moja polska zbrojna
Strona którą odwiedzasz korzysta z plików cookies. Ustawienia dotyczące tych plików można zmienić w opcjach przeglądarki używanej do przeglądania Internetu.
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o plikach cookies przeczytaj Politykę cookies.
Jeśli ustawienia cookies nie zostaną zmienione, podczas przeglądania strony informacje automatycznie zapisywane będą w pamięci Twojego urządzenia.
Nie pokazuj mi więcej tego komunikatu: kliknij tutaj

O złym Mikołaju w Afganistanie

Wigilia 2013 w Afganistanie. Sygnał „Sztorm” oznaczał szybkie rozpoczęcie działania. W miejscowości Nani „wywalił” ładunek wybuchowy. Polecieliśmy śmigłowcami Mi-17. My weszliśmy wyżej, a drugi zaczął kręcić manewry obrony przeciwlotniczej. Ludzie dziwnie gromadzili się, obserwując zajście. Nagle w słuchawkach odezwał się głos dowódcy drugiej załogi: „Dostaliśmy…”.


Wyszedłem przed swój drewniany pałacyk z ręcznikiem w ręku i tubą jakiegoś obcojęzycznego płynu do kąpieli. Drewniany pałacyk – pomyślałem – trochę taki domek z kart, tylko trwalszy. Twór Kazia, króla pustyni, co zastał kraj piaszczysty, a zostawił drewniany – zaśmiałem się w duszy. Bichata – barak, który służył nam praktycznie za wszystko przez siedem miesięcy, tego ranka świecił pustkami. Niezwiązani żadną służbą żołnierze zalegali jeszcze w łóżkach. Gdzieniegdzie tylko słychać było szmer dobiegający z klitek strzelców pokładowych – większość z nich już po śniadaniu wypełniała sobie czas, czekając na wezwanie do wspólnej zabawy mikołajkowej z tymi, którzy niekoniecznie cenią sobie naszą obecność w tym kraju. Mikołaj – w tym przypadku czarnobrody i nieobliczalny – lubił wypchać skarpetę jakimś ładunkiem wybuchowym lub przesłać go w formie bezpośredniej – rakietą – pod wskazany adres. Była wigilia 2013, a my mieliśmy dyżur Sił Szybkiego Reagowania – QRF. My, czyli lotnicza zgraja Samodzielnej Grupy Powietrznej.

Dzyń, dzyń, dzyń zamiast prysznica

Właśnie, dyżur – pomyślałem sobie i zorientowałem się, że nie wziąłem tego najważniejszego – Iloma. Czyli radia zapewniającego mi szybki kontakt z dowódcą załogi, który w razie alarmu zwoła wszystkich do natychmiastowego stawienia się na TOC-u (Taktyczne Centrum Dowodzenia, mózg bazy wojskowej – przyp. red.).

Pomimo panującej pory roku laczki, krótkie spodenki i polar w zupełności wystarczyły, żeby zabezpieczyć mój spacer pomiędzy prysznicem i  bichatą, które znajdowały się parędziesiąt metrów od siebie. Kolejne pytanie, które sobie zadałem, to czy będzie ciepła woda. Myślę że tak, przecież jest ranek i większość śpi – pomyślałem. Wieczorem, zapomnij. Za duże zagęszczenie żołnierza na litr – wysnułem z uśmiechem ten głupkowaty obyczajowy paradygmat dotyczący płynów. Rozpocząłem standardową procedurę – zrzut ciuchów, wejście pod prysznic (udało się, jest ciepła), no i rozkoszne obmywanie się z afgańskiej atmosfery, którą człowiek oblepia się całą dobę. Tuba do ręki, strzał płynu na dłoń i produkcja piany na głowie… Rozmyślanie o tym, co w domu i jak będzie wyglądał wieczór z towarzyszami broni. Nic nie niepokoiło moich myśli, gołąbków na gazie przecież nie zostawiłem – uśmiecham się szorując głowę. Żarówek na choince przed wyjazdem z domu nie musiałem wyłączać – jestem przecież tysiące kilometrów od rodziny. Ciekawe, co u nich. I nagle słyszę to, co słyszałem parę razy wcześniej podczas tej zmiany. „Sztorm! Sztorm! Sztorm!”. Niczym „Dzyń, dzyń, dzyń” z dzwonków Mikołaja – tylko tego złego. Ciekawe, co nam przyniósł w tym roku.

Sygnał „Sztorm” dla załóg QRF oznaczał szybkie udanie się na TOC w celu zapoznania się z sytuacją i rozpoczęcia działania. Coś się działo, tylko nie wiadomo jeszcze co. Kiedy w pierwszym momencie słyszysz ten sygnał, rzucasz wszystko i biegniesz do miejsca zbiórki. Dla nas był to TOC SGP, który służył też za domek pilota. Swoisty „Biały Dom” Samodzielnej Grupy Powietrznej – miejsce, w którym przygotujesz się do lotu, ponarzekasz dowódcy, pobierzesz część sprzętu i gdzie rozpoznawczy postraszy cię, że w wiosce, do której lecisz, mają Stingery lub temu podobne. Po wykonanej misji można było też pograć w bilard. Była nawet liga, w której jednak prowadziły niższe stopnie oficerskie.

Walnęło, to walnęło, po co drążyć

W biegach po bazie na gwizdek „Sztorm!” byliśmy mistrzami świata. Objuczeni sprzętem niczym babcia z torbami po udanym szturmie na stragan, w dwie, trzy minuty byliśmy w stanie znaleźć się na sali odpraw i wysłuchać wytycznych do lotu. W kamizelce z glauberytem i „krótką”, z pokrowcem na hełm lotniczy i plecakiem „ucieczkowym” przybyłem więc tego dnia na TOC. Coś kapało mi na kark. Nie byłem tylko pewien czy to pot, czy piana…

Wkrótce okazało się, że kilkanaście kilometrów na południe od nas, w miejscowości Nani, „wywaliło” przy drodze ajdika, czyli improwizowany ładunek wybuchowy. Żadna nowość w sumie. Widać zły Mikołaj się nie obija. Podrzucił skarpetę z ładunkiem on sam, albo jeden z armii tysiąca skrzatów – najemników, zjeżdżających do piaszczystej i górzystej „Laponii”z całego świata. Mamy z góry ubezpieczać pracę saperów. Chwilę później siedzieliśmy w śmigłowcach Mi-17. Standardowa procedura. Technik na rozkaz dowódcy załogi uruchamia silniki. Drugi z pary śmigłowców melduje gotowość do kołowania. Stoimy na pasie, startujemy. Włączam do pracy systemy obrony biernej śmigłowca, które mogłyby uratować nam tyłek, gdyby rozpoznawczy jednak się nie mylił. Rosjanie testowali podobne trzydzieści lat temu. Przypomniałem sobie książkę gen. Gotowały, w której podał, że wbrew opinii o wszechmocy Stingerów tylko jedną czwartą wszystkich zestrzeleń w konflikcie lat 80. XX wieku przypisuje się właśnie im. Zresztą, czy oni je w ogóle mają i czy mają do nich części? – uspokoiłem się w myślach. Zajmij się zadaniem, to jest najważniejsze. Poprawiłem się w fotelu i podałem współrzędne do celu, jako drugi pilot byłem odpowiedzialny za nawigację.

Nad celem znaleźliśmy się parę minut później. Czas w powietrzu leci szybciej, tam szczególnie. W dole przy drodze stały zielone samochody terenowe afgańskiej policji, obstawiały lej po wybuchu. Saperów jeszcze nie było, czekali na nich. Dzyń, dzyń, dzyń, nadlatujemy. My i nasze zielone sanie. Rozkazem dowódcy ustawiliśmy się dwoma śmigłami po przeciwległych stronach miejsca zdarzenia i zaczęliśmy zataczać krąg, obserwując otoczenie. Cóż, za słowami wieszcza: „Walnęło, to walnęło, po co drążyć” – tłumaczyłem sobie niegroźną na pierwszy rzut oka sytuację i brak poszkodowanych, wmawiając sobie jednocześnie, że pewnie zaraz się stąd urwiemy… Pewnie…

„Dostaliśmy…”

Po paru minutach lotu zauważyliśmy dziwne zachowanie funkcjonariuszy ANP, którzy machali do nas gorączkowo, wskazując jednocześnie ręką kierunek wschodni. Ci goście byli naprawdę podgrzani. Staraliśmy się na bieżąco analizować sytuację i dojść, o co może chodzić. Wariant pierwszy: „oni” tam uciekli. Wariant drugi: „wy” tam uciekajcie. Wariant trzeci: „cholera wie”. I tą trzecią opcję głównie postanowiliśmy sprawdzić.

Rozdzieliliśmy się – drugie śmigło ubezpieczało nas z góry, w czasie gdy my polecieliśmy nad zabudowania lotem maskującym. Dwóch strzelców pokładowych w burtach obserwowało otoczenie. Tylny strzelec zaciskał obie ręce na zamontowanym niedawno „minigunie”. Po paru kręgach nad podejrzanym rejonem zamieniliśmy się miejscami; my weszliśmy wyżej, a śmigło towarzyszące zaczęło kręcić manewry obrony przeciwlotniczej. Ludzie dziwnie gromadzili się na miejskim bazarze, obserwując zajście. Chwilę później w słuchawkach odezwał się głos dowódcy drugiej załogi: „Dostaliśmy…”.

„Dostaliśmy z Polski najgorętsze życzenia dla wszystkich mieszkańców bazy w Ghazni” – nagle ocknąłem się, widząc twarz Durczoka na ekranie telewizora. Kilka minut wcześniej, wpatrzony w blok reklamowy poprzedzający specjalne wydanie „Faktów”, odpłynąłem myślami gdzieś dalej. Mój umysł ubrany w pilockie śpiochy i hełm lotniczy poszybował na zadanie, które sam sobie wykreował na podstawie przeżyć z ostatnich dwóch miesięcy. Bo tyle tu siedzę… Była wigilia 2013 roku, trwała XIV zmiana, a ja miałem sam służbę na TOC-u Samodzielnej Grupy Powietrznej. Tym samym, o którym rozmyślałem przed chwilą. Z tą różnicą, że nikogo nie było. Panowała cisza, przerywana tylko przez reportaż świąteczny nadawany z Afganistanu w jednej z telewizyjnych stacji. Megafony nie krzyczały „Sztorm!” i dzieliły się z ciszą opłatkiem. W bichatach niektórzy żołnierze jedli barszcz i lepione przez siebie pierogi z miejscowej mąki. Śpiewano kolędy. Ja pełniłem 24-godzinną służbę,  żołnierska rzecz. Do dyspozycji miałem cały TOC, stół do bilarda, komputer i telewizor. No i suchą rację amerykańską, w razie gdyby na myśl o polskim stole pociekła mi ślinka. Szybką kolację z kolegami zjadłem wcześniej, teraz trzeba było siedzieć przy radiu.

Każdy ma swoją misję

Czekając na program, zniechęcony scenami z czerwoną ciężarówką w telewizji, zacząłem sobie wyobrażać ten dzień inaczej. Co by było, gdybym miał dyżur QRF i sygnał „Sztorm!”? Co by było podczas lotu, na zadaniu… Tylko po co? Złapałem się na tym, że w wigilię, patrząc tępym wzrokiem w telewizor, myślę właśnie o tym. Czemu nie o rodzinie? Tylko to powinno być teraz ważne. Niedosyt przeżyć? Może za dużo Hartlockera i wojennych westernów przed wyjazdem … A może za dużo wrażeń i strach o to, żeby chociaż w takim dniu los nam odpuścił. Ciekawość czy obawa? Zresztą, czy to teraz ważne? Mam jeszcze dwie minuty na telefon i sprawny internet – pocieszyłem się w duszy. Zaraz utnę sobie pogawędkę z żoną i synkiem. Mamy dobrze, to znaczy lepiej niż mieli kiedyś. Starsi koledzy opowiadali, jak wyglądały kiedyś pierwsze formy „skajpa”, kiedy żona sadzała dziecko przy stoliku, na którym stało zdjęcie taty i dawała mu słuchawkę do ręki. Mamy lepiej, zdecydowanie.

„Polacy spożywają tradycyjne potrawy w ciągłej obawie o zdrowie bliskich przebywających na misji…” – słyszę głos Durczoka. I rozmyślam dalej. Właśnie, misja. Wszyscy mają jakąś misję. Misją Wojtka z klasy pierwszej liceum jest przeskoczenie do klasy drugiej, a nawet wyżej. Kasi towarzyszy konieczność wyrobienia jak najlepszego wizualnego „piaru” przed randką z Wojtkiem. A Karolowi – podstawienie Wojtkowi nogi w czasie WF-u, żeby nie trafił na randkę z Kasią. Bo Kasia to jego misja. I kasa... Dla innych kasa z wódką, dla kolejnych wódka bez kasy; dla jeszcze innych wódka i kasa bez klasy. Są tacy, którzy chcą przeczytać wszystko, co spłodził Reymont. Inni sądzą, że wszystko przeczytali i wszystko wiedzą – ich misją jest pouczanie wszystkich wokół.

Co jest moją misją? Na dziś? Pełnić dobrze służbę na TOC-u. Na jutro? Wykonać dobrze zadanie lotnicze. Na pojutrze – przetrwać to i wrócić do rodziny. Uśmiechnąłem się do siebie, wstałem i zostawiając wywody Durczoka w tyle poszedłem w kierunku pomieszczenia, w którym stoi telefon. Jeszcze tylko długi ciąg cyfr i usłyszę rodzinę. Powiem im „Wesołych Sztorm!”, hmm… to znaczy „Wesołych Świąt”.

Praca nadesłana na konkurs „Święta Bożego Narodzenia na służbie”.

ppor. Daniel Orłowski , 1 Dywizjon Lotniczy

autor zdjęć: Krzysztof Kowalczyk

dodaj komentarz

komentarze

~arczi
1451463720
:-)
29-1C-07-36
~cxarna
1451377860
:)
08-6F-C4-CC
~elizabeta
1451375700
SUPER
30-52-13-EB
~pp2805
1451330040
Super !!:)
D0-A7-6B-E4
~MsAika88
1451329740
chat
94-BC-DB-3E
~Mlody
1451324940
dobry KOZAK jestes...
AD-6B-47-F3
~Lionneit
1451321100
Ciekawa koncepcja
23-E4-9A-89
~Michał K
1451297760
Elegancki art, jakbym tam był :) Pozdro Daniel !
13-5B-15-6B

Orliki wystąpią na Air Show
Sukces pięcioboisty w finale Pucharu Świata
Kolejni cywile zostaną komandosami
Polska ma zgodę na zakup amerykańskich Patriotów
Zwycięstwa żołnierzy w Diamentowej Lidze
XIV zmiana gotowa do misji w Bośni i Hercegowinie
Żołnierze NATO w Dolinie Rospudy
Przełom w finansowaniu armii
Z Pogromu Wichra na mistrzostwa świata?
ORP „Czernicki” bliżej domu
Wojsko szuka nowych wozów zabezpieczenia technicznego
Dezinformacja – potężna broń w rękach Kremla
Miłośnicy historii odbudowali legendarny szpital partyzantów
Wsparcie dla weteranów będzie większe
Sojusz pod presją
Prezydent Donald Trump w Polsce
Obchody święta Zawiszaków
Cyberbezpieczeństwo wymaga zaufania
PGZ zacieśnia współpracę z Bellem
Zadanie logistyków – zaopatrzyć kontyngent w Kuwejcie
„Combat Alert” zakończony
W Brukseli o bezpieczeństwie wschodniej flanki
Trump przypomniał Polsce o jej znaczeniu w Europie
Szef MON: misja „Czernickiego” to jedna z najważniejszych
Rumunia kupuje Patrioty
„Mazurek Dąbrowskiego” ma już 220 lat
Terytorialsi stają do przysięgi
Francusko-niemiecki myśliwiec 5. generacji
Jastrzębie na posterunku
Borsuk po czesku
Rok „Jastrzębia” – żołnierza wyklętego
„Chwała Lotnikom Polskim”­ – nowy pomnik na Powązkach
Ankona ’44. Wyzwolenie w polskim wykonaniu
Islandzka mangusta
ORP „Kormoran”: testy pod okiem ekspertów
Dołącz do zawodowców
Śmigłowcowy przetarg pod lupą CBA
Wolna Polska partyzancka
Ułani na południowej flance NATO
Vęgoria utrzymała się w klasie okręgowej
„Polska Zbrojna Historia”. Ta opowieść naprawdę wciąga
Ćwiczenia CWIX 2017 – silni jednością
Wakacje dla dzieci żołnierzy
Zabytkowe czołgi w nowym miejscu
Weterani w dyżurach ratownictwa wodnego
Będą podwyżki dla pracowników wojska
MON chce zmienić kluczowe dla wojska ustawy
Wojskowi piloci w „Akcji Serce”
Elephant– rewolucyjny projekt studentów WAT
Mustangi raz jeszcze
„Dwunastka” zdobywa złoto na Spartakiadzie Letniej
Więcej śmigłowców w trosce o bezpieczeństwo turystów
Pożegnanie trzeciej zmiany PKW OIR w Kuwejcie
Cena bezpieczeństwa
St. szer. Ewa Nelip wicemistrzynią świata

Ministerstwo Obrony Narodowej Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Żandarmeria Wojskowa Inspektorat Uzbrojenia Inspektorat Implementacji
Innowacyjnych Technologii Obronnych
Dowództwo Garnizonu Warszawa

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO