. ONI SĄ W BAZIE!!!

Meldunki spływają błyskawicznie.

Od czasu reakcji zależy życie innych.

Sytuacja jest niejasna. Afgański wartownik widział kogoś przemykającego przez umocniony wał zwany potocznie hesco. Wysoki. Niósł coś z sobą. Czy miał broń? Dokąd zmierza?

Pierwsza myśl – zamachowiec samobójca. Samotny wilk, który idzie w jedną stronę.

Rozpoczyna się wyścig z czasem. Tu nie będzie negocjacji. Zawahasz się i odlecisz razem z nim. Grupa pościgowa wdraża procedury.

Cała baza to już twierdza. Wszędzie cisza. Naprawdę cicha noc. Święta noc.

Gdzieniegdzie burczy Rosomak. Wystaje lufa karabinu maszynowego. Ciekawie spoglądają czyjeś oczy zza rogu, one także ubezpieczają nasze działanie. Wszyscy gramy do jednej bramki.

Pierwsze meldunki mówią o jednym agresorze. Duże i głębokie ślady. Może więc mieć spore obciążenie ładunkami wybuchowymi.

Zatrwożony wartownik. Rodowity i dzielny miejscowy młody człowiek gubi się w zeznaniach. Boi się. To, co zobaczył na własne oczy, wykracza poza granice jego wyobraźni.

Do akcji weszła żandarmeria. Specjalista stwierdza ślady na wale. Dodatkowym elementem, który niepokoi, jest jasny kręcony włos na metalu „koncertiny”. Tak. Na pewno radykał. Brodaty straceniec. Nie będzie litości. On przyszedł tu wysadzić w powietrze połowę bazy.

Psy nie podjęły tropu. Kulą się, skowyczą, zachowują się jak szczeniaki. Co się dzieje?

Pot na karku. Medyk już tylko w myślach liczy hipotetyczne opatrunki. Przez radio powiadamia szpital o swoich działaniach, by tamci byli przygotowani na słowo, którym przeklina każdy związany ze służbą zdrowia: MASCAL. Zdarzenie masowe.

W radiu słychać tylko, jak pierścień okrążenia zaciska się wokół serca bazy. A więc TOC. Centrum dowodzenia. Mózg i serce w jednym. Wyścig trwa. To, co się dzieje, jest niesamowite. A każdy czuje że finał jest tuż, tuż.

EOD do kaplicy, EOD do kaplicy!!!

Jasne. Chciał uderzyć przed pasterką. Drań.

Szczelny kordon już opasał okolice stołówki, TOC-u i kaplicy.

Wozy bojowe, strzelcy wyborowi. To, co się dzieje, to istny Grunwald. Zepsuć Polakom Wigilię. Toż to gorsze niż najazd bolszewików.

W naszej grupie jest specjalista od materiałów wybuchowych, potocznie zwany EOD-em. Zajmuje się też ich neutralizacją i rozważa już każdą możliwość. Jest poważny i skupiony. Już wie, że dziś zsiwieje mu kolejny włos do kolekcji.

Nikt nie ma prawa wejść do kaplicy. Wyjść o własnych siłach również nie zdoła. Obserwacja okolicy przez środki rozpoznania wskazała jednoznacznie: bardzo szybko poruszająca się osoba wbiegła do środka.

W tym samym momencie obraz przestał być czytelny. Wstępnie stwierdza się awarię kamery lub celowe działanie. Coś ją zasłoniło. Analityk zarzeka się, że widział jakby... oko.

Tak, to mógł być jakiś ptak nocny. – Takie rzeczy się zdarzają – twierdzi technik. Zadeklarowany ateista i przeciwnik wszelkich wigilii, pasterek i świąt pod każdą postacią, z naciskiem na każde najbliższe.

Ubezpieczenia gotowe. Broń w pogotowiu. Skrzypienie podłogi. EOD wkracza do akcji. Reszta grupy jest jego cieniem.

Nagle jest coś nie tak. Ołtarz. Choinka. I cała góra prezentów. Hmmm, skąd tu tego tyle? I każdy inny. Są ich setki.

Komenda przez radio: dawajcie tu księdza kapelana. Szybko. To bardzo ważne. Nie wiemy jak wyglądało pomieszczenie przed incydentem.

Powoli w grupie czuć rozluźnienie. I lekki niepokój. Wielu było tu dziś w dzień. Wszyscy już wiedzą, o co chodzi, ale nikt nie daje wiary. To niemożliwe.

Medyk zdjął hełm. Ale numer.

Tędy księże kapelanie. Proszę zobaczyć zarejestrowany obraz kaplicy. Czy tak tu wszystko wyglądało godzinę temu? Szklisty wzrok i uśmiech księdza rozwiewa wszelkie wątpliwości. „Panowie, kończmy to. Idę porozmawiać z generałem”. I znika. Jak cień.

Nie mija kwadrans,  a wszystko zostaje odwołane. Odbój. Koniec. Zagrożenie minęło.

Połowa grupy jest blada. Przecież takie rzeczy się nie zdarzają! Każdy boi się nazwać sprawę po imieniu.

Patrzcie w górę --- tam!!!

W kierunku Kabulu z olbrzymią prędkością oddalał się ni to samolot, ni śmigłowiec, w ogromnej ciszy. I tylko poprzez wycie agregatów dało się słyszeć jakby dzwoneczki od sań. Wszyscy zdjęli hełmy. Ktoś na wieżyczce Rośka zaczął bić brawo.

Cała operacja trwała bodajże 30 minut, może i krócej. Wszyscy wracali do siebie pełni śmiechu.

W wartowni TF49, która bardziej przypominała fortecę, ktoś właśnie zbierał burę.

Przysięgam, nikogo tu nie było. Nikt nawet nie wchodził... nieee, to niemożliwe.

W sali, gdzie zastawiony stół wigilijny czekał wciąż na żołnierzy, wszystko stało nienaruszone, a część potraw wciąż była gorąca.

Nie wiadomo skąd pojawiło się pachnące ojczyzną drzewko i prezenty świąteczne wysypujące się z worka. Połowa żołnierzy miała szkliste spojrzenia. Na pasterkę postanowili iść wszyscy. Nagle zaczął prószyć śnieg. Czemu zegarki wciąż wskazywały godzinę alarmu, a komputery w bazie dziwnie się zrestartowały?

Podczas nocnego nabożeństwa zabrakło miejsc w kaplicy. Każdy chciał w nim uczestniczyć. Poszedł, kto mógł.

W pierwszym rzędzie zajętych pośpiesznie miejsc całą pasterkę siedział zapłakany technik. Do dziś, wydawałoby się, zadeklarowany ateista.

To był wieczór cudów.

Wszystkie te wydarzenia miały miejsce 24 grudnia 2013 roku w FOB Ghazni i jeszcze do niedawna były objęte tajemnicą śledztwa ŻW, SWW, SKW.

Ordynariat Polowy Wojska Polskiego odmawia komentarzy.

Praca nadesłana na konkurs „Święta Bożego Narodzenia na służbie”.

Michał Walczak

autor zdjęć: Jarosław Wiśniewski

dodaj komentarz

komentarze

~Marcin
1451552580
Pełna profesura
5F-51-5A-48
~Żołmierz
1450992000
Skąd pewnośc ze Ci "PREDATORZY" byli z 49 " GROM" a nie z 50 " LUBLINIEC" ?? Bylem tam i różnicy miedzy tymi dwoma jednostkami nie widziałem poza jedna ......AKTYWNOŚCIĄ...... 50 zrobiło masę więcej operacji w tym czasie!!
F3-79-D9-DF

Wyższe dodatki dla żołnierzy
Żołnierze kruczego pióra
Autosan sprzedaje autobusy do Niemiec
Ćwiczenia Maple Arch '17 w Nowej Dębie
Podziękuj bohaterom!
Nowa współpraca wojskowa UE
Jeszcze mobilniejsze NATO
Patrioty o krok bliżej
Zabytkowy silnik do Renault FT
Grot i Ragun zakwalifikowane do służby
MON odzyska narzędzia analizy planów operacyjnych
Piłkarska jesień wojskowych drużyn – czas na podsumowania
Twierdze nie do zdobycia
Nurkowie ćwiczą na Zalewie Sulejowskim
Armia Czerwona zamyka kleszcze
Zbierają doświadczenia w pustynnych warunkach
Służba w WOT nie tylko dla dwudziestolatków
„Dunaj ’17” – test przed misją
Polacy jadą na misję szkoleniową do Iraku
Radary na aerostacie
W sporcie nie ma mocnych na 11 LDKPanc
„Narew” za dwa lata
Spartakiada: Zmechanizowani ze Szczecina kontra Czarna Dywizja
Centrum dowodzenia NATO w Polsce?
Drugie życie Challengerów
Świętowali na sportowo
Rozbrajanie kontrolowane, Warszawa, listopad 1918
Język współpracy
Szkoła Orląt otwiera się na zwiedzających
Czy w szkołach będzie wychowanie proobronne?
Studenci Akademii Wojsk Lądowych pomagają weteranom
Co dalej z polsko-ukraińskim dialogiem historycznym?
Bandera nad „Kormoranem”
Przyjedź na święto podkarpackich terytorialsów!
Polacy pojechali do Kanady po zwycięstwo
Wypadek na poligonie
Antoni Macierewicz w Kanadzie o rosyjskiej agresji
Raport MON o książce Tomasza Piątka
Posłowie rozmawiali o sytuacji materialnej wojskowych
Limity służby czynnej w 2018 roku
Jastrzębie wracają z Litwy do domu
Żołnierz WOT-u mistrzem wojska w szachach
Posłowie o budżecie obronnym na 2018 rok
Więcej pieniędzy na obronność
Nowa instrukcja lotów HEAD do końca roku
Wojsko kupiło drony uderzeniowe
Wsparcie dla misji Air Policing
Tragedia SS „Wigry”
Na kongresie o klasach wojskowych
Pamiątki po polskich żołnierzach trafią do ich rodzin
Trzy medale przełajowców na wojskowych mistrzostwach świata
Posłowie o przemyśle stoczniowym
Cztery kilometry walki
Twórcy SPO odznaczeni
Kobiety na misjach obserwacyjnych

Ministerstwo Obrony Narodowej Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Żandarmeria Wojskowa Inspektorat Uzbrojenia Inspektorat Implementacji
Innowacyjnych Technologii Obronnych
Dowództwo Garnizonu Warszawa

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO